Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Odtrutka na politykę
2012-07-03
Tomasz Kułakowski

Ukraińcy są w ostatnich latach nieustannie sfrustrowani. Pomarańczowa rewolucja dała im nadzieję na zmiany cywilizacyjno-polityczne, przekształcenie się w „pełnoprawną” Europę, kraj nieróżniący się od chociażby Polski. Jednak „pomarańczowe” rządy, walki o państwowe pieniądze, brutalne i niezrozumiałe wojny na górze pomiędzy Julią Tymoszenko a Wiktorem Juszczenką zniecierpliwiły Ukraińców.

 

Głowy spuścili nisko przede wszystkim ci, którzy późną jesienią 2004 roku marzli na ukraińskich majdanach. Mijały kolejne miesiące, patologia polityczna się pogłębiała, aż nadszedł kluczowy rok 2010 – czas wyborów prezydenckich.

 

Wygrana „najmniejszego zła”, czyli Wiktora Janukowycza, pogrążyła naród w politycznej żałobie, odebrała resztki nadziei na pozytywne zmiany, w tym dogonienie Polski i Europy.

 

Obywatele naddnieprzańskiego kraju oraz rozbici (głównie przez samych siebie) opozycjoniści biernie przyglądali się sułtańskim rządom Janukowycza. A nowy prezydent zaczął z impetem: od jawnego łamania konstytucji i wykorzystywania instytucji państwowych, do niszczenia przeciwników oraz poszerzenia wpływów. Wreszcie uwięził Julię Tymoszenko i stworzył własny klan oligarchiczny wraz ze swoimi dwoma synami i najbardziej zaufanymi kompanami z Doniecka. Tymczasem Euro 2012 zbliżało się wielkimi krokami.

 


Euro tuż-tuż


Polsko-ukraiński turniej od początku był organizowany osobno. Przyznanie w 2007 roku mistrzostw dwóm sąsiadom nad Dnieprem stało się na chwilę odtrutką polityczną. Na jakiś czas sport zastąpił spór.

 

Walczący na śmierć i życie „pomarańczowi” niewiele zrobili, by mistrzostwa Europy okazały się sukcesem. Wylano fundamenty stadionu we Lwowie, rozkopano drogi i pasy startowe. Jednak premier Tymoszenko prowadziła kampanię prezydencką, zamiast dbać o organizację turnieju. Nie wspominając już o walce z kryzysem ekonomicznym.

 

Janukowyczowi zarzucać można wiele, ale trzeba przyznać, że projekt pod tytułem Euro 2012 doprowadził do końca. Mimo że infrastrukturę Charkowa i Doniecka faktycznie wybudowali (z pomocą państwowych pieniędzy) oligarchowie Ołeksandr Jarosławski i Rinat Achmetow, a stadion olimpijski w Kijowie kosztował kilka razy więcej, niż początkowo zakładano, to Wiktor Fedorowycz osiągnął sukces. A Euro było tuż-tuż.

 

 


Idea narodowa


Bomby w Dniepropietrowsku wybuchały, Janukowycz zza biurka prowadził autorytarną politykę, a przebiegła Tymoszenko zza krat kampanię przed wyborami parlamentarnymi. Wszystko to skłoniło koniunkturalnych europejskich polityków do bojkotu mistrzostw. Kierując się krótkowzrocznością i nie znając ukraińskich realiów, dobili w ten sposób wschodniosłowiański naród.

 

Nie udało im się jednak zepsuć piłkarskiego święta – być może jedynej „idei narodowej” łączącej mieszkańców Ukrainy, od Lwowa po Donieck.

 

Fala radości wylała się na Ukrainę. Nasi sąsiedzi wreszcie poczuli się dowartościowani. Wreszcie – po latach upokorzeń i pomiatania przez skorumpowane elity polityczne, grające dla własnych drużyn, a nie reprezentacji kraju.

 

Narodowa duma zalała ukraińskie ulice i place, mimo że drużyna nowej-starej gwiazdy Andrija Szewczenki nie wyszła z grupy. Kibice nie zauważali nawet siedzących w stadionowych lożach prezydentów Ukrainy – Wiktora Janukowycza, Wiktora Juszczenki i Leonida Kuczmy, którzy po kolei przekazywali sobie władzę, gwarantując poprzednikowi „nietykalność”.

 

 


Święto i po święcie


Mistrzostwa się jednak skończyły. Euforia wygasa. Wyjeżdżają europejscy kibice, nie będzie można już pójść do stref kibica, pokazać ukraińskiej gościnności. Wraca szara rzeczywistość.

 

Znów nadejdzie nieprzewidywalna jesień – ceny pójdą w górę, gospodarka nie ozdrowieje, a politycy znowu będą bili się w parlamencie.

 

A Ukraińcy? Ci w październiku pójdą do urn. Nie będą mieli jednak wielkiego wyboru. Nie wiadomo bowiem, kto jest prawdziwą opozycją, kto kogo finansuje itd. Jedynie Witalij Kliczko i jego partia UDAR rokują pewne nadzieje – o ile bokserski mistrz nauczy się bić poniżej pasa.

 

Jedno jest pewne: Janukowycz zrobi wszystko, żeby władzy w Radzie Najwyższej nie stracić. Przygotowywał się do tej batalii wiele miesięcy. Stworzył jednomandatowe okręgi wyborcze (dające przewagę lokalnej administracji, wspieranej przez centralę), opozycję wtrącał do więzień, a wybory parlamentarne prawdopodobnie sfałszuje.

 

Otwarte pozostaje pytanie, czy naładowani pozytywną energią Ukraińcy znów będą się biernie przyglądać upadkowi ojczyzny, czy dadzą jednak ujście frustracji i odeślą rządzących tam, gdzie ich miejsce – do więzień lub co najmniej na śmietnik historii? Warto być na Ukrainie – nie tylko podczas Euro.

 

Tomasz Kułakowski jest korespondentem Polsat News w Moskwie.


Polecamy inne artykuły autora: Tomasz Kułakowski
Powrót
Najnowsze

Paradoksy pracy tłumacza

20.09.2017
Aneta Kamińska, Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu