Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Najdalej na świecie (cz.1)
2012-09-12
Z Jackiem Hugo-Baderem rozmawia Zbigniew Rokita
ZBIGNIEW ROKITA: Polakom na hasło Kołyma włos jeży się na głowie. To tam, gdzie świat się kończy, albo jeszcze dalej... 
JACEK HUGO-BADER: Ja też na sam dźwięk tego słowa miałem ciary. I dlatego tam pojechałem.  
Historia nie przeszkadza mieszkańcom Kołymy w prowadzeniu normalnego życia?
To paradoksalne, ale Rosjanie są mistrzami świata w zapominaniu. Uderzyło mnie to szczególnie na Kołymie. Oni mają kompletnie gdzieś, co tam się działo wcześniej. Nawet im się nie chce o tym gadać. „Mamy tyle swoich problemów, co nas obchodzi przeszłość” – mówią. 
Pojechałem do Kadykczanu. Chciałem znaleźć łagier, w  którym przebywał Warłam Szałamow. Pytam wszystkich, szperam, a tu nikt nic nie wie. Przecież, na litość boską, to był gigantyczny obóz, a dziś nikt nie potrafi  nawet wskazać miejsca, gdzie się znajdował. Zacząłem szukać sam i w końcu znalazłem. Spalili go, więc nie ma tam baraków, zostało pogorzelisko – jakieś resztki słupów, trochę drutów. Obok miejscowi mają działeczki: uprawiają marchew, brukiew, kwiatki sadzą, grillują. Straszne, prawda?
Nawet w muzeum w Magadanie głównym tematem nie są obozy, a „oswajanie północy”, czyli opowieści o tym, jak to ucywilizowaliśmy tę część świata. O tragedii łagrów wspomina się jakby przy okazji – w jakiejś gablocie leży czyjś stary but czy czapka uszanka. I jeden wstrząsający dokument o normach chleba, autorstwa Jana Berzina. Zdążyli postawić mu zresztą popiersie w Magadanie – akurat kiedy komunizm upadał, chwiał się na tych glinianych nogach, a w Polsce już go nie było. A oni właśnie wtedy wznieśli pomnik Berzinowi, czyli facetowi, który zbudował cały łagrowski świat na Kołymie. Jak można było mieć tak krótką pamięć? To tak, jakby w Oświęcimiu postawić pomnik wybitnemu antropologowi doktorowi Josefowi Mengelemu. Zresztą, wydaje się, że niezłemu lekarzowi. 

Trakt kołymski jest sam w sobie pomnikiem tragicznej przeszłości. 
Uwierzy pan, że miałem problem, żeby się wysikać na tej drodze? Mogłem przecież lać jakiemuś chłopakowi prosto na głowę. I jest duża szansa, że parę razy tak się stało. Oni tam leżą przecież na tym trakcie – jeden za drugim. Jak któryś padał, to go od razu zakopywali. Po drodze nie ma ani jednego cmentarza, a przy budowie tej drogi zginęły setki tysięcy ludzi. 2225 kilometrów mogił, najdłuższe cmentarzysko świata. 

Według Szałamowa, w łagrach nie było miejsca na ludzkie odczucia, z człowieka wychodziło to, co najgorsze. Czy dało się tam kochać? 
W łagrach panował niewyobrażalny głód miłości. Człowiek z natury chce dawać i dostawać dobro. A tam się nie dało kochać, nie było kogo, jak. Zdaniem Szałamowa, każda minuta w gułagu była zła. Trzeba było więc coś wykombinować, coś z tym zrobić, bo inaczej, nie kochając, przestaliby oni być ludźmi. 
Pod wieloma żeńskimi łagrami ustawiały się długie kolejki mężczyzn. Faceci czekali, aż któraś z kobiet w końcu wyjdzie. Ona też potrzebowała miłości, więc główkowali w ten sposób: „Jakoś się dogadamy we dwoje, może uda nam się pokochać. Skoro oboje jesteśmy tak wygłodniali uczucia, to jest duża szansa, że naprawdę coś z tego będzie”. Znałem kobiety, które w ten sposób znalazły mężów. To były dobre, trwałe małżeństwa. Jedna wyszła nawet za strażnika. 
W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku komsomoł zainicjował wielką akcję: ogromny desant ochotniczek do oswajania Kołymy. Przypłynął statek z dwoma i pół tysiąca kobiet na pokładzie. mężczyźni stali na brzegu i tylko patrzyli. Chcieli założyć rodziny, zapomnieć o okropnościach  i zacząć zwykłe życie. Teraz proporcje już się zresztą wyrównały – mężczyzn i kobiet jest tyle samo. Oni są normalni. Tam też się żyje, kocha, płodzi dzieci, jak wszędzie indziej.

A współcześni mieszkańcy Kołymy chcieliby stamtąd uciec? Traktują życie tam jako pewną formę zesłania?
Różnie z tym bywa. Wielu rzeczywiście chciałoby wyjechać do Moskwy czy Riazania, bo tam jest lżej. Na Kołymie zima trwa w nieskończoność, panują naprawdę ciężkie warunki. 
Ale są i tacy, którzy za Chiny Ludowe nie wyjadą. Poznałem kiedyś starszą panią, która za nic nie chciała się stamtąd ruszyć. Cała rodzina się przeniosła, a ona została. A przecież kiedyś ta kobieta siedziała w tamtejszych łagrach, przeżyła straszne lata. Spytałem ją, dlaczego nie chce uciekać, zostawić tego za sobą raz na zawsze. Opowiedziała mi, jak pięknie ułożyła sobie życie po wyjściu z obozu. Urodziła dzieci, znalazła dobrego męża, była szczęśliwa. Jakoś wszystko się jej udało. I powiedziała, że nie opuści swojej „rodnoj, ukochanej ziemi”. 
Zresztą właśnie dlatego tam pojechałem, żeby dowiedzieć się, co działo się z ludźmi po wyjściu z łagrów. Nie chciałem pisać w Dziennikach kołymskich o samych obozach, bo to już zrobił Szałamow. Pytałem przede wszystkim o to, co było później. To ostatnia szansa, żeby ich jeszcze trochę podpytać, bo łagiernicy wymierają, zaraz ich nie będzie.

Czy Moskwa pamięta dziś jeszcze o Kołymie?
Pamięta i stara się wszystkich stamtąd wykurzyć. Władze próbują ich wysiedlić, bo utrzymanie tak wielkiej populacji na dalekiej północy się nie kalkuluje. Żeby ogrzać dom na Kołymie w sezonie grzewczym, który trwa dziesięć miesięcy, trzeba spalić nie wiadomo ile ton węgla. A tym samym ludziom, jeśli przenieść ich na środkową Syberię, wystarczy ćwiartka tego węgla. Nie trzeba będzie płacić im też wszystkich dodatków socjalnych za życie w trudnych warunkach. 
Region zresztą rzeczywiście się wyludnia. Od upadku Związku Radzieckiego ubyło 380 tysięcy osób. Emigrują na masową skalę. A państwo im w tym pomaga, wspomniany Kadykczan został na przykład zamrożony. Diabelnie prosta sprawa: wystarczy odciąć dostawy ciepła, żeby zamrozić jakiś dom czy cały pasiołek. I wtedy już nie ma gadania, nawet jeśli ktoś nie chce wyjechać, to nie ma wyboru. W Kadykczanie postawiono sprawę jasno – macie czas do grudnia. Wcześniej zamknięto kopalnie węgla, więc państwo nie widziało powodu, żeby trzymać tam ludzi, skoro nie ma dla nich roboty. A człowiek nie jest z natury ruchliwy, jak już gdzieś przyfrunie, to chce zostać. 

Najpierw cywilizowali północ, a teraz chcą ją wyludnić.    W latach trzydziestych budowano na Kołymie infrastrukturę, zasiedlano te tereny. Ale to było pozbawione sensu, bo tam nie ma po co żyć, tam za trudno żyć. Bogactwa naturalne i tak będą dalej eksploatowane – nieco zmieni się tylko system. Lepiej przyjechać, wziąć, co potrzeba, i zabrać ze sobą. W końcu robotnik wydobywający złoto nie musi wcale tam mieszkać okrągły rok. Wystarczy przywieźć go na sezon z Kaliningradu.  
Jacek Hugo-Bader jest reporterem, autorem książek Biała gorączka (Wołowiec 2009, 2011), W rajskiej dolinie wśród zielska (Wołowiec 2010) i Dzienniki kołymskie (Wołowiec 2011). Od 1990 roku związany z „Gazetą Wyborczą”

W dniu jutrzejszym ukaże się część druga rozmowy. 
Wywiad ukazał się w numerze wrzesień-październik 2012 Nowej Europy Wschodniej (5/2012).

Polecamy inne artykuły autora: Z Jackiem Hugo-Baderem rozmawia Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu