Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Tryumf hermeneuty
2012-10-10
Tomasz Mróz
Książkę Przybylskiego czyta się łatwo, lecz trudno ją streścić. Tam, gdzie nie starcza faktów z życia Mandelsztama, Przybylski sięga do rosyjskiej historii, mitologii, listów świętego Pawła czy Piotra Czaadajewa, a przede wszystkim do samych wierszy. Bo o tym, co robił Mandelsztam w przełomowym 1917 roku, wiadomo właściwie bardzo niewiele. Ze wspomnień innych osób można wyłowić jedynie jakieś strzępy, okruchy zdarzeń. W pamięci czytelnika być może zostanie wspomnienie Wiery Strawińskiej: „Mandelsztam – pisze o jego pobycie na Krymie latem 1917 roku – był zawsze podniecony i głodny, ale przecież każdy był wówczas głodny, powinnam więc powiedzieć, że bardziej głodny niż wszyscy inni. (...) Miał bardzo mało ubrań. Obywał się koszulą i parą dobrze podzelowanych butów. Wziął tylko znoszony deszczowiec i paradował w nim tam i na powrót po naszej spiżarni niczym filozof perypatetyk, ale nie po to, aby się rozgrzać, lecz po to, by wywęszyć – z kolei jak platonik  – czy czasem nie znajdzie się tu jakiegoś pożywienia. (...) Ale rozmowy były ożywione i wcale nie o polityce, lecz o sztuce, literaturze i malarstwie”.

Dla niewtajemniczonego czytelnika tych siedmiu wierszy czas powstania większości z nich bynajmniej nie jest oczywisty. Poświęcone dekabrystom, czarnomorskim miejscom, pełne odniesień do mitologii greckiej, choć jawnie podszyte niepokojem, w żaden oczywisty sposób nie są związane z wydarzeniami roku 1917. Wyjątek stanowią dwa: Do Kasandry, poświęcony Annie Achmatowej, i drugi, zaczynający się od słów „Kiedy chwilowy władca w październiku”, opowiadający o zabitym przez rozszalały tłum rewolucjoniście Fiodorze Lindem. Te kilka krótkich utworów Mandelsztama uświadamia jedynie, jak bardzo niebezpieczna (i ostatecznie błędna) jest próba odszyfrowywania poezji za pomocą klucza biograficznego czy historycznego. Przybylski oczywiście w swojej egzegezie nie ogranicza się do historii i biografii, choć też zupełnie od nich nie stroni.

Myśl interpretatora dość swobodnie przeskakuje z wątku na wątek. Najlepszym tego przykładem jest odczytanie najbardziej tajemniczego z tych siedmiu wierszy zaczynającego się od słów „Jako młody lewita wśród starszych świątyni”, w którym Przybylski odnajduje żydowską hagadę – „bajeczną opowieść, z której należy wysupłać mądrość, co może się nam przydać tu i teraz lub zawsze i wszędzie”.

Czytelnikowi, dla którego dzieje Rosji nie są czymś zupełnie obcym, książka Przybylskiego nie przynosi nowych odkryć czy zaskakujących interpretacji historycznych. W tym przypadku należy jednak szczególnie wystrzegać się pośpiesznego czytania – taka lektura nic tu nie da, można się po niej prześlizgnąć jak po samych wierszach Mandelsztama. Bo książka Przybylskiego jest w istocie opowieścią hermeneuty i stanowi dowód możliwości tryumfu hermeneuty nad brakiem materiału. Tam, gdzie urywa się narracja biograficzna, zostaje nagi tekst i właśnie wyjawienie ukrytych w nim sensów jest celem tej książki: „Hermeneutyka – usprawiedliwia się Przybylski – nie pada na twarz przed ciemnym i niepojętym tekstem, a na dodatek jest bezczelna”.

Mimowolną bohaterką tej książki jest Anna Achmatowa. Tam, gdzie jest Mandelsztam, tam jakby zaraz za jego plecami stoi Achmatowa. I nie ma się co dziwić, bo to z Achmatową Przybylski zetknął się osobiście i nie mogło to nie pozostawić śladu w pamięci i umysłowości młodego jeszcze wówczas uczonego. Od tego czasu Achmatowa i Mandelsztam są obecni w większości książek Przybylskiego. To w końcu on jest autorem Wdzięcznego gościa Boga – pierwszej w języku polskim monografii o Mandelsztamie.

W młodości Przybylski zetknął się też z żoną Mandelsztama, która w tych esejach pojawia się dość często: czasami w roli egzegety dzieła męża, a czasami jako świadek czasu. Przybylski nieraz podważa zdanie Nadieżdy Mandelsztam o poecie – tam, gdzie ona wypowiada się z pewną pobłażliwością o wiedzy swojego męża (choćby w przypadku mitologii greckiej czy filozofii Henriego Bergsona, które, jej zdaniem, poeta raczej przejrzał, niż przestudiował), Przybylski przekonuje, że wiedza Mandelsztama musiała być głębsza, bo na to wskazują ukryte sensy jego wierszy. Fakty są jednak faktami i intuicja podpowiada, że w tym sporze rację ma żona poety. Poznanie poety i poznanie uczonego niekoniecznie muszą schodzić się na tej samej płaszczyźnie.

Mandelsztam nie należał do poetów politycznie zaangażowanych. Co prawda, popierał partię eserów (wszystkie napisane w 1917 roku wiersze wydrukował w eserowskich gazetach), ale w sferze publicznej jego poparcie ograniczyło się tylko do wyboru miejsca druku. Podzielał też wiarę dość szerokich warstw rosyjskiej inteligencji w zdolności przywódcze Aleksandra Kiereńskiego. Sam Kiereński też uwierzył w nie na tyle mocno, że ogłosił się dyktatorem.

Nadieżda Mandelsztam wspominała, że jej mąż często gardził polityką, ale nigdy nie lekceważył ludu i nie odmawiał mu prawa do spontanicznych wystąpień, i nawet jeśli nie były one rozważne i sprawiedliwe, Mandelsztam ich nie potępiał. „Żył tym, co się dokonało” – powiedziała o nim Achmatowa i nie była to opinia odosobniona. „Było w nim coś, czego – pisała Nadieżda Mandelsztam – nie zauważyłam w nikim innym i pora już powiedzieć, że od takich porządnych ludzi jak Fadiejew czy Fiedin wyróżniała go nie lekkomyślność, ale nieskończona radość. Całkowicie bezinteresowna. Ponieważ była z nim zawsze, nie potrzebował niczego. Wszyscy do czegoś dążyli. On nie dążył do niczego. Żył i cieszył się życiem”. Ta radość nie przyczyniała się w żadnym stopniu do stępienia ostrości spojrzenia. We wszystkich wierszach z 1917 roku przeczucie nadciągającego końca oswojonego świata jest wyraźnie zaznaczone. Najdobitniej chyba w przepowiedni z wiersza Do Kasandry, poświęconego Annie Achmatowej:

Kiedyś w stolicy pogrążonej w szale
Scytów, nad Newą świętujących pustkę,
W zgiełku wstrętnego balu ktoś zuchwale
Zedrze ci z pięknej głowy chustkę.
(przeł. Adam Pomorski)

Przybylski nie unika pytania, czy to, co się stało w październiku 1917 roku, musiało się wydarzyć. Oczywiście, nie daje żadnej odpowiedzi. Bo czym szczególnym był ten rok 1917 w dziejach Rosji? Tym, że Rosjanie po raz pierwszy poczuli, że naprawdę mogą kształtować dzieje, poczuli realność historii. Ten bezwładny naród znienacka przekształcił się w jedno z najbardziej rozpolitykowanych społeczeństw. Rosyjski tłum nie pozostawał obojętny na żadne wydarzenie, może dlatego, że właśnie przed chwilą wyzwolił się z odwiecznego niewolnictwa i poniżenia. Ale przyszedł październik i – jak pisze Przybylski – „Rosja powróciła do swojej pratożsamości, czyli despotii”.

Pytanie o rok 1917 nieuchronnie staje się historią. Jeśli jeszcze niewiele ponad dwadzieścia lat temu nurtowało ono tysiące intelektualistów w każdym zakątku globu, a szczególnie inteligencję za „żelazną kurtyną”, to dziś rozpala już tylko umysły najżarliwszych i głęboko przejętych losami dziwnego narodu zamieszkującego północne tereny Eurazji. A do tych na pewno należy Ryszard Przybylski.

 

Tomasz Mróz


Odwieczna Rosja. Mandelsztam w roku 1917

Ryszard Przybylski

Wydawnictwo SIC!, 2012


Powrót
Najnowsze

Okiem Kremla: jak Polska fałszuje historię

03.01.2020
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Kraków: Polacy w Petersburgu na przełomie XIX i XX wieku

29.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Wojtyła, czyli prometeizm w Watykanie

27.12.2019
Cornelius Ochmann
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

22.12.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Rusza nabór do Akademii Ziem Zachodnich i Północnych

19.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Gacharia sucharia i kurczaki, czyli o kolejnym miesiącu antyrządowych protestów w Gruzji

19.12.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu