Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Cierpliwy jak małpa na drzewie (cz. 2)
2014-01-02
Z Michałem Lubiną rozmawia Zbigniew Rokita

Świat od XVIII jest podzielony na Wschód i Zachód. Teraz może powstać nowy podział. Czy Chińczycy nie obawiają się, że za sprawą kolejnej anomalii przyrodniczej, Rosjanie na dobre przyłączą się do Zachodu? Wówczas świat podzieliłby się na północ i południe, pozostawiając Chiny osamotnione.

Dzień w którym Rosja wstąpi do NATO, śni się chińskim generałom po nocach, jak najgorszy koszmar. Oznaczałoby to, że na granicy chińskiej stacjonowaliby Amerykanie. Chińczycy pierwszy raz od kilku tysięcy lat czują się bezpiecznie od północy – w ogóle nie trzymają tam wojsk. Wszystkie siły skierowano na wschód, w stronę Tajwanu. Chiny zawsze obawiały się najazdu z północy – to stamtąd przychodzili stepowi nomadzi, pustosząc Państwo Środka. Teraz, nie trzeba budować już następnych wielkich murów. Pekin na pewno nadal będzie się starał odciągnąć Rosję od Zachodu. Udaje mu się ją łudzić już od ładnych 20 lat.

 

Chińscy politycy szanują swoich rosyjskich partnerów?

Powiedziałbym, że atmosfera spotkań jest bardzo biznesowa. Tam nie ma rozmów bez krawatu, wspólnego chodzenia na piwo czy do łaźni. Po prostu należy ubić interes. Uściski i poklepywania są tylko przed kamerami. To spotkanie dwóch cywilizacji, które mają ze sobą bardzo mało wspólnego i nie specjalnie się lubią. Moskwa nie jest również wiarygodna dla Pekinu, bo wciąż nie potrafi się zdecydować – zaufać tym Chińczykom czy nie? Koniec końców nie ma jednak innego wyboru – po nieudanych próbach porozumienia się z Koreą Południową i Japonią, nie pozostaje jej nic innego. Wreszcie, Chińczykom nie podoba się, że Rosjanie mieszają politykę i interesy. Dlatego właśnie wolą importować z Australii czy Afryki – to bardziej przewidywalni partnerzy.

 

Czyli Chińczycy rozmawiają z tymi, którzy mają im coś do zaoferowania.

Rozmawiają z tymi, z którymi opłaca się rozmawiać. Są super pragmatyczni – to chyba najbardziej pragmatyczna nacja na świecie. Jeśli mają w tym interes, będą rozmawiać z samym diabłem – tym bardziej, że w niego nie wierzą. Chińczyk nie miesza sfery wartości i interesów, jak to ma miejsce u nas. Zachód i Arabowie wierzą w uniwersalne wartości, co wynika z monoteistycznej koncepcji świata, jako dzieła Stwórcy. Dla Chińczyka jednak wszystko jest względne – nie ma boga, świat składa się z przeciwności, następuje ciągła przemiana.

 

Co mogłoby popsuć relacje Pekinu i Moskwy?

Nie ma wiele takich zagrożeń. Mogłoby dojść do napięć, gdyby Rosja prowadziła ambitniejszą politykę w Azji, ale póki co nie ma na to środków. Musiałaby się w tym celu w jakiś sposób porozumieć z Japonią – to ona jest kluczem do powrotu Moskwy do gry w Azji. Tutaj jednak mamy ciągnący się od czasów Nikity Chruszczowa pat – Japończycy żądają zwrotu Wysp Kurylskich, a Rosjanie nie chcą ich oddać. Hipotetyczny kompromis pokrzyżowałby jednak szyki Chinom, które Japonii nie cierpią – za tragedie II wojny światowej, nadal chcą dać im historycznego klapsa, którego kraj kwitnącej wiśni popamięta na następne dziesięć tysięcy lat. Chińczyków zirytowałoby również zbliżenie Rosji z Zachodem. Najgorsze co jednak mogłoby się stać, to gdyby Rosjanie zaczęli flirtować z Tajwanem.

 

Flirtować?

Na przykład, gdyby zaczęli sprzedawać tam broń albo doszli do wniosku, że wysepka ma prawo do niepodległości. Takie próby były zresztą już podejmowane. Na początku lat dziewięćdziesiątych znajomy Borysa Jelcyna, niejaki Oleg Łobow upił prezydenta i otrzymał od niego pełnomocnictwa do prowadzenia polityki wobec Tajwanu. O mały włos nie doprowadził zresztą do uznania wyspy. Rozwścieczeni Chińczycy interweniowali u Andrieja Kozyriewa, a ten prędko udał się do Jelcyna, który wszystko odkręcił – w momencie, kiedy Popow będąc w Tajpej sporządzał już odpowiednie dokumenty. Typowy chaos epoki jelcynowskiej. W rezultacie, przez kolejną dekadę we wszystkich wspólnych oświadczeniach Rosja deklarowała, że popiera integralność terytorialną Chińskiej Republiki Ludowej. Tajwan jest szalenie ważny w chińskiej polityce zagranicznej – a z perspektywy Pekinu w wewnętrznej. Żadna inna kwestia nie jest w stanie wyprowadzić ich tak skutecznie z równowagi.

 

Nawet krzyżujące się interesy Rosji i Chin w Azji Centralnej?

W tym regionie obie strony w dużej mierze znalazły już wspólny język. Pomógł im w tym zresztą Zachód, interweniując w Afganistanie. W latach dziewięćdziesiątych, Chiny były w Azji Centralnej niemal nieobecne. Interesowały się tylko wytyczeniem granic i kwestiami rozbrojeniowymi – dlatego zresztą powstała Szanghajska Organizacja Współpracy. Dopiero pojawienie się Amerykanów wpędziło Chińczyków w popłoch. Strach przed Stanami Zjednoczonymi skłonił Pekin i Moskwę do nawiązania współpracy. Od tego czasu niepisana umowa brzmi – bezpieczeństwo to sprawa Rosji, a gospodarka Chin. Pekin zaakceptował to, że Rosjanie są politycznym patronem regionu, a w zamian Rosja zgadza się na to, żeby Chińczycy robili tam interesy. Niewielkie napięcia zaczęły się dopiero, kiedy Chińczycy zaczęli importować gaz turkmeński, zamiast rosyjskiego. Nie chodziło zresztą o kwestie polityczne, a czysto biznesowe – Turkmeni oferują tańczy surowiec. Pekin domaga się od Moskwy preferencyjnych cen, a Rosjanom się to po prostu nie opłaca. Poza tym, oba państwa nie dążą raczej do konfrontacji. Wiedzą, że współpraca jest dla nich znacznie korzystniejsza.

 

A co z rosyjskim Dalekim Wschodem? Jeszcze sto lat temu region należał do chińskiego cesarza.

Tak, Chińczycy mają świadomość że Daleki Wschód został im zabrany. Nie wydaje się jednak, żeby zależało im na prędkiej rekonkwiście – mogą to zrobić i za pięćset lat. Szczególnie, że tam nie ma nic na czym by im szczególnie zależało – najlepiej to wykarczować, wypompować wodę z jezior i wszystko sprzedać. Chińczycy mają ważniejsze sprawy na głowie. Dopóki istnieje problem Tajwanu, nie podejmą takich ruchów. Natomiast co się stanie w przypływie nacjonalistycznej euforii, jeśli odzyskają niepokorną wyspę – nie wiadomo. W każdym razie świadomość, że Rosjanie mają broń atomową powinna ostudzić ich zapał. Mają poza tym lepsze miejsca do skolonizowania – chociażby graniczącą z rosyjskim Dalekim Wschodem Mandżurię, zamieszkaną przez zaledwie sto piętnaście milionów ludzi. Póki co, Rosjanie mogą spać spokojnie.

 

Czyli wszystkie opowieści o Chińczykach kolonizujących Syberię to mit? Ludzie po prostu jadą tam do pracy?

Powiem nawet więcej – oni wracają z tej pracy. A jeśli już zostają na stałe w Rosji, to najczęściej udają się do Moskwy.

 

Skąd więc wzięły się te bajki?

To fenomenalna historia. Wszystko zaczęło się od walk gubernatorów kraju chabarowskiego Wiktora Iszajewa i kraju primorskiego Jewgienija Nazdratenki w połowie lat dziewięćdziesiątych. Oboje nie chcieli podporządkować się Jelcynowi, starali się wzmocnić swoją władzę i pokazać, że bez nich region nie da sobie rady. Wymyślili więc problem chińskiej migracji, uderzając w nacjonalistyczne struny. Pisali horrendalne bzdury o nadciągających milionach Chińczyków, wówczas, kiedy było ich tam co najwyżej 50 tysięcy. Do tego doszły różne legendy, jak te o trujących chińskich zabawkach dla dzieci. Sprawa zaczęła żyć własnym życiem. Od mediów kontrolowanych przez gubernatorów, informacje podchwyciły goniące za sensacją media centralne. Kiedy w Moskwie zaczęto głośno mówić o chińskim zagrożeniu, odezwali się intelektualiści jak Siergiej Michałkow i Aleksander Sołżenicyn, a po nich opozycja. Dotychczasowym rekordzistą jest Grigorij Jawliński, który doliczył się 5 milionów „kolonizatorów” – jeszcze nikomu nie udało się go przebić. W rzeczywistości tam Chińczyków prawie nie ma. W całej Rosji najodważniejsze naukowe szacunki mówią o 750 tysiącach, ale sami badacze przyznają, że to przesadzone dane. Chińczyków uzbierałoby się jakieś 200-300 tysięcy, z czego większość mieszka w stolicy.

Na Dalekim Wschodzie przebywa garstka, a większość poza sezonem wraca do domu. Problem wszedł do rosyjskiej świadomości, ponieważ Rosjanie wierzą w determinizm terytorialny – jeśli nas jest mało, a ich dużo, to oni na pewno tu prędzej czy później przyjdą. Ale póki co chińska małpa siedzi na drzewie i czeka – a potrafi być bardzo cierpliwa.  

 

 

Michał Lubina jest ekspertem Centrum Studiów Polska-Azja, sinologiem i rosjoznawcą.


Zachęcamy do zapoznania się z pierwszą częścią wywiadu

 


Polecamy inne artykuły autora: Z Michałem Lubiną rozmawia Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Książka Pawła Kowala nominowana do Nagrody Moczarskiego 2019

21.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Protesty na Ukrainie – tymczasowy kryzys czy nowy Majdan?

21.10.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Kaukaz a turecka inwazja w Syrii

17.10.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

16.10.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Warszawa: Tango śmierci. Spotkanie z Jurijem Wynnyczukiem i Bohdanem Zadurą

15.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Donikąd. Podróże na skraj Rosji

14.10.2019
Michał Milczarek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu