Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Ciepły wiatr ze Wschodu
2012-08-29
Kuba Benedyczak

17 sierpnia świat nie mówił o niczym innym. Począwszy od „Izwiestii”, poprzez „Le Figaro” i „The Guardian”, na „The New York Times” skończywszy wszędzie oburzano się na wysoki wyrok dla Pussy Riot. Czy nam się to podoba czy nie, dialog katolicyzmu i prawosławia oraz pojednanie skłóconych narodów większość naszej planety miała głęboko w nosie. Właściwie jedynie w Polsce relacjonowano wizytę patriarchy Cyryla krok po kroku, bo w Rosji już nie do końca, ponieważ tamtejsze media na każdym kroku informowały o trzech punk-feministkach. I należy uczciwie przyznać, że z perspektywy rosyjskiej ta deklaracja w dniu ogłoszenia wyroku sprawiała ambiwalentne wrażenie.

Rozmawiając zarówno z Polakami jak i Rosjanami (nie będącymi wielbicielami teorii spiskowych) słyszałem kilkukrotnie dywagacje na temat tego, czy zbieżność dat dwóch ważnych dla cerkwi wydarzeń mogła być jedynie dziełem przypadku? Opinie były skrajnie różne. Jedni uważali, że jeśli ktokolwiek cokolwiek majstrował przy datach to był to moskiewski sąd. Inni, że cerkiew zamierza zasłonić się przed nagonką międzynarodową poprzez porozumienie z polskim kościołem. Najbardziej stonowani wskazywali na czysty zbieg okoliczności. Tak czy inaczej, na ustach wszystkich było Pussy Riot, którym cerkiew wówczas jeszcze ani nie wybaczyła ani nie zaapelowała do sądu o złagodzenie wyroku. Dlatego, niezależnie od oceny punk-nabożeństwa w świątyni Chrystusa Zbawiciela, słowa Cyryla o przebaczeniu, jakie padły już na wojskowym lotnisku Okęcie mogły dla Rosjan brzmieć niewiarygodnie. „Nie darował winy trzem nierozważnym małolatom, nie odwiedził ich w celi, mimo, że go o to prosiły, za to przyjechał do Polski nawołując do odpuszczenia wzajemnie wyrządzonego zła” – drwiono z hipokryzji Cyryla.

 

Puszczają nerwy

Cerkiew się wystraszyła. Trzy dni po zakończeniu rozprawy zaapelowała o mniej surowy wyrok dla Pussy Riot, prawdopodobnie szkodząc sobie jeszcze bardziej niż poprzednio. Być może dziewczęta były już w drodze do kolonii karnej, gdy tymczasem hierarchowie otrząsnęli się z letargu i wykrzesali z siebie resztkę ludzkiej przyzwoitości.

Cyryl ma powody do zmartwień. W ostatnich miesiącach on i jego kościół ma bardzo złą prasę. Najpierw patriarcha oskarżył swojego sąsiada Jurija Szewczenkę o zakurzenie mieszkania i domowej biblioteki. Były minister zdrowia zaproponował patriarsze odkurzenie powstałego w wyniku remontu pyłu, ale oferta została odrzucona i sprawę skierowano do sądu. Dziś ciężko chorujący Szewczenko musi zapłacić zwierzchnikowi cerkwi 20 milionów rubli. Pikanterii dodaje fakt, że sprawę wytoczył nie sam patriarcha, ale zameldowana w jego mieszkaniu „daleka kuzynka”.

Do tego doszła afera z zegarkiem marki Breguet sfotografowanym na ręce Cyryla. Długi czas zaprzeczał jakoby takie cudo posiadał, mimo że dziennikarze uchwycili je na zdjęciu podczas wizyty na Ukrainie. Jak na ironię podobna fotografia znajdowała się na oficjalnej stronie internetowej cerkwi. Kilka dni po skandalu zegarka na zdjęciu już nie było. Problem tylko w tym, że graficy zawiedli na całej linii lub mają problemy z obsługiwaniem Photoshopa. Luksusowa zabawka zniknęła, ale jej odbicie w drewnianym stole pozostało. Koniec końców Cyryl musiał przyznać się tak do zegarka jak i do oszustwa.

Czy mamy więc do czynienia z prawosławnym Rodrigo de Borgia? I tak i nie.

 

KGB i papierosy

Cyryl, czyli Władimir Gundajew, to postać niejednoznaczna. Na jego koncie uzbierało się wiele skandali, przy których bledną zakurzone mieszkanie czy drogi zegarek. Dziadek i ojciec Gundajewa poświęcili swoje życie za wiarę, nie uginając się przed państwem komunistycznym i totalitarnym reżimem. Ich potomek teoretycznie poszedł tą samą drogą, przy czym podejrzanie szybko piął się po szczeblach kariery. W początku lat dziewięćdziesiątych znaleziono notatkę KGB, gdzie padła informacja o Cyrylu jako „agencie Michajłowie”, wzorowo spełniającym swoje zadania podczas wizyt zagranicznych. Ponadto w latach dziewięćdziesiątych Gundajew był zamieszany w aferę tytoniową, kiedy to na nielegalnym imporcie papierosów miał zarobić od 1,5 do 4 miliardów dolarów! W 2012 roku rzecznik Stowarzyszenia Obrony Praw Konsumentów oskarżył go o handlowanie ikonami i świecami pochodzącymi ze świątyni Chrystusa Zbawiciela.

Oczywiście, szmuglowania tytoniu nikt mu nie udowodnił. Sprawę ikon umorzono. A co do KGB... Od 1970 roku Cyryl był sekretarzem metropolity Nikodema, pełniącego funkcję kierownika wydziału stosunków zewnętrznych cerkwi, a w 1989 roku sam objął to stanowisko. Tak więc Cyryl od początku bardzo wiele podróżował po świecie. Każdy kto wyjeżdżał za granicę lub miał kontakt z cudzoziemcami był w ZSRR na celowniku wywiadu. Musiał składać oświadczenia, stawiać się na wezwania, opisywać co widział i słyszał. Oczywiście, wielu ludzi złamano, zmuszając do współpracy, jednak sam fakt notatki KGB jeszcze nie świadczy o byciu agentem operacyjnym. Być może Cyryl nim był – błyskotliwa kariera nasuwa takie podejrzenia – ale nie wiemy tego na pewno.

Choć jest to temat na zupełnie inną rozprawę, współpraca cerkwi z KGB stanowi bardzo bolesny punkt w dziejach rosyjskiego kościoła, z czego się po dziś dzień nie rozliczono. Życiorys Cyryla niejako symbolizuje niedomkniętą (nie)wyznaniem prawdy przeszłość.

 

Światły człowiek

Patriarcha posiada również drugą twarz. Mianowicie człowieka często bywającego za granicą – także w Watykanie, z którym posiada dość dobre relacje. Uczestniczył w pracach nad wydanymi w 2000 roku „Podstawami koncepcji społecznej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej”, w których Cerkiew odniosła się między innymi do kwestii narodu, ekologii, biotetyki czy mass mediów, co dla prawosławia oznaczało dokument bez precedensu. Cyryl z powodzeniem kontynuuje misję swojego poprzednika Aleksego II, odbudowując wpływy religii prawosławnej w Rosji i przywracając zniszczone w okresie ZSRR cerkiewne świątynie. Ksiądz profesor Witold Kawecki, uczestniczący w pracach nad dokumentem obydwu kościołów, nazwał go „światłym człowiekiem”, a w jego książce „Wolność i odpowiedzialność” widzi „wiele takich elementów, które nas absolutnie zbliżają do wypowiedzi naszych hierarchów kościelnych czy też papieża”. Co to wszystko oznacza dla Polski?

W wywiadzie dla Polskiego Radia patriarcha powiedział, że często bywał w Polsce, dobrze zna życie duchowe naszego narodu i bardzo je ceni. W miesiąc po katastrofie smoleńskiej przybył na miejsce by wyświęcić to tragiczne miejsce. W lipcu wyświęcił również cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa w Katyniu, mówiąc: „pod każdą piędzią ziemi w Lesie Katyńskim jest męczeńska krew Rosjan i Polaków”. W czasie wizyty złożył kwiaty na grobie księdza Jerzego Popiełuszki w Białymstoku.

Szczególnie przy dwóch ostatnich przypadkach należy się zatrzymać. Cyryl naprawdę wierzy w podobne doświadczenia obydwu narodów poddanych ateistycznemu reżimowi zwalczającemu religię w każdej jej odmianie. Uważa, że Polacy i Rosjanie mają obowiązek opowiedzieć całemu światu własną historię, wytłumaczyć „co to znaczy budowanie państwa i społeczeństwa bez Boga”.

Sympatia Cyryla do katolicyzmu (o co zresztą mają pretensje konserwatyści prawosławia) jest powszechnie znana. Wysłannicy obydwu kościołów często współpracują w ramach instytucji europejskich, na przykład Rady Europy. Rosyjska cerkiew pomaga też włoskim katolikom w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w sprawie pozostawienia krzyży w szkołach. Tak kościół Wschodni jak i Zachodni w podobny (czytaj: negatywny) sposób widzą procesy zachodząc we współczesnym świecie i temu w dużej mierze zostało poświęcone wspólne przesłanie. „Nie” dla aborcji, eutanazji, antykoncepcji, całkowitej sekularyzacji, relatywizmu, permisywizmu obyczajowego, małżeństw homoseksualnych, terroryzmu i konfliktów zbrojnych. „Tak” dla obecności religii w życiu publicznym, współpracy z państwem „w dziedzinie troski o rodzinę, wychowania, ładu społecznego i innych kwestii ważnych dla dobra społeczeństwa”, tolerancji oraz wolności religijnej. Mówiąc językiem ekonomii, katolickich i prawosławnych przywódców oprócz zbieżności światopoglądowych łączy też wspólnota interesów.

 

My wiemy lepiej

Podczas wizyty rozpętało się typowe dla Polski pieniactwo i bezrozumne awanturnictwo. Kim byli ludzie z tablicą „Agent KGB Michajłow”? Jaką mają wiedzę i kto dał im prawo do rozliczenia rosyjskiego patriarchy na podstawie zasłyszanych informacji? Jaki sens widzą niektórzy politycy i część mediów w kontestowaniu procesu pojednania z powodu „braku prawdy katyńskiej i smoleńskiej”? Czyżby cerkiew patronowała rozstrzeliwaniu polskich oficerów w Lesie Katyńskim? A może zwolennicy „teorii zamachu” uważają, że zwierzchnik duchowny rosyjskiego prawosławia pomógł Putinowi zaplanować zabójstwo pasażerów Tu-154, na przykład wyświęcił bombę? Idąc dalej, czy rzeczywiście 2 lata kolonii karnej dla Pussy Riot świadczą o tym, że gościliśmy wysłannika politycznego, a nie przywódcę duchowego? Że przybył namiestnik Kremla, którego słowa nie przedstawiają żadnej wartości? Czy wyrok dla trzech skandalistek deprecjonuje cały dokument, doktrynę prawosławia i rękę wyciągniętą w kierunku Polaków?

W polskich komentarzach uderzał kompletny brak zrozumienia dla czegoś odmiennego, obcego naszemu doświadczeniu. Niektórzy publicyści i specjaliści zachowywali się jakby oderwano ich od rzeczywistości. Zofia Wojtkowska z „Wprost” stwierdziła, że dla niej „fakt podpisywania porozumienia na Zamku Królewskim jest śmieszny”, gdyż oznacza „wejście w konwencję połączenia ołtarza z tronem (w Rosji – przyp. K.B.). Jarosław Kociszewski w audycji „Więcej świata” zaprosił do rozmowy Władimira Kirijanowa, korespondenta rosyjskiej prasy w Warszawie oraz Ariadnę Rokossowską, specjalistkę do spraw Polski „Rossijskoj Gaziety”. Obydwoje zaprzeczyli politycznemu charakterowi wizyty. Mało tego, wskazali wyraźnie jak wielce szkodliwy jest narosły w Polsce stereotyp, zrównujący Cyryla z namiestnikiem Kremla. Jednakże dziennikarz nie chciał słuchać, przerywał, nie potrafił pogodzić się z inną wizją rzeczywistości niż tą, którą sobie założył na początku programu. Podobny ton panował w wielu audycjach, programach, artykułach i wypowiedziach. Wedle zasady: „oczekiwaliśmy, że powiecie o waszym kraju to co chcielibyśmy usłyszeć, ale jeśli się upieracie, no cóż, dopowiemy za was”.

 

Historia, głupcze!

Sformułowane a priori przekonanie o politycznym wydźwięku wizyty świadczy o braku znajomości i zrozumienia realiów rosyjskich. Być może Cyryl odbył z Putinem rozmowę w sprawie planów odwiedzenia Polski. To jednak wcale nie oznacza, że prezydent Rosji wydał zgodę na wizytę, niczym biuro podróży zaplanował Cyrylowi cały pobyt (all inclusive), następnie podyktował mu treść dokumentu, ułożył wszystkie przemówienia oraz odpowiedzi na pytania dziennikarzy i jeszcze rozkazał zjeść kolację z prezydentem Bronisławem Komorowskim ustalając menu.

Warto też zadać sobie inne pytanie. Zaledwie czterostronicowy dokument przygotowywano aż 3 lata. Czy Putin, mając na głowie Syrię, Iran, Libię, Koreę Północną, kryzys demograficzny, ochłodzone relacje ze Stanami Zjednoczonymi i wschodzącą chińską potęgę, tak misternie planowałby proces relacji polsko-rosyjskich, używając w dodatku dość wyszukanego narzędzia, jakim są kościoły w obydwu krajach? Mówiąc wprost: czy Putin nie ma nic lepszego do roboty niż 3 lata ślęczeć nad wycinkiem relacji z Polską?

Do tego dochodzi jeszcze historia. Model relacji państwo-cerkiew jest zupełnie odmienny od modelu państwo-kościół katolicki. W pewnym momencie Watykan stanowił wręcz konkurencję dla władzy świeckiej, będąc strukturą zhierarchizowaną z decyzyjnym przywódcą na czele. Kościół Wschodni tworzyły natomiast wspólnoty lokalne, którym dano prawo uznawać zwierzchnictwo władzy świeckiej. Oczywiście, władza świecka w Rosji zbyt często wstępowała na teren sacrum. Jednakże w tym państwie koncepcja współpracy ma bardzo długą tradycję, nie postrzeganą po prostu w kategoriach pozytywna-negatywna. I nie oznacza ona wcale bezwzględnego posłuszeństwa czy pisania „planu lekcji” dla Cerkwi. Cyryl nie przychodzi na Kreml prosić o instrukcje. Putin również musi wysłuchać głosu „swojego patriarchy”. Bliskie relacje nie czynią jeszcze z Cyryla wysłannika prezydenta.

Ujawniła się też w Polakach ogromna dawka hipokryzji. Kościół katolicki zawsze posiadał w naszym kraju ogromne wpływy. Z biegiem lat naturalnie ulegają zmniejszeniu, ale wciąż są bardzo widoczne. Deklarujący swój ateizm (bądź dla większej poprawności politycznej agnostycyzm) parlamentarzyści, ministrowie, a nawet prezydent 10-15 lat temu ochoczo wyruszali do Watykanu oraz uczestniczyli w nabożeństwach. Każda rządząca partia lądowała prędzej czy później na dywaniku arcybiskupów. Daleko nam do kraju idealnie rozdzielającego politykę od religii, wyraźnie pokazującego gdzie miejsce tronu a gdzie ołtarza.

Czy idealnym krajem są w tym względzie Stany Zjednoczone, gdzie kandydaci na fotel prezydenta pilnują każdego słowa by nie urazić jakiegoś wpływowego przywódcy duchowego?

Wracając do Polaków, dziwi to rozbuchane, a tak naprawdę podszyte bigoterią ego predestynujące do wskazywania palcem, który gest pojednania jest wart przyjęcia, który nie. Który jest szczery, a który polityczny. Który kraj nabrał gotowości do „prawdziwego pojednania”, a który jeszcze do tego nie dorósł.

 

Mróz ze Wschodu

Pierwszy raz w historii do naszego kraju przybył patriarcha Moskwy i Wszechrusi. Pierwszy raz w historii obydwa narody przygotowały wspólne przesłanie. Pierwszy raz w historii nasze kościoły podpisały wspólną deklarację programową. Wykonano kroki, na jakie nikt wcześniej nie miał odwagi lub dobrych chęci. Jan Paweł II wielokrotnie, acz bezskutecznie zabiegał o przyjazd do Rosji. Wątpię czy osoba tak przez polskich katolików ubóstwiana mogłaby zamarzyć by nie tylko usłyszeć, ale podpisywać podobne słowa: „Drogą ku takiej odnowie jest braterski dialog. Ma on dopomóc w lepszym poznaniu się, odbudowaniu wzajemnego zaufania i w taki sposób doprowadzi do pojednania. Pojednanie zakłada również gotowość. do przebaczenia doznanych krzywd i niesprawiedliwości. (...) Apelujemy do naszych wiernych, aby prosili o wybaczenie krzywd, niesprawiedliwości i wszelkiego zła wyrządzonego sobie nawzajem. Jesteśmy przekonani, że jest to pierwszy i najważniejszy krok do odbudowania wzajemnego zaufania, bez którego nie ma trwałej ludzkiej wspólnoty ani pełnego pojednania”.

Czy dokona się dzieło pojednania pomiędzy dwoma narodami zależy od polityków, duchownych, artystów, naukowców, studentów i wolontariuszy, od nas samych. Po Westerplatte i polsko-rosyjskiej Komisji do Spraw Trudnych to zaledwie trzeci kroczek na drodze do zbliżenia spośród tych wykonanych w XXI wieku. Właściwie dopiero teraz widzimy którędy powinniśmy podążać, znajdując się na samym początku długiego procesu. Tymczasem niektórzy już kopią głębokie dołki, z których ciężko będzie się wydostać. Od prawie dwóch i pół roku epatują „mordem na polskich elitach”, zaś obecnie torpedują próbę zbliżenia, przylepiając jej etykietkę z napisem „polityczna”, „putinowska” oraz „niegodna ze względu na niewyjaśnioną historię”.

Bez wątpienia fundamentem, potrzebnym Polsce i Rosji do wzajemnego zbliżenia jest słuchanie siebie nawzajem zamiast puszczania mimo uszu tego, co mówi druga strona, bo przecież my i tak wiemy swoje. W wywiadzie dla portalu Studio Opinii Sławomir Popowski zapytał Wiktora Jerofiejewa czy nie nudzą go już pytania odnośnie sytuacji w Rosji. Ten odpowiedział: „Nie. To taki nie kończący się łańcuch. Moi kalifornijscy przyjaciele, przy toaście, kiedy stukamy się kieliszkami, mówią na zdorowie… Miałem już tego dość więc powiedziałem, że po rosyjsku tak się nie mówi; to toast polski, a nie rosyjski. U nas tak mówi mama albo babcia, kiedy dziękujesz im za obiad albo ciastko. No i co? – Po roku znowu byłem w Kaliforni, a oni po dawnemu znów podnoszą toast: na zdorowie. Okazuje się, że są stereotypy silniejsze od wszystkiego. Coś podobnego jest z Polakami. Stale zadają te same pytania, ale poza nielicznymi wyjątkami, właściwie sposób myślenia o Rosji się nie zmienia. Są pytania, ale odpowiedzi przyjmuje się do wiadomości tylko wtedy, gdy są zgodne z tym, w co wierzy pytający. Dla Polaków, cokolwiek by się u nas nie działo, Rosja pozostaje krajem strachu i strasznej historii – krajem, od którego nie należy oczekiwać niczego dobrego. I paradoksalnie, w jakimś sensie– pewnie pomaga to Polakowi zachować swoją polskość. Czuje, że żyje na granicy cywilizacji, a tę swoją próbuje chronić przed mrozem ze Wschodu…”.

Czasami można odnieść wrażenie, że nawet jeśli ze Wschodu przyszło ciepłe powietrze, to dla niektórych Polaków i tak pada śnieg.

 

Kuba Benedyczak jest doktorantem Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się polityką wewnętrzną w Rosji, publikuje na portalu Studio Opinii.


Powrót
Najnowsze

V Forum Europejskie

26.04.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Niebezpieczne związki

24.04.2017
Dominik Wilczewski
Czytaj dalej

Spotkania z Maciejem Jastrzębskim w Krakowie

21.04.2017
NEW
Czytaj dalej

Stać po stronie ofiar

21.04.2017
Zbigniew Rokita Grzegorz Motyka
Czytaj dalej

Donbas: taktyka zamiast strategii

20.04.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

Czas bić na alarm

19.04.2017
Zbigniew Rokita Małgorzata Nocuń Paweł Kowal Bartłomiej Sienkiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu