Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Jak Putin zagnał Ukrainę do Europy
2013-11-13
Jakub Korejba

W Moskwie i Brukseli niewiele osób ma wątpliwości, że podpisanie przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską jest największą klęską współczesnej Rosji i zamyka okres geopolitycznej transformacji „szarej strefy” w Europie wschodniej, która powstała po rozpadzie ZSRR. O ile orientacja polityczna i gospodarcza Państw Bałtyckich, Białorusi czy Mołdawii nie wpływa w takim stopniu na równowagę sił w regionie, o tyle decyzja Ukrainy zmienia nie tylko relacje ukraińsko-rosyjskie, ale także stosunki Rosji z całą Europą.

Dokonany w Kijowie wybór nie jest wcale przejawem realizacji konkretnej, usystematyzowanej strategii polityki zagranicznej. Strategią Ukrainy był bowiem brak jasnego określenia swojej politycznej przynależności i gospodarczej orientacji. Znajdując się między dwoma centrami integracji – Rosją i zjednoczoną Europą – Kijów zamierzał odcinać kupony od współpracy z oboma i pośredniczyć w ich relacjach. Rzecz w tym, że w sytuacji w której UE i Rosja postrzegają się jako rywali, polepszenie stosunków z jednym z nich pociąga za sobą drastyczne pogorszenie stosunków z drugim. Tymczasem w świecie w którym więzi w ramach projektów integracyjnych zacieśniając się wzmacniają jednocześnie bariery dla podmiotów pozostających poza wspólnotą, coraz trudniej „siedzieć na dwóch stołkach”.

 

Względnie Europa

Półmetek prezydenckiej kadencji był dla Janukowycza chyba najmniej odpowiednim momentem na dokonywanie drastycznych zwrotów w polityce zagranicznej, które – biorąc pod uwagę podziały w ukraińskim społeczeństwie – musiały doprowadzić do eskalacji negatywnych emocji (zarówno w narodzie, jak i wewnątrz elity). Tym niemniej prezydent Ukrainy zdecydował o zerwaniu z kuczmowską polityką „wielowektorowości” i postanowił zbliżyć kraj z Zachodem. Powstaje pytanie, co skłoniło Janukowycza do podjęcia decyzji, która dla niego i dla całego kraju jest bardzo ryzykowna?

Najbardziej oczywistą odpowiedzią, której zapewne udzieli wielu przedstawicieli UE, jest atrakcyjność propozycji, którą Bruksela złożyła zmagającej się z kryzysem Ukrainie. Rzecz jednak w tym, że w interesie Janukowycza było przeciąganie negocjacji, tak aby dokończyć „restrukturyzację” aktywów biznesowych na Ukrainie (czyli „dorżnięcie” Dniepropietrowskich i przejęcie ich dochodów przez Donieckich) i „przygotować” ukraiński system polityczny na kolejną, swoją kadencję.

Jako że prezydent sięgał robiąc to po metody daleko odbiegające od europejskich standardów demokracji i praw człowieka, konieczność dostosowania do nich niesie ze sobą ryzyko destabilizacji jego władzy wewnątrz kraju. Bez presji ze strony Rosji, Janukowycz prawdopodobnie przeciągałby negocjacje w nieskończoność (a przynajmniej do czasu wygrania kolejnych wyborów), próbując wytargować podpisanie maksymalnie korzystnej umowy, jak najmniej dając w zamian.

Decydującym impulsem dla podjęcia decyzji o skierowaniu kraju na tory integracji z Europą, była więc nie polityka Europy, a działania Kremla, który widząc w kontroli nad Kijowem klucz do odbudowy znaczenia Rosji w świecie, podjął zmasowane działania zmierzające do wciągnięcia Ukrainy do eurazjatyckiej integracji. Działania te były na tyle mało subtelne i chaotyczne, że w rezultacie nie tylko nie przyniosły efektu, ale pomogły też ukraińskiej elicie i społeczeństwu dostrzec względne plusy zbliżenia z Europą.

 

Z siebie się śmiejecie

Najważniejszym czynnikiem politycznym, który zagrał na niekorzyść Kremla, było niezrozumienie przez Rosjan faktu, że na Ukrainie poradzieckie procesy integracyjne postrzegane są zupełnie inaczej niż na Białorusi i w Kazachstanie. O ile bowiem w Mińsku i Astanie władza polityczna i gospodarcza skupiona jest w rękach jednego człowieka bez którego wiedzy i zgody „nikomu w mieście nie przybędzie sto złotych w portfelu”, o tyle rozbicie Ukrainy na szereg konkurujących ze sobą klanów stwarza ryzyko, że któryś z nich wejdzie w sojusz z kolegami z Rosji (lub bezpośrednio z Kremlem) i wymusi zmianę władzy w Kijowie.

W przeciwieństwie do Łukaszenki i Nazarbajewa, którym Rosja gwarantuje trwanie na stanowiskach, uczestnictwo w proponowanych przez Moskwę formatach integracyjnych (przy braku realnych prawnych i instytucjonalnych ram współdziałania) jest postrzegane przez ukraińską elitę jako próba podporządkowania zbuntowanej kolonialnej „okrainy” byłej metropolii.

Istotne są też retoryka i symboliczne gesty. Najlepszym przykładem było spotkanie obu prezydentów w Jałcie w lipcu zeszłego roku: najpierw Janukowycz, przez kilka godzin czekał, aż Putin zakończy spotkanie z rosyjskimi motocyklistami-nacjonalistami, aby następnie zobaczyć, jak udaje się w gości na daczę rywala ukraińskiego prezydenta Wiktora Miedwiedczuka. I nawet jeżeli zachowanie rosyjskiego lidera było tylko przypadkowym zbiegiem okoliczności, to ukraińska elita odebrała je jako próbkę „braterskich” relacji w przyszłej Unia Eurazjatyckiej.

Wśród czynników ekonomicznych kluczowe znaczenie miało z kolei zupełnie różne rozumienie zawartych w marcu 2010 roku układów charkowskich: o ile Ukraina uznała je za wstęp do obniżenia ceny gazu według modelu białoruskiego (aktywa geopolityczne w zamian za tanie surowce), o tyle Rosjanie, a w szczególności Gazprom widzieli w nich krok w stronę „urynkowienia” zasad handlu błękitnym paliwem – czyli stopniowego podwyższania ceny. Kiedy więc okazało się, że gaz i tak bedzie drogi, ukraińscy oligarchowie i ich polityczni przedstawiciele stracili motywację do handlowania niepodległością. Dodatkowym elementem były groźby paraliżu zakładów opierających produkcję na międzynarodowej kooperacji oraz zamkniecie rosyjskich granic dla czekoladek Poroszenki z niedwuznaczną sugestią, że po „rozwodzie” podobny los spotka resztę ukraińskich towarów eksportowanych do Rosji.

Przebieg i rezultaty rosyjskich wyborów parlamentarnych w 2011 roku i prezydenckich w 2012 pokazały, że jeżeli na Kremlu dochodzi do przeobrażeń systemowych, to jest to raczej dryf w stronę modelu chińskiego, a nie zbliżenie z Europą. Jeżeli przyjąć, że Rosja zbliżałaby się do Europy, Ukraina mogłaby rozpatrzyć wariant wspólnego marszu. Kiedy jednak Rosja wybrała model azjatycki (pomimo deklaracji o budowie niezależnego centrum siły, proste zestawienie potencjałów każe wysnuć taki wniosek), Kijów był zmuszony do podjęcia ostatecznej decyzji. I podjął ją – na korzyść Europy.

Wszystkie podjęte przez Rosję wobec Ukrainy kroki okazały się kontrproduktywne: pogłębiły niechęć rusosceptyków, a wielu rusoentuzjastom pokazały jak miałby wyglądać rozwoju kraju w ramach „bratniego związku” z trójką poradzieckich sióstr. Bezprecedensowa presja Rosji zmieniła czysto materialny dylemat o charakterze „kto da więcej” w egzamin na niepodległość, którego Ukraińcy nie zamierzali po raz kolejny w swoich dziejach oblać.

I kiedy rosyjska telewizja pokazuje krzywiących się w złośliwych uśmiechach kremlowskich dygnitarzy, pogardliwie zapewniających, że Ukraina podpisując umowę z UE na naszych oczach dokonuje samolikwidacji, to przypominają się słowa gogolowskiego Horodniczego: „I z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”.

Jakub Korejba




Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu