Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Tołstojowi na złość
2013-01-11
Kuba Benedyczak

Propozycja obejrzenia filmu Joe Wrighta w kinie wywołała u mnie jeszcze większą alergię. Po co wydawać pieniądze na coś, co na pewno okaże się klęską? Skończyło się jednak jak zawsze: namiętność żywiona do kobiety zwyciężyła nad osobistymi poglądami. I całe szczęście.

Nie jestem krytykiem filmowym, nie zamierzam więc omawiać fabuły ani skupiać się na szczegółach technicznych. Pozostawiam to osobom bardziej ode mnie kompetentnym. Wpisując w Google tytuł filmu, można łatwo znaleźć niejedną recenzję.

Joe Wright już dawno otrzymał łatkę specjalisty od adaptacji dziewiętnastowiecznych powieści społeczno-obyczajowych. Ponoć robi to nieźle i oryginalnie, i zapewne tak jest, jednak Rosja to zupełnie odmienna materia.

Narodowi pisarze wciąż pozostają dla Rosjan bogami. Pisząc o miłości, przeważnie czynią z niej temat ponury, przygniatają ciężarem egzystencji „człowieka po przejściach” albo umieszczają go w samym środku bezlitosnej społeczności. Dodatkowo, w pozornie banalną fabułę wplatają współczesne im tematy, kreują tragikomiczną panoramę społeczną, stawiając jednocześnie najbardziej fundamentalne pytania o Rosję bądź o ludzkość w ogóle.

 

Kłopotliwy geniusz

Taką samą trajektorią poruszał się pisarski geniusz Lwa Tołstoja. Przecież Wojna i pokój, Anna Karenina czy Zmartwychwstanie to traktaty historiozoficzne oraz wielkie debaty nad dziewiętnastowieczną Rosją. Autor zasłynął zresztą nie tylko jako pisarz, ale również „wywrotowiec”. Nie znosili go carowie Aleksander III i Mikołaj II, bojący się jego krytycznych opowiadań i artykułów.

Pisarz popadł także w niełaskę u patriarchów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, która ekskomunikowała go za własną interpretację Pisma Świętego. W setną rocznicę śmierci Tołstoja przewodniczący Rosyjskiego Związku Księgarzy Siergiej Stiepaszyn zwrócił się z prośbą do patriarchy Cyryla o ponowne włączenie pisarza do grona wiernych. Otrzymał odpowiedź odmowną.

Dodajmy do tego, że pod koniec XIX wieku Tołstoj był wegetarianinem, w młodości hedonistą, na starość ascetą, opowiadał się za pełną emancypacją kobiet (choć sam terroryzował własną żonę), a mimo swojego arystokratycznego pochodzenia niekiedy pomagał chłopom na roli. To na nim wzorowali się Mahatma Gandhi i Martin Luther King, tworząc koncepcje walki bez przemocy. Wymieniać można by jeszcze bardzo długo.

 

Co zostało z Anny Kareniny?

Czy w związku z tym egocentryczni z natury Anglicy mogli pokazać Rosję widzianą oczami Tołstoja? I tak, i nie. Postawili na filmowy teatr wspierany współczesną technologią. Dało im to ogromne pole manewru w grze obrazami, irracjonalnym łączeniu kolejnych scen i wyeksponowaniu najważniejszego dla nich wątku: historii kobiety przygniecionej głazem konwencji społecznych i tradycji.

Skupienie się na tym aspekcie Anny Kareniny zubożyło jednak (żeby nie powiedzieć wyrugowało) wiele istotnych treści. Gdzie Konstanty Lewin z jego egzystencjonalnymi dylematami (co prawda w filmie jest jednym z głównych bohaterów, ale gra rolę naiwnego niedorajdy-idealisty)? Gdzie obsesja śmierci Lwa Tołstoja wyrażona w scenie umierania Mikołaja Lewina – uzależnionego od alkoholu szlachcica żyjącego z prostytutką? Gdzie wielka debata nad przyszłością Rosji po reformie uwłaszczeniowej Aleksandra II?

Zgadza się, to zbyt skomplikowane i mało atrakcyjne dla widza multipleksów, należy jednak wspomnieć o tych niedostatkach. Jeśli Tołstoj napisałby powieść wyłącznie o udręczonej z powodu swojego wyzwolenia kobiecie, nikt by go dzisiaj nie ekranizował, a książka gdzieś by przepadła.

 

Rosjanie ruszą do multipleksów

Nie wiadomo jeszcze, czy film spodoba się Rosjanom. Występujący w Annie Kareninie Keira Knightley, Jude Law i Domhnall Gleeson zawitają na rosyjskie ekrany dopiero w połowie stycznia, podczas gdy w Polsce film powoli znika już z afiszy.

Nawet dla rosyjskich komentatorów nie jest to do końca zrozumiałe: nierzadko filmy mają premiery wcześniej w Moskwie lub Sankt Petersburgu niż w Londynie czy Nowym Jorku. Być może czekano na okres poświąteczny, po 14 stycznia. Walerij Kiszin z „Rossijskoj Gaziety” napisał, że po świętach Rosjanie tłumnie ruszą do multipleksów, by zobaczyć zagraniczne gwiazdy, a nauczyciele być może będą organizować klasowe wycieczki na ekranizację obowiązkowej przecież lektury szkolnej.

Na razie więcej o filmowej adaptacji można przeczytać na portalach anglojęzycznych niż rosyjskich. Na tych ostatnich zdania są podzielone. Część krytycznie nastawionych internautów uważa, że o ile dla uczniów lub widzów zagranicznych ekranizacja Joe Wrighta jest wartościowa, o tyle dla kogoś zainteresowanego literaturą, znającego historię Rosji oraz twórczość i życie Lwa Tołstoja nie stanowi ona specjalnej gratki. Pewnie mają rację, z rosyjskiej perspektywy film ogląda się dobrze, ale nic ponad to. Gdybym był Rosjaninem, myślałbym pewnie podobnie, pytając: dlaczego zdeptaliście Tołstojowską głębię, pozostawiając wyłącznie wątek wyzwolenia kobiety?

 

Teatr w kinie  

Pomimo zastrzeżeń Rosjanie powinni podziękować angielskim kolegom za zrobienie tego filmu. Dlaczego?

Rosyjski reżyser Siergiej Sołowjow (znany zwłaszcza z filmu Assa, w którym Wiktor Coj śpiewał piosenkę Chcemy zmian, urastającą do hymnu ówczesnej młodzieży) przez ponad dziesięć lat próbował zekranizować słynną powieść. Napotykał jednak ogromne trudności w znalezieniu środków finansowych. Musiał nawet zwracać się z prywatną prośbą do tak zwanych „nowych Ruskich” o dofinansowanie. Spośród nich część nie dotrzymywała danego słowa i nie przekazała obiecanych funduszy. W ten sposób produkcję kilkakrotnie przekładano. Kiedy w końcu Sołowjowowi udało się nakręcić dwie wersje (kinową i telewizyjną), nie znalazł producenta i wytwórni gotowych oddać film do dystrybucji, a żaden kanał telewizyjny nie zdecydował się go wyemitować. Uważano, że młodzież nie będzie zainteresowana adaptacją dziewiętnastowiecznej powieści. Od 2006 roku obydwie wersje leżą na półce. Rosjanie powinni więc mieć pretensje głównie do swojego przemysłu filmowego.

Z drugiej strony, bądźmy szczerzy: rosyjska wersja nie osiągnęłaby takiej popularności jak ekranizacja Wrighta, a tak na wszystkich kontynentach ludzie znowu usłyszeli o genialnym pisarzu z Rosji. Chociaż ustami angielskich autorów…

Śmieszy tylko jedno: Lew Tołstoj nie cierpiał teatru. Uważał, że nie wolno mu wierzyć ani z artystycznego, ani ze społecznego punktu widzenia, gdyż jak mawiał, stanowi on „terytorium absurdu i próżności”. Dlatego też nie cenił zbytnio Dantego i Szekspira, nie wspominając już o współczesnych mu rosyjskich dramaturgach. Powiedział kiedyś do Czechowa: „Wie pan, nie mogę znieść sztuk Szekspira, ale pana są jeszcze gorsze”.

W 102 lata po śmierci Lwa Tołstoja sławny angielski reżyser proponuje adaptację jego powieści w formie… filmowego teatru. Powiedzieć, że Tołstoj przewraca się w grobie, to za mało.

 

Kuba Benedyczak



Powrót
Najnowsze

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Co łączy Birmę i rosyjski Kaukaz?

05.09.2017
Julia Wiszniewska
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu