Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Żołnierze już nie-wyklęci
2014-01-03
Marek Wojnar
Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu nazywano ich bandytami, faszystami i kolaborantami. Dziś mówimy o Żołnierzach Wyklętych, Leśnych Braciach czy powstańcach. Nic tak dobitnie jak język nie pokazuje radykalnej zmiany kategorii w jakich dziś postrzegamy żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Określenia pejoratywne zastąpiono ich pozytywnymi odpowiednikami; widać, że nowa opowieść o podziemiu antykomunistycznym w Europie Wschodniej przejęła niektóre cechy poprzedniej, inaczej rozkładając akcenty. Podpowiada nam to, że również nowa narracja historyczna niesie ze sobą pewne zagrożenia.    

 

Wyklęci i przeklęci

Historia podziemia antykomunistycznego to dzieje walki ze zniewoleniem sowieckim. Zarówno nad brzegami Zatoki Fińskiej, jak i u podnóża Karpat tysiące ludzi szło do partyzantki: dziś niezwykle trudno jest określić, ile dokładnie osób zdecydowało się w ten sposób sprzeciwić komunizmowi. Pewne jest za to, że tylko część z „niepokornych” ukrywała się z bronią w lesie, poza tym setki tysięcy osób było zaangażowanych w konspirację.

Ukraińskie podziemie w szczytowym momencie swojej aktywności liczyło około 30 tysięcy partyzantów, na Litwie wiosną 1945 roku było około 20 tysięcy Leśnych Braci. W polskim podziemiu działało do kilkunastu tysięcy partyzantów walczących z bronią w ręku i kilka, a może nawet kilkanaście razy więcej osób zaangażowanych w konspirację polityczną. W tysiącach można liczyć również partyzantkę łotewską, a niewykluczone, że i estońską. Skala oporu sprawiła, że na licznych terytoriach objętych działaniem podziemia panował de facto system dwuwładzy. Symbolem rozmachu działalności antykomunistycznej partyzantki pozostaje dla mnie przemarsz żołnierzy Henryka Flamego „Bartka” przez Wisłę na oczach przerażonych komunistów 3 maja 1946 roku.

 Walka z komunizmem miała długotrwały charakter. Chociaż do końca lat czterdziestych komunistom udało się przetrącić kręgosłup głównym strukturom podziemia, to opór trwał nadal: pojedynczy partyzanci na Łotwie walczyli jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych. Ostatnia czynna grupa ukraińskich nacjonalistów została zlikwidowana przez KGB w 1960 roku, trzy lata później bezpieka i ZOMO dopadły Józefa Franczaka „Lalka”, a w 1965 roku ostatni z litewskich leśnych braci Antanas Kraujelis „Siaubūnas” został otoczony przez funkcjonariuszy bezpieki (nie mając szans na wyrwanie się z obławy popełnił samobójstwo).

Ostatnim zabitym partyzantem podziemia antykomunistycznego w Europie był August Sabbe – dopiero w 1978 roku funkcjonariusze KGB złapali go w Estonii. Tak liczny i długotrwały opór nie byłby możliwy bez ogromnego zaangażowania ludności cywilnej, która często wcale nie życzyła sobie komunistycznych porządków.

 Historia podziemia antykomunistycznego zawiera jednak również mniej chwalebne epizody. 

W Polsce wątpliwości i dyskusje budzi postawa Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” czy Józefa Kurasia „Ognia”. Mniej dyskusyjna wydaje się działalność oddziałów Romualda Rajsa „Burego”, a zwłaszcza Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”, których zbrodnie na ludności (odpowiednio białoruskiej i ukraińskiej) są dobrze udokumentowane. 

Choć z polskich rąk ginęli ludzie, nie oznacza to jednak, że nie powinnśmy robić nic innego, jak posypać sobie w kółko głowę popiołem. Jak wskazują badania porównawcze, stopień represywności polskiego podziemia wobec cywilów był mniejszy, aniżeli łotewskiego, estońskiego czy ukraińskiego, nie wspominając nawet o litewskim. Zgodnie z obliczeniami wileńskiego historyka Mindaugasa Pociusa na jednego zabitego przez litewskich Leśnych Braci żołnierza/funkcjonariusza sowieckich służb represyjnych przypadało ponad ośmiu cywilów. Ukraiński publicysta Wołodymyr Pawliw pisze o stosunku ukraińskiego podziemia do ludności cywilnej w sposób następujący:  „Banderowcy zabijali wieśniaków, którzy szli na współpracę z nową władzą, choć często był to jedyny sposób, żeby zarobić na chleb i uniknąć wywózki. Zabijali kobiety za intymne związki z »wrogami«, choć sprawa miłości i założenia rodziny powinna pozostawać wyłącznie domeną Boga i Cerkwi. Ale najczęściej zabijali za »zdradę«”.

Nie da się również ukryć faktu niemieckiej inspiracji w tworzeniu struktur niektórych partyzantek. O ile w przypadku polskiego i ukraińskiego podziemia współpraca z III Rzeszą ograniczała się do pojedynczych przypadków wsparcia partyzantów walczących z Armią Czerwoną, to niemiecka pomoc w tworzeniu litewskiego, a zwłaszcza łotewskiego podziemia w znacznym stopniu określiła ich kształt.

Te epizody z działalności partyzantki antykomunistycznej zręcznie wykorzystała sowiecka propaganda, nadając całemu ruchowi określenia bandytów i faszystowskich kolaborantów. Ta  obowiązująca w Związku Sowieckim i jego państwach satelitach wizja historii drugiej konspiracji stała się jedyną dopuszczalną na kilkadziesiąt lat. Nie należy się dziwić, że po 1991 roku nastąpiła reakcja.    


O pamięć

Na olbrzymiej przestrzeni od Tallinna na północy po Iwano-Frankiwsk na południu ciągną się miejsca pamięci podziemia antykomunistycznego. Tworzone są pomniki, tablice pamiątkowe, memoriały. W centrach Rygi i Tallinna działają muzea okupacji, w których problematyka oporu antysowieckiego zajmuje ważną część ekspozycji. Analogiczna placówka w Wilnie nosi nazwę Muzeum Ofiar Ludobójstwa. We Lwowie podobną funkcję spełniają więzienie na Łąckiego oraz Muzeum Walki Narodowyzwoleńczej, którego lwia część poświęcona jest działalności OUN i UPA.

 Pamiętne daty związane z podziemiem antykomunistycznym znalazły się w państwowym kalendarzu nie tylko w Polsce, ale również na Litwie, Łotwie i w Estonii. Bezprecedensowy krok w tej kwestii przedsięwzięto nad Wiliją. W styczniu 1999 roku litewski Seimas przyjął deklarację, w której deklaracja Ruchu Walki o Wolność Litwy z 16 lutego 1949 roku została uznana za przedłużenie państwowości pierwszej Republiki Litewskiej. W ten sposób zlikwidowane zostały podstawy prawne Litewskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej.

 Zwolennicy dobrej pamięci podziemia antykomunistycznego mogą liczyć również na wsparcie wielu organizacji zajmujących się obroną pamięci historycznej powojennej partyzantki. Na Litwie taką rolę pełni Centrum Badań nad Ludobójstwem i Ruchem Oporu na Litwie. Instytucja ta działa na poziomie państwowym i w wielu aspektach przypomina polski Instytut Pamięci Narodowej. Inny charakter ma niezależne od organów państwowych lwowskie Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego. Instytucja ta wydaje źródła oraz publikuje liczne opracowania z dziejów ukraińskiego podziemia utrzymane w duchu heroicznej narracji. Na jej czele stoi kontrowersyjny historyk Wołodymyr Wiatrowycz, powszechnie uznawany za apologetę OUN i UPA.

 Obrońcy dobrej pamięci podziemia antykomunistycznego mogą liczyć również na wsparcie licznych sił politycznych. W polskim parlamencie funkcjonuje Parlamentarny Zespół Tradycji i Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zdominowany przez posłów Prawa i Sprawiedliwości. Również na Litwie i w Estonii najsilniejsze partie konserwatywne (Związek Ojczyzny oraz Związek Pro Patria i Respublica) występują w roli obrońców pamięci żołnierzy podziemia. Na Łotwie oraz na Ukrainie rola ta przypada ugrupowaniom z nurtu narodowo-radykalnego (Wszystko dla Łotwy! oraz Swoboda).

Potężna instytucjonalizacja polityki pamięci wobec podziemia antykomunistycznego nie powinna dziwić. Wynika ona z naturalnego odruchu przywrócenia sprawiedliwości ludziom przez ponad czterdzieści lat poniżanym przez komunistyczną propagandę. Wzmocniona została pamięcią o straszliwych ofiarach systemu komunistycznego. W krajach nadbałtyckich represje objęły przeszło czterysta tysięcy osób (276 tysięcy na Litwie, 119 tysięcy na Łotwie, 67 tysięcy w Estonii). Niecałe pół miliona zabito, represjonowano bądź zesłano na Syberię podczas zwalczania UPA. Nawet polskie ofiary komunistów należy liczyć w dziesiątkach tysięcy represjonowanych.

 Co więcej, na obszarze posowieckim ciągle bardzo mocno reprezentowani są obrońcy dobrej pamięci czerwonego imperium. Na Łotwie i w Estonii tę rolę pełni mniejszość rosyjska, do heroicznej wizji dziejów Litwy sceptycznie podchodzą również miejscowi Polacy. Na Ukrainie populistyczne rusofilstwo Partii Regionów, wyrażające się choćby w poczynaniach Dmytra Tabacznyka w sferze edukacji, budzi niepokój o przyszłość ukraińskiej tożsamości. Także w Polsce, niektóre skandaliczne wypowiedzi liderów lewicy o żołnierzach podziemia antykomunistycznego nie sprzyjają dyskusji na ten temat.

 Poczucie zagrożenia cementuje narodowe mity.  Kto ich nie przyjmuje bez zastrzeżeń skazuje się na ostracyzm, tworzone są proste podziały na patriotów i zdrajców. Niewygodne wydarzenia są przemilczane, a chwalebne podnoszone do rangi symboli absolutnych. Niestety, w tym wszystkim ginie prawda historyczna, a często nawet i zdrowy rozsądek.

 

Kłopoty z pamięcią

Aby uświadomić sobie czym może grozić bezkompromisowa obrona heroicznej wizji dziejów, warto przyjrzeć się przypadkowi ukraińskiemu. Silniejszy niż w jakimkolwiek innym z omawianych krajów nacisk pamięci posowieckiej oraz poczucie obawy o utratę własnej tożsamości, prowadzi w Galicji i na Wołyniu do zupełnego braku krytycyzmu wobec działalności OUN i UPA. Nieraz przybiera on – ujmując to możliwie najdelikatniej – niepokojące formy. W Janowej Dolinie, gdzie partyzanci UPA zamordowali sześciuset bezbronnych Polaków, stoi pomnik sławiący ukraińskie zwycięstwo nad silnym zgrupowaniem polsko-niemieckich okupantów. Podczas procesu, w którym lider Postępowej Socjalistycznej Partii Ukrainy Natalia Witrenko zaskarżyła dekrety Wiktora Juszczenki o uznaniu bojowników OUN i UPA za bohaterów walki o niepodległość Ukrainy, jeden z nacjonalistów powiedział, że skoro Polacy i Żydzi byli okupantami, to „można ich bezkarnie piłować i wyżynać”. W nieco bardziej cywilizowany sposób wypowiedział się na ten temat archeolog Leonid Zalizniak, pisząc że „wołyńska tragedia była naturalną i nieuniknioną konsekwencją długiej ekspansji Polski na etniczne ziemie ukraińskie”. Zwieńczeniem tych przykładów jest podnoszony przez Swobodę postulat wprowadzenia odpowiedzialności karnej za jakiekolwiek przejawy ukrainofobii.

Bezkompromisowa obrona dziedzictwa OUN i UPA prowadzi nie tylko do takich przerażających obrazków. Co gorsza, polaryzuje ona społeczeństwo i stanowi jeden z czynników skutkujących zaostrzaniem się podziałów na Ukrainie.  

 

 Wojna pomników nad Wisłą?

 Sprofanowanie pomnika Danuty Siedzikówny „Inki” w krakowskim Parku Jordana jest czynem haniebnym. Warto jednak zastanowić się nad wymową tego zdarzenia. Pomnik „Inki” został oblany farbą tuż przed świętem Żołnierzy Wyklętych, a jednocześnie kilka dni po obchodach kolejnej rocznicy śmierci Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, w którego oddziale służyła „Inka”. Już te fakty zdają się przemawiać za tym, że czyn ten nie był przypadkowy.

 Zupełną rację ma Tadeusz Płużański, gdy w wywiadzie dla portalu stefczyk.info oskarża o wandalizm w Parku Jordana siły niechętne wobec pamięci Żołnierzy Wyklętych. Należy jednak zatrzymać się w tym miejscu i zapytać: jakiej pamięci?

Rozmach uroczystości z okazji święta Żołnierzy Wyklętych przekroczył już skalę wydarzeń z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Żołnierze Armii Krajowej, największego podziemnego wojska w okupowanej Europie, nie mogą liczyć nawet na porównywalne honory, co podkomendni „Ognia” czy „Łupaszki”. Jutro odbędą się liczne akademie patriotyczne, msze w intencji za Ojczyznę, koncerty, spotkania z weteranami czy wreszcie marsze patriotyczne. Nawet spotkania z udziałem naukowców mają najczęściej charakter raczej „upamiętniający”, aniżeli naukowy (na przykład krakowskie spotkanie poświęcone pamięci „Ognia”). 

Dlatego w tym miejscu w przeddzień Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych oddając hołd poległym za Ojczyznę warto zapytać: jak powinniśmy dbać o ich pamięć? Czy tak jak upamiętniliśmy Armię Krajową, której tradycja jest dziś spoiwem łączącym wszystkich Polaków, niezależnie od sympatii politycznych? Czy tak jak Ukraińcy w Galicji próbują oddać cześć antykomunistycznej walce UPA, pozostającej mimo to symbolem dzielącym Ukrainę?

Warto też postawić pytanie: jak sobie radzić z ciemnymi kartami w historii podziemia antykomunistycznego? Nie po to, aby wpisywać się w dyskurs „pedagogiki wstydu”, lecz żeby uniknąć również analogicznej pułapki, którą niesie ze sobą bezkompromisowa obrona heroicznej wizji dziejów. Odpowiadając na te pytania zrobimy pierwszy krok, który pozwoli nam uniknąć wojny pomników. I nawet jeżeli nie zintegrujemy wokół tradycji Żołnierzy Wyklętych całego narodu, to na pewno będzie nam łatwiej rozmawiać na ten temat.      

 

Marek Wojnar jest doktorantem w Zakładzie Historii Europy Wschodniej Instytutu Historii UJ. Stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej w ramach projektu prof. Andrzeja Nowaka „Historie i pamięci imperiów w Europie Wschodniej – studia porównawcze”    

 

                

 


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu