Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Cierpliwy jak małpa na drzewie (cz. 1)
2014-01-03
Z Michałem Lubiną rozmawia Zbigniew Rokita

ZBIGNIEW ROKITA: Każdy kraj dąży do ustalenia innego ładu międzynarodowego. Amerykanie wyobrażają sobie świat jako jednobiegunowy, a Rosjanie jako posiadający wiele ośrodków decyzyjnych. Jaką planetę chcieliby widzieć za dwadzieścia lat Chińczycy?

MICHAŁ LUBINA: Na pewno nie myślą o tym w perspektywie jednego pokolenia, a raczej kilku stuleci. Według nich, obecny układ sił to dziwna anomalia przyrodnicza. Świat powinien wrócić do normalności, czyli do sytuacji, kiedy Pekin będzie hegemonem. W sinocentrycznym sposobie myślenia, to oni znajdują się w centrum, podczas gdy wokół grasują barbarzyńcy. Poczucie wyższości nie wzięło się zresztą z nikąd – Chińczycy po prostu przez tysiące lat – aż do XIX wieku – nie mieli kontaktu z równymi sobie. Po „stu latach państwowego upodlenia” przez „zamorskich barbarzyńców”, dziś dla Chin stawanie się światowym hegemonem, to jakby powrót do stanu naturalnego. Ale Chińczykom się nigdzie nie śpieszy.

 

Bo jak powiadał Mistrz Sun, należy być małpą siedzącą na drzewie, która patrzy jak biją się tygrysy.

Dokładnie. Chińczycy nigdy zresztą nie byli wojowniczą nacją – do perfekcji opanowali sztukę wygrywania bez walki. Ten sam mistrz Sun twierdzi, że największym zwycięstwem jest wygrać w taki sposób, żeby w ogóle nie trzeba było walczyć. Cała chińska kultura polityczna się na tym opiera – już samo to, że ktoś musi podjąć walkę, oznacza jego porażkę. W konfucjanizmie status społeczny wojskowego był niższy niż prostytutki. „Chińskość” zawsze opierała się na kulturze – nie na orężu. Często bywało zresztą tak, że różne ludy pokonywały Chińczyków na polu bitwy, ale później przegrywały z ich kulturą i rozpływały się w chińskim żywiole. Tak było na przykład z Mongołami i Mandżurami.

  

Czy więc tak jak Amerykanie starają się zmacdonaldyzowąć świat, tak Chińczycy będą go próbowali zsinizować?

Nie muszą tego wcale robić. Według nich „chińskość” jest najlepsza z definicji, ontologicznie. Nikogo jednak nie zamierzają „cywilizować” na siłę. Nie każą nikomu jeść ryżu zamiast bigosu. Uważają, że ryż jest najlepszy i już: każdy kto to wreszcie zrozumie, zyska na tym, a jeśli nie zrozumie – to jego problem. Lecz właśnie ten bigos stanowi istotę sprawy – Chińczycy przez swoje przekonanie o własnej wielkości nie stanowią żadnego zagrożenia dla świata. Nie będą go zmieniać, starać się przerobić na swoja modłę. Oni zakładają że to inni powinni dopasować się do nich dla swojego własnego dobra – inaczej pozostaną na peryferiach cywilizacji. Chińczycy chcą wyzyskać świat wyłącznie gospodarczo. I dlatego Pax Sinica, będzie znacznie mniej agresywny niż Pax Americana. Amerykanin wie co jest dla ciebie lepsze, będzie cię pouczał jak masz ułożyć sobie życie społeczne, jak funkcjonować. Chińczyk tego nie zrobi.

 

Świetnie widać ten dysonans w Afryce. Kiedy Amerykanie proponują tamtejszym przywódcą milion dolarów w zamian za przestrzeganie praw człowieka i demokratyzację, Chińczycy oferują dwa miliony i o żadnych prawach nawet się nie zająkną.

Poza tym Chiny ceniąc sobie stabilność i możliwość przewidywanie przeszłości na lata do przodu, gardzą demokrację. Dla nich to prosta droga do chaosu. Nagle może przecież wygrać partia, która podważy dotychczasowy porządek i całe dziesięciolecia rozwoju zostaną zaprzepaszczone. Dlatego z ich perspektywy na Zachodzie trwa ciągła wojna domowa – nieustannie zmieniają się władcy, podstawy polityki, nie widać jednego kierunku rozwoju. W całym tym bałaganie nie wiadomo z kim należy rozmawiać. Tak właśnie postrzegają władzę – jako silną, gwarantującą stabilność i rozwój. Umiejętność podporządkowania się rządzącym wynika zresztą z chińskiej filozofii – na Zachodzie podstawowe pytanie, które sobie zadajemy brzmi „Kim jestem”, a w Chinach „Kim jestem wobec innych”.

 

Indywidualizm był na Zachodzie istotnym czynnikiem wpływającym na rozwój. Człowiek stał się zdolny do tworzenia.

Ale również staliśmy się bardzo zagubieni. Chińczyk natomiast zawsze funkcjonuje w obrębie jakiejś wspólnoty, ma się do kogo zwrócić. On dokładnie wie jak w każdej sytuacji należy postępować. To daje mu poczucie bezpieczeństwa. Na Zachodzie uważamy, że każdy sam może dać sobie ze wszystkim radę. Dlatego tak wielki nacisk kładziemy na prawa. Z kolei w Chinach nacisk kładzie się przede wszystkim na obowiązki. Na tym tle łatwo zrozumieć dlaczego w Państwie Środka nie przyjęła się koncepcja praw człowieka. W języku chińskim „władza” i „prawo” to to samo słowo – kto ma władzę, ten ma prawo. W Europie państwo jest odseparowane od jednostki, a tam stanowi przedłużenie rodziny. Jak można domagać się gwarancji jakichś praw od ojca czy wujka?

 

Czy w takim razie rządzona silną ręką Rosja, jest traktowana w Pekinie jako lepszy partner niż Niemcy czy Stany Zjednoczone?

Rosja jest dla nich przede wszystkim upadłym imperium, które dało się pokonać Zachodowi.


Podobnie jak Chiny w XIX wieku.

Tak, ale w trochę inny sposób. W XIX wieku do Chin przypłynęły okręty i zaczęły strzelać – stąd zresztą wzięło się określenie „dyplomacja kanonierek”. Natomiast według Chińczyków Związek Radziecki rozpadł się sam z siebie – przegrał na płaszczyźnie ideologicznej, przyjmując zachodnie wynalazki, takie jak wolność słowa. I to doprowadziło do dekady chaosu. Z tej perspektywy rządy Władimira Putina to powrót do stanu normalności. Chińczycy rozumieją, że Rosja to duże państwo i chce być potęgą. Wiedzą jednocześnie, że potęgą nie jest. Oni zresztą świetnie rozgryźli Rosjan – słyszałem kiedyś rozmowę chińskich naukowców przed muzeum Powstania Warszawskiego. Któryś z nich powiedział o Polakach: „Oni nie nauczyli się Rosji”. A Chińczycy świetnie odrobili lekcje. W Pekinie oddaje się więc Rosjanom wszystkie możliwe hołdy. Kiedy kremlowscy politycy przyjeżdżają do Państwa Środka, czekają na nich armaty, parady i kwieciste przemowy o odrodzonym imperium. Mówią dokładnie to, co Rosjanie chcieliby usłyszeć.

                                                                                               

Traktują Moskwę jak strategicznego partnera?

Dla nich Rosja to raczej korzystna karta, którą można rozegrać kilka partii na arenie międzynarodowej. Ale tego samego dnia, kiedy się zużyje, wyrzucą ją bez skrupułów. I to się zaczyna powoli dziać – Zachód i Rosja są w defensywie, a Chiny rosną w siłę.

 

A co z surowcami?

Poza całkiem niszowymi kwestiami, surowce to jedyny powód, dla którego Rosja jest atrakcyjna dla Pekinu. Traktują ją przede wszystkim jako kolonię surowcową, którą należy wyeksploatować do cna – zabrać ropę, gaz, wodę i drewno. W zamian trzeba ją czasem pogłaskać, żeby znowu poczuła się potężna.

 

Rosjanie są również potrzebni Chińczykom do stworzenia przeciwwagi dla Zachodu.

Nie przeceniałbym tego czynnika – to tylko taktyczne manewry. Nic by się wielkiego nie stało gdyby Chiny same zawetowały rezolucje w sprawie Syrii czy Libii. Oczywiście, najlepiej, żeby to Rosja dostawała po głowie za to, że Zachód ma związane ręce na Bliskim Wschodzie. Jednak na Chiny i tak nikt nie może nakrzyczeć, bo są bankierem świata. Nie krzyczysz na bankiera, który trzyma twoje pieniądze, nawet jeśli maltretuje własną rodzinę.

 

Rosja jest więc pełni więc na arenie międzynarodowej rolę chłopca do bicia.

Sama się w to wpakowała. Chiny nie są konfrontacyjne, nie zależy im, żeby wciąż prężyć muskuły, podczas gdy rosyjskie muskuły są naprężone bez przerwy. W końcu, kiedy Putin krzyczy, obraża się i nie przyjeżdża na spotkania, automatycznie staje się łatwiejszym celem krytyki niż dobrze wychowany Chińczyk, który świetnym angielskim powie nam, że wszystko różnie się może potoczyć i nie da się czegoś zrobić. Ale powie to tak grzecznie, że nawet nie zorientujemy się, że właśnie nam odmówił. Różnica jest taka, że Chińczycy nie są „przeciwko komuś”. Im przede wszystkim zależy na współpracy – tak żeby jak najwięcej zarobić. Z kolei Rosjanie są konfrontacyjni, bo nie mogą znieść tego, że przegrali Zimną Wojnę. Gdyby pewnego dnia Moskwa z jakiegoś powodu porzuciła antyzachodnią retorykę, dla Chin byłby to niełatwy orzech do zgryzienia. W rzeczywistości jednak, Rosja nie jest dla Chin ważniejsza niż Brazylia czy Argentyna. Dla Pekinu najistotniejszy jest Zachód, a zaraz po nim Afryka, którą również trzeba wyzyskać, na ile to możliwe.

 

Drugi wyścig o Afrykę...

Tak. Ważny jest jeszcze Bliski Wschód i Australia. W Pekinie partia komunistyczna zdaje sobie sprawę, że w chińskich realiach, gdzie nie istnieje już nic poza pieniądzem, tylko w jeden sposób można utrzymać się przy władzy – państwo musi być coraz potężniejsze. A jak to osiągnąć? Poprzez rozkwit gospodarczy. Chińczykom spodobał się american dream – też chcą mieć po trzy auta i dwa domy. Hegemonem zostaną za kilkadziesiąt lat – póki co najważniejszy jest rozwój i stabilność.

 

Rysuje nam się obrazek zakompleksionych, wybuchowych Rosjan i znających swoją wartość, spokojnych Chińczyków.

To poniekąd prawda. Zresztą Chińczycy też są trochę zakompleksieni, ale przede wszystkim są ostrożni i cierpliwi – to ich podstawowe cechy. Jest takie chińskie przysłowie: jeśli ktoś ci zrobił krzywdę, to siądź nad brzegiem, a pewnego dnia woda wyrzuci na brzeg ciało twojego wroga. Chińczycy właśnie siedzą nad rzeką. Cierpliwość jest im wpajana od dziecka. Żyjąc w kraju, gdzie mieszka 1,3 miliarda ludzi, trzeba nauczyć się spokoju i wyrozumiałości. Przekłada się to również na ich kulturę polityczną. Nie muszą prężyć muskułów i to nawet nie dlatego, że mają mniejsze kompleksy od Rosjan. Licząca pięć tysięcy lat dyplomacja spełnia swoje zadanie – Chiny dobrze kryją swoje kompleksy.

 

W przeciwieństwie do rosyjskiego imperium na emeryturze.

Przewaga Chińczyków polega również na tym, że oni wiedzą kim są, nie mają problemu z określeniem swojej tożsamości. W tym samym czasie, Rosjanie, poza tym, że chcieliby podbić ile tylko się da, są zagubieni, nie wiedzą dokąd zmierzają. Chiny co prawda ulegają westernizacji, ale tylko powierzchownie.


Michał Lubina jest ekspertem Centrum Studiów Polska-Azja, sinologiem i rosjoznawcą.



Polecamy inne artykuły autora: Z Michałem Lubiną rozmawia Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Gdańsk: Pokazucha. Na gruzińskich zasadach

12.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Jedenasta rocznica wybuchu wojny sierpniowej

08.08.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu