Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kiepskie perspektywy
2012-11-15
Z Andrijem Portnowem rozmawia Marek Wojnar

MAREK WOJNAR: Na Ukrainie niedawno odbyły się uroczystości siedemdziesiątej rocznicy powstania Ukraińskiej Powstańczej Armii. Ulicami Kijowa przeszła wielotysięczna manifestacja, świętowano również w wielu miastach na zachodzie kraju. Z czego wynika popularność UPA?

ANDRIJ PORTNOW: Składają się na to trzy czynniki. Po pierwsze, w regionach Ukrainy, gdzie walczyła UPA, a więc w Galicji Wschodniej i na Wołyniu, wciąż żywa jest pamięć wydarzeń wojennych i przede wszystkim powojennych. W tym okresie nacjonalistyczna partyzantka stanowiła jedyną zwartą siłę prowadzącą walkę z Armią Czerwoną. Do tego dochodzi fakt, że represje prowadzone przeciwko mieszkańcom Galicji Wschodniej i Wołynia pod pretekstem przynależności do UPA objęły niemal pół miliona osób. Wszystko to przyczyniło się do mitologizacji pamięci o chłopcach walczących z Sowietami.

Po drugie, na Ukrainie w odróżnieniu od krajów bałtyckich, podczas dwudziestu lat niepodległości nie został rozwiązany problem statusu prawnego partyzantki antykomunistycznej. Do dziś trwa debata publiczna na ten temat. W rezultacie weterani UPA cieszą się przywilejami na poziomie regionalnym jedynie w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Takie rozwiązanie nosi wszakże połowiczny charakter i nie likwiduje napięcia.

I wreszcie, popularność UPA wiąże się z obecną sytuacją polityczną na Ukrainie. Wielu obywateli (nie tylko na zachodzie kraju) odczuwa strach przed „nową rusyfikacją”, co dziś jest dodatkowo intensyfikowane przez napięcie wokół ustawy językowej.

 

Czy w takim razie można by zaryzykować stwierdzenie, że Stepan Bandera nie byłby dłużej potrzebny, gdyby zabrakło Wiktora Janukowycza?

Bandera pozostanie ważną postacią w historii Ukrainy. Nie wierzę, aby mogła istnieć pamięć ukraińska, która nie odnosi się do kwestii UPA i Bandery. Jednocześnie sytuacja polityczna na Ukrainie w znaczący sposób definiuje dyskusję o UPA. Niechęć badaczy do poruszania antysemickich kart historii ukraińskiego podziemia czy problematyki Wołynia nieraz wynika również z obawy, że ich podkreślanie może zostać zinterpretowane jako działanie w interesie środowisk prokremlowskich. I trzeba uczciwie przyznać, że często krytyka UPA rzeczywiście prowadzona jest przez grupy co najmniej niechętne wobec ukraińskiej kultury i historii. Polski czytelnik powinien być świadomy istnienia tej okoliczności, która bardzo utrudnia działania historyków piszących otwarcie o ciemnych kartach historii ukraińskiej partyzantki. Na badaczy próbujących to robić ze wszystkich stron sypią się oskarżenia o przekłamania i manipulacje. W tej sytuacji znalezienie drogi, która mogłaby wyprowadzić ukraińską historiografię ze ślepego zaułka wzajemnie zwalczających się dyskursów – posowieckiego i nacjonalistycznego – jest naprawdę niełatwym zadaniem.     

Perspektywy rozwiązania tego konfliktu nie wyglądają najlepiej. Radykalnie nacjonalistyczna Swoboda, głosząca hasła „banderowskiej rewolucji”, jeszcze przed kilkoma laty stanowiła marginalną siłę, a w wyborach 28 października zdobyła przeszło 10 procent poparcia. Równolegle na wschodzie ogromnie wzrosły wpływy komunistów. Wojna pomników rozgorzeje z nową siłą?

Na Ukrainie obserwujemy radykalizację i wzrost wpływu obozów, które jeszcze kilka lat temu były skazywane na marginalizację. Rzeczywistość ta zadecyduje nie tylko o obrazie nowego parlamentu, ale niestety będzie dotyczyć całokształtu życia społecznego na Ukrainie w najbliższych latach.  Debata będzie sprowadzać się do wyboru, który określam jako symboliczny wybór pomiędzy dwoma „T”. Myślę tu o obecnym ministrze edukacji Dmytrze Tabacznyku, znanym z antyukraińskich wypowiedzi, oraz liderze Swobody Ołehu Tiahnyboku, słynącym z wystąpień radykalnie nacjonalistycznych, poniekąd wręcz faszystowskich. Radykalne siły polityczne zyskujące coraz większy wpływ na debatę publiczną będą próbowały przekonać wszystkich Ukraińców, że rozumienie historii powinno sprowadzać się do jednoznacznego opowiedzenia się za dyskursem nacjonalistycznym bądź posowieckim. Obywatele czy też intelektualiści niezgadzający się z żadnym z przedstawionych wariantów mogą się znaleźć w swoistej pustce znaczeniowej. Nie bagatelizowałbym tej rzeczywistości sformułowaniami w rodzaju „przecież nic się nie dzieje” czy „Swoboda i komuniści to partie ludzi starych, a naszą przyszłością jest młodzież”. Te powszechne na Ukrainie opinie stanowią klasyczny przykład myślenia życzeniowego. Perspektywa znalezienia konsensusu w zagadnieniach historycznych niestety wygląda źle.  

 

Wobec tego, w jaki sposób i gdzie poszukiwać tego konsensusu?

Ukraina nie umiała zbudować go w ciągu ostatnich dwudziestu lat, co więcej: różnice wśród społeczeństwa w rozumieniu własnej historii są chyba jednymi z największych w całej Europie. Dlatego może powinniśmy poszukiwać tematów niezwiązanych z historią do budowania tego konsensusu.

Zagadnieniem, wokół którego można razem coś stworzyć, jest integracja europejska – temat ten w pewnej mierze eksploatowany jest przez wszystkie siły polityczne, jednak te wszystkie odwołania mają deklaratywny, a nie rzeczywisty charakter. Nad Dnieprem nie ma tak naprawdę zgody co do związania się z Brukselą, brakuje kompromisu, który osiągnięto w Polsce, na Litwie czy w Estonii. Ukrainie się to nie udało i mam wrażenie, że przez najbliższe lata również nie będzie w stanie tego uczynić.           

 

A co z historią? Czy nie ma żadnych symboli łączących Ukraińców?

Największy potencjał konsolidacyjny paradoksalnie mają te symbole z tradycji ukraińskiej, które zostały „oswojone” przez Związek Sowiecki. Komuniści w swoim kanonie kultury ukraińskiej zostawili pewne elementy narodowe, podczas gdy inne wyrzucili pod pretekstem walki z „burżuazyjnym nacjonalizmem”. Skutkiem tego postacie takie jak Taras Szewczenko, Iwan Franko, Łesia Ukrainka czy Bohdan Chmielnicki nie wywołują negatywnych emocji w żadnej części Ukrainy. Sprawia to, że posowiecka elita dysponuje pewnym potencjałem konsolidacyjnym, który jak na razie jest niestety bardzo słabo wykorzystany.

Z kolei wszystkie próby wprowadzenia w skali całego kraju symboli ogłoszonych przez Sowietów jako „nacjonalistyczne” zakończyły się w dużym stopniu niepowodzeniem. Myślę tu o Symonie Petlurze, Banderze, w mniejszym stopniu również o Mychajle Hruszewskim.        

 

Co w takim razie z dialogiem polsko-ukraińskim? Przecież w przyszłym roku przypada siedemdziesiąta rocznica rzezi wołyńskiej...

Historyczny dialog polsko-ukraiński znajduje się w głębokim kryzysie, nawet pominąwszy istotny czynnik w postaci wzrostu wpływów nacjonalistów czy zauważalny wzrost używania „języka kresowego” w mediach polskich. Kryzys ten jest zrozumiały w szerszym kontekście wydarzeń zachodzących zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. Okrągła rocznica rzezi wołyńskiej w przyszłym roku niewątpliwie będzie kolejnym powodem do emocjonalnych i oskarżycielskich wypowiedzi.

Jednocześnie chciałem zwrócić uwagę polskich czytelników na dwie rzeczy. Po pierwsze, Swoboda zyskuje na retoryce antyrosyjskiej oraz wykorzystaniu pewnych ogólnych wątków ksenofobicznych. Wątek polski ma jednak dla nacjonalistów mniejsze znaczenie niż węgierski czy rumuński. To świadczy o tym, że Polska na Ukrainie już nie jest postrzegana jako zagrożenie, natomiast Rosja nadal tak.

Po drugie, rzeź wołyńska jest niestety wydarzeniem mało znanym na Ukrainie. Gdy przyjrzymy się ukraińskim dyskusjom dotyczącym podziemia nacjonalistycznego, ze zdumieniem dostrzeżemy, że wątek stosunków polsko-ukraińskich jest w nich niemal nieobecny. Stan ten niewątpliwie jest w dużym stopniu dziełem sowieckiej propagandy, która budując czarny obraz ukraińskiego podziemia jako „faszystowskich kolaborantów”, zupełnie pominęła temat Wołynia. Dlatego Polacy powinni być przygotowani, że siedemdziesiąta rocznica antypolskiej akcji będzie o wiele mniej głośna na Ukrainie niż w Polsce.     

 

Czy w takiej sytuacji powinniśmy liczyć na władzę? Wiktor Janukowycz pozbawił Banderę i Romana Szuchewycza tytułów bohaterów Ukrainy.

Janukowycz jest typem polityka, dla którego tematy symboliczne są obce. Wszelka aktywność prezydenta w tym aspekcie może wynikać co najwyżej z sugestii jakiegoś doradcy. Obawiam się nawet, że Janukowycz zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy z wagi rocznicy wołyńskiej dla Polaków. Zagadnienie to nie ma również znaczenia dla jego otoczenia politycznego. W nowej edycji podręcznika do historii Ukrainy wydanego przez ministerstwo pod kierownictwem Dmytra Tabacznyka nie ma nawet wzmianki o Wołyniu. Sytuacja ta sprawia, że o tym wydarzeniu nie dowie się kolejne pokolenie Ukraińców. A właśnie to jest najważniejsze.         

 

Andrij Portnow jest ukraińskim historykiem i publicystą. W latach 2006-2010 był redaktorem naczelnym pisma „Ukraina Moderna”. Redaguje portal historians.in.ua.


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu