Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Ilham, tylko ty!
2013-10-21
Aneta Waszkiewicz
Ostatnie wybory prezydenckie Alijew wygrał miażdżącą większością głosów (84,54 procent), co zagwarantowało mu rządy przez trzecią z rzędu kadencję. Mimo wielu przypadków naruszeń ordynacji wyborczej odnotowanych przez niezależnych obserwatorów, głosowanie zostało uznane przez większość środowisk międzynarodowych. Tuż po zakończeniu elekcji Ilhamowi Alijewowi wygranej pogratulowali delegaci Rady Europy, Parlamentu Europejskiego, Unii Europejskiej, czy też parlamentów Francji, Włoch, Rosji i Turcji. Wyjątkiem było Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE.

 

Spektakl z udziałem widowni

ODIHR jako jedyna misja zagraniczna swoją obserwację prowadziło przez dłuższy czas. Półroczny okres badań pozwolił zespołowi Tany de Zulueta na dogłębniejsze przeanalizowanie sytuacji: zebranie dużej ilości materiałów, rozpatrzenie drugorzędnych czynników, wpływających na rezultat kampanii wyborczej. Nieprzypadkowo obserwatorzy OBWE zwrócili uwagę na to, że proces wyborczy nie ogranicza się do dnia wyborów i obejmując również okres przedwyborczy. Ponadto zasadnicze znaczenie ma zagwarantowanie równych szans wszystkim pretendentom na fotel prezydenta. Według długoterminowej misji obserwacyjnej właśnie ta kwestia okazała się piętą achillesową elekcji. Kandydaci opozycji w ciągu 21 dni kampanii wyborczej mieli do dyspozycji zaledwie 60 minut (dziesięć sześciominutowych wystąpień w trakcie debat politycznych) na jednym z kanałów telewizyjnych i możliwość ewentualnej organizacji mitingów. Prasę azerbejdżańską już od ponad dekady trudno określić mianem niezależnej, wobec czego jej rola pozostaje niewielka.

Biorąc pod uwagę problemy z wolnością słowa i jedynie pozorny pluralizm (ośmiu z dziesięciu kandydatów to proprezydenccy kandydaci techniczni) o wyborach w Azerbejdżanie właściwie trudno mówić. I nie tylko dlatego, że nie są one demokratyczne, a raczej dlatego, że po prostu nie mają miejsca.

Toczy się zamiast tego – momentami perfekcyjnie wyreżyserowana – „gra w wybory”. Uczestniczą w niej nie tylko kandydaci na stanowisko prezydenta i środowiska polityczne. Przedstawienie ma charakter sztuki ulicznej, gdzie w najciekawszych epizodach występują „przypadkowi” widzowie – elektorat. Aktorami są zatem wszyscy (niezależnie od swojej woli) obywatele republiki.

Ale nie tylko: wszystko to wykracza poza granice republiki, wiec zaangażowane są również inne podmioty polityczne, które znalazły się w spektrum problemu.

Jeden z najbardziej znanych azerbejdżańskich politologów Hikmet Hadżyzade w wywiadzie dla Radia Swoboda tak opisuje proces wyborczy: „Mieszkańcy republiki podzieleni są na setki grup, na czele których stoją przedstawiciele władzy odpowiedzialni za rezultat głosowania. Taki reprezentant organów rządowych już rok przed elekcją informuje, zastrasza, dyscyplinuje swoich ludzi. Następnie prowadzi ich na wybory, potem stawia im krzyżyki. W dużych miastach przeprowadzenie takich operacji jest dużo trudniejsze, natomiast na obszarach wiejskich tak właśnie przebiega głosowanie. Istnieją nagrania dokumentujące takie epizody.”

 

Polityka to problemy

Wysoki poziom sterowalności wyborcami nie oznacza jednak, że Ilham Alijew nie cieszy się poparciem rodaków. Według niezależnych sondaży popiera go około 20 procent obywateli. Są to przede wszystkim osoby pracujące w strukturach rządowych i otrzymujące wysokie wynagrodzenie. Cześć z nich boi się uraty źródła dochodu, a część rzeczywiście uważa, że ich ojczyźnie niezbędny jest autorytarny lider, który zagwarantuje stabilność kraju.

Natomiast reszta społeczeństwa (rozczarowana polityczną ignorancją i pogodzona z coraz większą przepaścią dzielącą naród i elity) stara się nie przejmować niesprawiedliwością społeczną. Azerbejdżanie próbują prowadzić spokojne życie: znaleźć normalną pracę, wychować dzieci, ewentualnie wyemigrować na Zachód. Ludzie unikają angażowania się w politykę, bo to oznacza problemy. Jeśli tylko nie muszą, nie odwiedzą lokali wyborczych, bo nie wierzą, że oddanie głosu może coś zmienić. „To nie nasza walka” – w nieformalnych rozmowach na miesiąc przed wyborami informowali mnie mieszkańcy Baku. „Na listach wyborczych przy naszych nazwiskach i tak są podpisy, chociaż nie głosowaliśmy” – gorzko żartują.

Na krzywdę polityczną reaguje jedynie wąska grupa osób. Szacuje się, że liczba świadomych demokratycznie wyborców nie sięga nawet tysiąca. Do tego należy doliczyć tych, którzy w imię protestu wychodzą na ulice. 12 października w jednym z oddalonych rejonów Baku falsyfikacje wyborcze bojkotowało zaledwie dwa tysiące osób, z czego 10 zostało aresztowanych. 

 

Autorytaryzm wszystkim na rękę

Pasywność społeczeństwa jest na rękę prawie wszystkim siłom politycznym: Ilham Alijew nie musi się martwić scenariuszem na wzór „arabskiej wiosny”, Rosja może kontynuować umacnianie swojej pozycji ekonomicznej i imperialnej na byłym terenie poradzieckiem, a Zachód dążyć do dywersyfikacji ropy naftowej i gazu. W obliczu politycznego konformizmu i ogólnie stosowanych „podwójnych standardów” raport ODIHR oraz krytyczne stanowisko USA dają do myślenia. Tym bardziej, że surowa ocena procesu wyborczego wystawiona przez Waszyngton sprowokowała szefa administracji prezydenta i jedną z najważniejszych osób w kraju, Ramiza Mehdijewa do ostrzeżenia przed dalszym interweniowaniem w sytuację wewnętrzną republiki. Ponadto Freedom House przyzywa Unię Europejską do wprowadzenia sankcji przeciwko czołowym politykom azerbejdżańskim: sprawa ta ma zostać poruszona na szczycie Partnerstwa Wschodniego, który odbędzie się w listopadzie w Wilnie.

Prawdopodobieństwo wprowadzenia restrykcji wobec „kraju ognia” intryguje jeszcze z jednego powodu. Od dłuższego czasu pomiędzy Baku a Waszyngtonem trwają pertraktacje dotyczące roli Azerbejdżanu jako czołowego hubu powietrznego podczas operacji wycofywania wojsk Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa (ISAF) z Afganistanu. Wygląda zatem na to, że sytuacja powyborcza w Azerbejdżanie będzie papierkiem lakmusowym dla zachodniej demokracji.

 

Aneta Waszkiewicz


Polecamy również:

Jan Brodowski: Bez zmian w Azerbejdżanie



Polecamy inne artykuły autora: Aneta Waszkiewicz
Powrót
Najnowsze

Warszawa: Litwini na Syberii. Wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė

06.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

Białoruś. Rozmowy o ludziach i reżimie #opartenafaktach

03.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Przekleństwo cara Iwana

03.12.2019
Maciej Jastrzębski
Czytaj dalej

Pogrzeb ostatnich synów Rzeczpospolitej Obojga Narodów

02.12.2019
Bartosz Chmielewski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu