Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
O różach, które zwiędły
2014-01-02
Z Gią Nodią rozmawia Zbigniew Rokita

Wywiad ukazał się w dodatku gruzińskim, dostępnym w najnowszym numerze naszego pisma (wrzesień-październik). Serdecznie zachęcamy do lektury.

 

ZBIGNIEW ROKITA: Czy dziesięć lat po rewolucji róż Gruzini dzielą swoją historię najnowszą na okresy przed 2003 rokiem i po nim?

GIA NODIA: Upłynęło zbyt niewiele czasu, jednak znaczenie rewolucji róż jest nie do przecenienia. Niezależnie od tego, jak będziemy odnosić się do różnych posunięć Micheila Saakaszwilego, to udało mu się skonsolidować kraj, a w zasadzie stworzyć go, ponieważ przed 2003 rokiem Gruzja była państwem upadłym. Nadal możemy krytykować niektóre gruzińskie instytucje, pewne słabości naszej demokracji, ale dziś rozpatrujemy naszą państwowość już na zupełnie innej płaszczyźnie; Gruzja stała się normalnym państwem.

 

Na Zachodzie rewolucję róż kojarzy się przede wszystkim z reorientacją gruzińskiej polityki zagranicznej i zwrotem Saakaszwilego ku Zachodowi. W rzeczywistości jednak prezydent jedynie zintensyfikował kurs, którym Tbilisi starało się podążać już od dłuższego czasu – Eduard Szewardnadze również chciał zbliżenia z Zachodem.

Oczywiście, gruzińska prozachodniość to nie wynalazek Saakaszwilego. Już dziewiętnastowieczna inteligencja gruzińska mówiła o sojuszu z Zachodem, później rządzący w latach 1918-1921 politycy chcieli zmienić Gruzję w europejskie państwo socjaldemokratyczne. Idee kiełkowały od dawna. Osiągnięciem Saakaszwilego było jednak to, że o ile wcześniej zachodnie państwa niezbyt interesowały się Gruzją, o tyle obecnie Tbilisi jest brane pod uwagę w europejskiej czy amerykańskiej polityce. Na członkostwo w Unii Europejskiej czy NATO przyjdzie jeszcze pewnie długo czekać, ale to, że Tbilisi jest w sensie kulturowym częścią europejskiej kultury, budzi w zachodniej Europie coraz mniej wątpliwości. I to również zasługa rewolucji róż.

Europejska orientacja Gruzji to kwestia wyboru modelu rozwoju. Opcji było kilka: mogliśmy nadal pozostawać państwem upadłym, mogliśmy stać się rosyjskim satelitą, a więc państwem „na niby", mogliśmy wreszcie podjąć wysiłek dołączenia do państw europejskich. Jeśli Gruzja chce być samodzielna, nie ma dziś innej możliwości, jak podążać tą drogą.

 

Innymi słowy, jeśli Gruzja zboczyłaby dziś z prozachodniego kursu, oznaczałoby to dla niej powrót do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku?

Tak.

 

A dlaczego Szewardnadzemu nie udało się osiągnąć tego, co udało się Saakaszwilemu?

Różnica między Szewardnadzem i Saakaszwilim polegała na tym, że pierwszy oddzielał politykę zagraniczną od wewnętrznej, a drugi widział je jako całość. Wynikało to z różnic pokoleniowych – Szewardnadze wybrał Zachód jako swojego patrona, ale nie wierzył, że wcześniej niż za pięćdziesiąt czy sto lat Gruzja może stać się krajem naprawdę europejskim. Natomiast Saakaszwili i jego otoczenie uważali, że prozachodnia orientacja w polityce zagranicznej musi iść w parze z transformacją wewnętrzną, że to dwie nierozerwalne części jednej całości.

 

Po rewolucji róż i odsunięciu Szewardnadzego od władzy Saakaszwili przychodził czasami do niego po radę, korzystał z jego doświadczenia?

Wątpię. Szewardnadze całkiem wycofał się z życia politycznego, był bardzo krytyczny wobec Saakaszwilego. „Srebrny Lis" poczuł się dotknięty tym, co się stało – uznał, że jego własne dzieci go zdradziły.

 

Saakaszwili nie skupił się jednak tylko na polityce wewnętrznej czy zagranicznej, ale poszedł znacznie dalej – chciał stać się inżynierem dusz, sprawić, żeby homososa zastąpił Europejczyk.

Tak, rewolucja róż była rewolucją kulturową, Saakaszwili sam lubił używać tego sformułowania. Prezydent chciał zmienić mentalność, stosunek do prawa, państwa, gospodarki. Nie chciał, żeby Gruzini widzieli w państwie pasożyta, który chce oszukać i okraść obywatela, ale przeciwnie, życzył sobie, żeby traktowali je jako instytucję, która ma służyć jednostce i z którą jest sens współpracować. Jednocześnie starano się nauczyć Gruzinów, aby nie oczekiwali, że państwo podsunie im wszystko na talerzu – zamiast tego chciano wytłumaczyć im, że rozwój uzależniony jest od własnej inicjatywy. I że nie muszą koniecznie żyć w Tbilisi, żeby odnieść sukces, że równie dobrze może im się wieść w Batumi, Poti czy Gori. Starał się zdecentralizować kraj, głównie przez rozproszenie gospodarki i elity. Temu miało służyć na przykład przeniesienie parlamentu z Tbilisi do Kutaisi.

Chciał też pokonać gruziński kompleks nieudaczników, doprowadzić do tego, że Gruzini nie będą już biadolili, że nic im się nie uda, że inni muszą zrobić wszystko za nich. Nie mogę powiedzieć, że ten kompleks całkiem zniknął, ale Gruzja mimo wszystko udowodniła, że sama może wiele osiągnąć.

Poza tym prezydent nie chciał, żeby Gruzini myśleli o sobie w kategoriach etnicznych, ale obywatelskich. Saakaszwili był nacjonalistą, walczył o integralność terytorialną kraju, ale to był nacjonalizm obywatelski. „Gruzińskość", którą proponował, nie była ekskluzywna, oparta na więzach krwi, ale inkluzywna, oparta na wspólnocie obywatelskiej, przynależności do jednego społeczeństwa.

 

Integracja mniejszości etnicznych w wielu przypadkach się powiodła – gruzińscy Ormianie czy Azerbejdżanie częściej uczą się języka gruzińskiego, wiele regionów, jak Dżawachetia czy Swanetia, jest dziś lepiej skomunikowanych z centrum kraju.

To prawda, choć problemu mniejszości etnicznych nie da się rozwiązać z dnia na dzień. Co istotne, wspomniani Ormianie i Azerbejdżanie nie są już jak dawniej w pierwszej kolejności lojalni wobec Erywania czy Baku, ale wobec Tbilisi. Wcześniej nie widzieli żadnych korzyści, które może zaoferować im kraj, w którym żyli, nie myślano nawet o Gruzji w kategoriach państwa – państwem był dla nich Związek Radziecki, a Gruzja sztucznym tworem, czymś niepoważnym. To, jak odnosili się do państwa gruzińskiego, było uzależnione przede wszystkim od tego, jak układały się stosunki Gruzji z Armenią czy z Azerbejdżanem. Dopiero Saakaszwili zmienił ich sposób myślenia, sprawił, że państwo stało się dla nich atrakcyjne, zaczęli traktować je na serio.

 

Pojawiają się też głosy, że Saakaszwili zmienił Gruzję w wioskę potiomkinowską – reformy objęły przede wszystkim te sfery, które są uwzględniane w międzynarodowych rankingach, a więc poziom korupcji, wyszkolenie służb porządkowych czy łatwość prowadzenia biznesu. W znacznie wolniejszym tempie rośnie jednak poziom życia Gruzinów i za tymi rankingami, w których Tbilisi tak świetnie wypada, kryje się ubogie społeczeństwo.

Problem w tym, że choć w Gruzji pojawiły się możliwości rozwoju – polepszenia statusu społecznego czy zdobycia lepszego wykształcenia – to korzysta z nich tylko niewielka część społeczeństwa. Chociaż średni poziom życia nieco wzrósł, to większość obywateli czuje, że wiedzie im się jeszcze gorzej, bo porównują się z tymi, którzy w nowym systemie odnieśli sukces. Poza tym Gruzini zapomnieli już, że z kranu może nie lecieć woda, że można żyć bez elektryczności. Saakaszwili podwyższył poprzeczkę – zaspokajając podstawowe potrzeby społeczeństwa, sprawił, że Gruzini zaczęli żądać więcej i więcej. Często przypominał ludziom, że jeszcze niedawno nie mieli bieżącej wody czy prądu, ale oni nie chcą już tego słuchać.

 

Rozbudzenie potrzeb, których nie potrafi ono zaspokoić, było największym błędem polityków tej ekipy?

Największym ich błędem było to, że zachowywali się, jakby mieli rządzić wiecznie, przywykli do myśli, że opozycja im nie zagraża i że są niepokonani. Pycha otoczenia Saakaszwilego była jednym z głównych powodów utraty przez nich popularności. Otoczenie to składało się zresztą z niewielkiej liczby osób, Gruzja podzieliła się na wąską grupę reformatorów i resztę społeczeństwa. Co prawda, z czasem ten krąg nieco się rozszerzał, ale gruzińskie elity stawały przed wyborem: jesteś z nami albo przeciwko nam. Otoczenie Saakaszwilego naprawdę wierzyło w swoje racje, brakowało dialogu i dlatego opiniotwórcze elity, które poczuły się odsuwane na boczny tor, szybko odwróciły się od władzy.

 

Może nie było czasu na dialog i wysłuchanie innych opinii również dlatego, że Saakaszwili chciał zmienić Gruzję zbyt szybko i duża część społeczeństwa nawet nie zdążyła zrozumieć, o co chodzi z tym Zachodem.

Ta ekipa była wewnętrznie rozdarta – twierdzili, że ci, którzy nie podzielają wyznawanych przez nich wartości, są marginalni, ale jednocześnie czuli, że tak naprawdę większość społeczeństwa ma inne niż oni poglądy, co ich samych spychało na margines. W rezultacie chcieli wciąż prezentować Gruzinom nowe osiągnięcia, przekonywać ich. Czuli, że czas ucieka, a oni mają mnóstwo do zrobienia i jeśli zwolnią choć na chwilę, to może nastąpić katastrofa.

 

I ostatecznie stracili władzę na rzecz Bidziny Iwaniszwilego i Gruzińskiego Marzenia.

Coraz więcej osób czuło, że polityka Saakaszwilego nie jest adresowana do nich, przestali identyfikować się z prezydentem. Powstało poczucie, że warto poprzeć kogokolwiek, byle tylko odszedł Saakaszwili. Wówczas Iwaniszwili zgromadził wokół siebie niezadowolonych – wygrał, bo stał się alternatywą, na którą było duże zapotrzebowanie, wypełnił próżnię, którą mogło wypełnić też wiele innych osób.

 

W ciągu niemal roku swoich rządów dokonał istotnych zmian?

Główna zmiana polega na tym, że w czasach Saakaszwilego wiadomo było, w jakim kierunku podąża państwo, a teraz nie mamy pojęcia. Najważniejszym celem Gruzińskiego Marzenia jest rozgromienie prezydenckiego Zjednoczonego Ruchu Narodowego – nie tylko odniesienie zwycięstwa politycznego, ale zmiecenie ich z powierzchni ziemi. Iwaniszwili ma chyba poczucie, że mimo wszystko Saakaszwili może jeszcze nabrać sił i wrócić do władzy, dlatego póki jest czas, stara się go dobić. Premier zapowiada zresztą, że niebawem zamierza wycofać się z polityki, choć trudno sobie wyobrazić Gruzińskie Marzenie bez niego – jako jedyny spaja różne siły koalicji, którym brakuje jednoczącej idei. Nie wydaje mi się jednak, że premier zamierza całkowicie się wycofać. Zamiast tego zrezygnuje pewnie z oficjalnych funkcji i stanie się kimś w rodzaju arbitra.

 

To zagadkowa postać, w Polsce często nie wiemy, czego można się spodziewać po Iwaniszwilim.

A myśli pan, że ja to wiem?

 

Gia Nodia jest gruzińskim politologiem i filozofem. Od stycznia do grudnia 2008 roku pełnił funkcję ministra edukacji i nauki, obecnie Dyrektor Międzynarodowej Szkoły Badań nad Kaukazem na Uniwersytecie im. Ilii Czawczawadze w Tbilisi.

 

Wywiad ukazał się w dodatku gruzińskim, dostępnym w najnowszym numerze naszego pisma (wrzesień-październik). Serdecznie zachęcamy do lektury.

 

 


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu