Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Najdalej na świecie (cz.2)
2012-09-13
Z Jackiem Hugo-Baderem rozmawia Zbigniew Rokita
Wywiad ukazał się w numerze wrzesień-październik 2012 Nowej Europy Wschodniej (5/2012).
Pierwsza część wywiadu dostępna jest tutaj.
ZBIGNIEW ROKITA: Sezon trwa pół roku – od maja do końca września. Później woda zamarza i nie można ani płukać złota, ani łowić ryb. Nie ma czym się zająć. Co wówczas robią mieszkańcy Kołymy? 
JACEK HUGO-BADER: Życie zamiera.

Z czego wtedy żyją?
Z tego, co zarobili przez lato.

Chyba że przepiją.
Chyba że przepiją. Bardzo często tak bywa. I potem jakoś muszą przeżyć. Pół roku zarabiają ciężkie pieniądze, a potem idą w zapoj. W kopalniach rozmawiałem z buldożerystami – to arystokracja wśród poszukiwaczy złota. Przez parę miesięcy muszą dać sobie na wstrzymanie, odstawić picie. Potem często wpadają w półroczny ciąg alkoholowy, po czym znowu trzeba ich znaleźć, sprawić, żeby wytrzeźwieli, przytargać do roboty i posadzić na maszynie, pilnować, żeby nie zwiali, nie wyskoczyli na chwilę do miasteczka po małe co nieco. Pracują w cyklu dwanaście godzin odpoczynku, dwanaście godzin pracy. I tak siedem dni w tygodniu, przez pół roku. Kiedy sezon się kończy, odpoczywają sześć miesięcy. Potem dają w gaz. 

Najczęściej odpoczywają w rodzinnych wioskach. Czy wyglądają one tak, jak je sobie wyobrażamy – kilka chałup, bez wody i prądu?
A gdzie tam. To nie są maciupeńkie, odcięte od świata, kilkudziesięcioosobowe wioseczki. Są dość duże. W przeciwnym razie nie dałyby rady same utrzymać się w północnych warunkach. Trochę inaczej sprawy mają się w Jakucji, gdzie rzeczywiście istnieją jeszcze małe, etniczne wioski, są tam od dawien dawna. Świat kołymski jest jednak stosunkowo młody.
Kiedy mężczyźni na pół roku wyruszają do pracy w tajdze, rodziny zostają w pasiołkach – dzieci chodzą do szkoły, żona pracuje jako nauczycielka, urzędniczka, czasem ma swój interes. To system osad, znacznie oddalonych od siebie, które miały stanowić bazy wypadowe dla poszukiwaczy złota i węgla na działki, gdzie się kopie. Rosjanie nazywają je poligonami. 
Pracuje na nich od kilku do kilkudziesięciu osób. Wszystko zależy od ilości surowca, wielkości działki i właściciela. Niektórzy mają poligony, na których trzymają trzech-czterech pracowników, buldożera i kombajn płuczący. Są i tacy, którzy mają podziemne działki. Tam można fedrować złoto nawet w zimie, bo surowca nie wydobywa się wówczas w formie piasku, który trzeba potem wypłukać z masy ziemi, ale otrzymuje się od razu rudę, którą przetapia się w hucie. Na takich poligonach pracuje się okrągły rok.

Kiedy trafia Pan do zapomnianych głubinek, czy tamtejsi ludzie są ciekawi świata, czy wypytują o wszystko?
Dosłownie o wszystko. „To teraz ty opowiedz o tej swojej Polsce” – mówią. A ja opowiadam. Muszą się dowiedzieć wszystkiego o mnie, żeby mnie poznać – mają do tego święte prawo. Opowiadam o redakcji, o dzieciach, o moich podróżach. Mieliby mi wszystko sprzedać, a ja im nic? Wiem, że człowiek musi dużo dostać, żeby dużo dać. Dopiero, kiedy się nasyci, zaczyna oddawać. Na początku ja daję więcej, on mało, a potem role się odwracają i zaczynam zasysać w nieskończoność. Muszę wypytać o wszystko jak leci – od chwili urodzenia do śmierci. Bo mnie interesuje wszystko.

Czy kiedy wypytuje ich Pan o każdy szczegół, jeździ z nimi autostopem, przychodzi do ich domów, to czy nie myślą, że Jacek Hugo-Bader jest szpiegiem?
Co jakiś czas się z tym spotykam. Z takim naiwnym pytaniem naiwnych ludzi, wzrusza mnie to. Kiedy się polubimy, pogadamy sobie od serca, to często pytają: „To powiedz, Jacek, ale tak szczerze – jesteś szpiegiem czy nie?”. Dziwią się, że szpieg może być taki sympatyczny. Naiwnie myślą, że gdybym był podstawiony, to bym się przyznał. Kiedy odpowiadam, że nie jestem szpiegiem, od razu się uspokajają. Wiemy, że Związek Radziecki chorował na szpiegomanię. Każdy cudzoziemiec był podejrzany, że jest agentem, bo w innym razie po co miałby przyjeżdżać do naszego pięknego kraju, jeśli nie po to, żeby niuchać i podglądać.

A czy nie dziwią się, że jakiś „wariat z Polski” przejechał taki kawał, żeby dotrzeć do wioski na końcu świata? 
Pewnie, zawsze się dziwią, bo nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo są interesujący. Wydaje im się, że ich życie jest nudne, że nie ma o czym rozmawiać, a to nieprawda. Tam aż roi się od cudownych historii, każdy człowiek jest na swój sposób ciekawy. Każdy. 

W każdym człowieku jest temat?
Tak, prawie w każdym. Trzeba tylko umiejętnie wydobyć z niego to coś. W Rosji dogrzebanie się do tematu jest zresztą łatwiejsze. 

Dlaczego?
Śmieję się, że można byłoby mnie rzucić w dowolne miejsce na świecie ze spadochronem. Wystarczy, że zobaczę człowieka, drap go i już jest reportaż. Najlepiej zresztą, żeby to był starszy człowiek, bo czym starszy, tym więcej przeżył, więcej widział. Wystarczy spytać, jak udało mu się przeżyć te straszne lata, wszechobecny strach, komunizm, kiedy za usłyszany kawał – czyli przestępstwo szeptane – już można było trafić do łagru. To reportersko gastronomiczne historie.   

Uważa Pan, że reporter to wyższa klasa dziennikarza?  
Oczywiście, reporterzy to arystokracja wśród dziennikarzy. A już największymi arystokratami są reporterzy prasowi. Mogą tekstem opowiedzieć więcej niż kto inny, poprzez obraz czy dźwięk. Zejść znacznie głębiej, dogrzebać się czegoś. Bohater, posadzony przed kamerą, nie opowie już tego samego. I dlatego ja jestem arystokratą. 

W żyłach osoby przeprowadzającej wywiad nie płynie już w takim razie błękitna, dziennikarska krew?
Łatwiej jest napisać wywiad niż reportaż, chociaż w początkowej fazie praca jest podobna. To inny gatunek tego samego. Różnica polega na tym, że Pan ma tylko jedną osobę, z którą odbywa dogłębną rozmowę. Reporter musi dodać wiele elementów, wszystko, co płynie od niego i świata zewnętrznego. Ale i tak, koniec końców, gdzie tam radiowcom czy tym z telewizji, do nas, pismaków. 

Jacek Hugo-Bader jest reporterem, autorem książek Biała gorączka (Wołowiec 2009, 2011), W rajskiej dolinie wśród zielska (Wołowiec 2010) i Dzienniki kołymskie (Wołowiec 2011). Od 1990 roku związany z „Gazetą Wyborczą”

Wywiad ukazał się w numerze wrzesień-październik 2012 Nowej Europy Wschodniej (5/2012).


Polecamy inne artykuły autora: Z Jackiem Hugo-Baderem rozmawia Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu