Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Mołdawianin i jego motyka
2013-10-30
Z Nicolettą Esinencu rozmawia Piotr Oleksy

Potrafisz określić, czy mówisz i piszesz po mołdawsku czy po rumuńsku?

Mam absolutnie dość tego tematu... Już ponad 20 lat trwa dyskusja, jak nazywa się ten język. Mam wrażenie, że została ona kiedyś sprowokowana umyślnie, by sztucznie wywołać konflikty w społeczeństwie. Mogę nazwać ten język rumuńskim, mogę go nazwać mołdawskim – dla mnie to bez różnicy.

 

A więc dla Ciebie te języki są tym samym.

Nie o to chodzi. Byłam kiedyś w Niemczech na odczycie – zaproszono wszystkich autorów tomu Odessa transfer i każdy czytał jeden fragment po niemiecku i jeden w swoim języku. Rumuńska autorka przeczytała swoją część, potem byłam ja. Kiedy skończyłam, ktoś na widowni wstał i powiedział, że 10 lat uczy się rumuńskiego, ale prawie nic nie zrozumiał z tego co czytałam – zapytał, czy mogę przeczytać swój fragment w tym samym języku co moja poprzedniczka. Powiedziałam: „no way”! Mam swój język i dlaczego miałabym czytać w innym? Można wymazać mołdawską historię i powiedzieć, że nasz język to rumuński. Chcemy jednak tego czy nie, język którym mówi się na ulicy ma mnóstwo wpływów rosyjskich, często słowa zaczynają się po rumuńsku, a kończą po rosyjsku. Jeśli wziąć jakiś literacki język i dodać do niego dwustuletnie wpływy innego języka, wtedy pojawi się coś takiego jak nasz mołdawski.

 

Ale przed chwilą powiedziałaś, że dla ciebie to wszystko jedno jak ten język się nazywa?

Bo to pytanie już tyle lat wywołuje u ludzi nienawistne odczucia, że wydaje mi się, iż powinniśmy dać sobie z tym spokój. Skupiamy się na tej kwestii, podczas gdy w tym samym czasie Mołdawianie umierają z głodu.

 

Jakie problemy są więc dziś najistotniejsze w Mołdawii? Jakie pytania chcesz stawiać jako artystka?

Niestety, dla wielu mołdawskich pisarzy właśnie udowadnianie rumuńskości naszej kultury jest wciąż sprawą najważniejszą. Kiedyś bardzo zajmowała mnie kwestia naszej narodowej tożsamości, w swoich tekstach mówiłam też dużo o rasizmie, nacjonalizmie i ksenofobii. Teraz mam dwa tematy, które od jakiegoś czasu siedzą mi w głowie. Pierwszy z nich to wpływ Cerkwi na państwo oraz stosunek państwa do Cerkwi. Oficjalnie jesteśmy państwem świeckim, jednak jeśli Cerkiew protestuje przeciwko jakimś decyzjom, władza szybciutko zmienia zdanie.

 

Pozycja Cerkwi wynika z religijności Mołdawian?

Mołdawska religijność jest pozorna. Lubimy obchodzić wszystkie święta, ale to też jest taka narodowa pokazucha. Nie żyjemy według prawosławnych zasad na co dzień, a od święta. Politycy boją się jednak, że stracą wyborców, a Cerkiew wykorzystuje to szantażując polityków. Na wsiach na przykład uzyskanie poparcia Cerkwi jest najłatwiejszym sposobem zdobycia głosów. W dniu wyborów batiuszkaczęsto mówi: „nie zapomnijcie, że dziś mamy wybory, ja bym radził postawić krzyżyk przy numerze 5”.

 

Czy wszystkie siły polityczne próbują zaskarbić sobie sympatię Cerkwi? W czasach rządów Komunistów Rosyjska Cerkiew Prawosławna była w bardzo dobrym położeniu, prezydent Woronin starał się żyć z nią jak najlepiej. Jak inne siły polityczne się do tego odnoszą?

To dotyczy wszystkich partii. Przez ostatnie dwa lata Cerkiew dość często protestowała: przeciwko ustawie antydyskryminacyjnej (dotyczyła m.in. praw mniejszości seksualnych – przyp. PO), przeciw paszportom z elektronicznym chipem...

 

Dlaczego?

Być może wierzą że chip to dzieło szatana – w żaden sposób nie potrafię tego wytłumaczyć. Niestety, w wielu przypadkach Cerkwi udało się wywrzeć nacisk na państwo i  ustawy zmieniono zgodnie z wolą duchownych.

 

Cerkiew prowadzi jednak również działalność charytatywną, pomaga biednym...

Nikomu w niczym nie pomaga. Cerkiew prowadzi działalność społeczną tylko w sferze obyczajowości, funkcjonują bardzo agresywne, procerkiewne organizacje. Kiedy na przykład wystawiano spektakl Monologi waginy przyszli „protestować” ludzie uzbrojeni w kamienie, pałki i noże...

 

Czy Mołdawianie są konserwatywnym społeczeństwem?

Konserwatywnym – to za mało powiedziane. Mołdawskie społeczeństwo jest na wskroś patriarchalne. Na własne oczy widziałam jak na wsiach kobieta w trakcie posiłku nie siada do stołu, tylko stoi gdzieś z tyłu.

 

A co z różnicami etnicznymi? Patriarchalizm dotyczy w takim samym stopniu Mołdawian jak Rosjan czy Ukraińców?

Patriarchalizm najżywszy jest na wsiach, a biorąc pod uwagę, że żyją tam przede wszystkim Mołdawianie, można założyć, iż dotyczy to przede wszystkim nich. Bierze się to w dużej mierze również z wychowania i edukacji. Choć to smutne, trzeba przyznać, że rosyjskojęzyczne szkoły są dużo lepsze od  Mołdawskich.

 

Dlaczego tak jest?

Nigdy nie myśleliśmy na poważnie o tym, jak ważne jest wychowanie i edukacja. Nauczyciele w szkołach rosyjskojęzycznych wywodzą się z dobrych, radzieckich szkół, natomiast nasze powstały trochę z niczego – ktokolwiek był przy władzy, nie widział sensu inwestować w edukację.

 

Czy życie na mołdawskiej wsi się zmienia?

Tak, ale niestety na gorsze – w porównaniu z czasami radzieckimi widać duży regres. Wówczas w każdej wsi była księgarnia, dom kultury, biblioteka i szkoła. Teraz w każdej jest cerkiew,  księgarnie zamieniono w bary, a szkół jest coraz mniej. Rodzice muszą wysyłać dzieci do szkoły do innej wsi. Drogi u nas są jakie są, transportu nie ma i wtedy ci rodzice mówią: „nie pójdziesz do szkoły, będziesz mi pomagać w polu”.

 

Czyli obecne pokolenie wyrosłe na wsi nie ma zbytnich perspektyw?

I to właśnie drugi temat, który mnie bardzo zajmuje. Mnóstwo ludzi wyjechało do pracy za granicę, a ich dzieci zostały na wsi pod opieką dziadków lub po prostu zostawiono je same sobie, „pod opieką” starszego brata czy siostry. W ostatnim czasie zauważa się u nas ogromny wzrost liczby samobójstw wśród dzieci, a za każdym razem okazuje się, że rodzice byli za granicą i tylko przysyłali pieniądze. To przerażające.

 

A więc rośnie niewykształcone i niewychowane pokolenie Mołdawian?

Tak, poza tym to pokolenie z ciężką traumą, która wywołuje dużo zła i agresji. Jest jednak jeszcze druga strona medalu – najstarsze pokolenie. Babcie i dziadkowie, którym nie wiadomo w jaki sposób udaje się dotrwać do pierwszego. Często mają oni dzieci, które pracują za granicą zapominając o swoich rodzicach i wcale się o nich nie troszcząc. Starsi nie mają więc pieniędzy na leki czy jedzenie, wychodzą na ulicę i żebrzą.

 

Człowiek widząc jak zmienia się Mołdawia, a zwłaszcza Kiszyniów, może jednak powiedzieć że kraj się europeizuje.

Ta europeizacja polega na tym, na czym kiedyś polegała desowietyzacja – ulicę Lenina nazwano ulicą Stefana Wielkiego i tyle. Teraz pojawia się dużo reklam, plastiku, świateł i to wszystko – brakuje refleksji nad architekturą miasta czy planem zagospodarowania przestrzeni.

 

Tak zmienia się miasto. A ludzie?

Z ludźmi jest jeszcze gorzej. Zaczęli podróżować, pracować za granicą, ale niestety jedyne co importują to pieniądze i samochody – nie „przywożą” ze sobą wartości. Wystarczy spojrzeć jak społeczeństwo reaguje, kiedy pojawiają się informacje na przykład o planowej paradzie równości homoseksualistów. Jak można mówić o tolerancji czy szacunku do drugiego człowieka?

 

Nie można więc mówić o rodzącym się społeczeństwie obywatelskim?

Jest pewna bardzo mała grupa ludzi, która chce i próbuje coś zrobić. To młodzi designerzy, street artyści, rowerzyści, fani alternatywnej muzyki.

 

Państwo im sprzyja?

To zależy od sytuacji. Władze miejskie w niektórych przypadkach rzeczywiście są otwarte na propozycje. W ostatnim czasie pewna grupa chciała wykonać graffiti i miasto udostępniło im potrzebną przestrzeń – choć tyle. To co my robimy w teatrze, jest ignorowane na zasadzie: „nie wiemy jak reagować, więc udajemy, że tego nie ma”. Mi to nie przeszkadza – mamy w Mołdawii burdel, więc może to nawet lepiej, kiedy państwo nas nie zauważa.

 

A z czego współczesny Mołdawianin może być dumny?

Współczesny Mołdawianin jest dumny ze swojej motyki. Kiedyś mieliśmy takie proste, obsługiwane ręcznie, a teraz Mołdawianie z Włoch przysyłają nam moto-motyki.

 

Z niczego więcej?

Oczywiście żartuję –  mówiąc szczerze, nie mamy z czego być dumni. Nawet te wszystkie legendy o naszej gościnności są mitami.

 

O gościnności przekonywałem się nie raz...

Zazwyczaj polega ona na tym, że jest nam wstyd pokazać, jacy jesteśmy biedni, więc kiedy przyjeżdżają do nas goście, szykujemy pełny stół, mimo że jest to ponad nasze możliwości. Potem uśmiechamy się i każemy gościowi pić, aż padnie. A kiedy gość odjeżdża mówimy: „cholera... i teraz mam pełno długów!”.

 




Wywiad ukazał się w kwartalniku New Eastern Europe 3/13.



Nicoletta Esinencu jest mołdawską dramatopisarką. Autorka tytułowej Odessy transfer z antologii esejów pod tym samym tytułem (Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego, Wydawnictwo Czarne 2009).

 


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu