Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kiedy Sparta wygrywa z Atenami
2014-01-17
Władimir Makanin

GRZEGORZ PRZEBINDA, ALEKSANDER WAWRZYŃCZAK: Stalin uważany jest za drugiego po Aleksandrze Newskim bohatera w tysiącletniej historii Rosji. Tymczasem jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku większą popularnością cieszył się Lenin – dominowało przekonanie, że Lenin chciał dobrze, a to Stalin wszystko  zepsuł.

 

WŁADIMIR MAKANIN: Chodziło o stopień rozczarowania: Rosjanie dystansowali się od radzieckich bohaterów stopniowo – początkowo odrzucono Stalina, jednak Lenina czy zabójców cara ceniono nadal. Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego inteligencja zaczęła deptać wszystkie świętości, zmieszała z błotem zarówno Stalina, jak i Lenina. Rosjanie poczuli się oszukani i zdezorientowani, niewiele rozumieli z tego, co dzieje się wokół nich. Odrodzenie kultu Stalina stało się reakcją właśnie na nową narrację prowadzoną przez inteligencję. Naród musiał znaleźć w tym chaosie coś stałego, jakiś symbol, na którym można byłoby się oprzeć. I znalazł – wygraną Wielką Wojnę Ojczyźnianą.

 

Niektórzy dodają, że Lenin zniszczył imperium, a Stalin je odbudował.

 

To prawda. Pamiętam, że kiedy w 1940 roku Armia Czerwona weszła do państw nadbałtyckich, ich mieszkańcy mówili: „Jakże to tak? Lenin dał nam wolność, a Stalin ją odbiera? O co w tym chodzi?".

 

Można powiedzieć, że Stalin dokończył to, co rozpoczęli jego poprzednicy: przede wszystkim Iwan Kalita, który połączył ruskie ziemie wokół Moskwy oraz Katarzyna II, która po rozbiorze Polski zagarnęła Białoruś i Wielkie Księstwo Litewskie. Stalin dokończył dzieła, zajmując zachodnią Ukrainę.

 

Stalin przyłączył w ten sposób między innymi terytoria, które nigdy wcześniej nie były częścią ani Imperium Rosyjskiego, ani Związku Radzieckiego.

 

Przykładem jest Lwów.

 

Tak. I właśnie zajęcie zachodniej Ukrainy doprowadziło do podniesienia kwestii niepodległości kraju i narodu ukraińskiego. Gdyby zachodnia Ukraina pozostała w granicach Polski, nie stałaby się tak szybko niepodległym państwem. Imperia jednak i tak się rozpadają, więc prędzej czy później Ukraina uzyskałaby niepodległość. W działaniach Stalina w kontekście Ukrainy istotne było to, że przyłączając do niej kolejne ziemie, przesuwał ukraiński środek ciężkości. Ukraina zawsze znajdowała się obok Rosji, Stalin zaś to zmienił. Doprowadził w ten sposób do oddalenia Ukrainy od Rosji i – rozpadu imperium.

 

A czy nie ma już powrotu do rosyjskiego bądź radzieckiego imperium? Nie dojdzie do zjednoczenia Rosji z Ukrainą i Białorusią?

 

Z Ukrainą i Białorusią będziemy musieli wyjaśnić jeszcze parę spraw i póki co trudno przewidzieć, czym się to skończy. Widać jednak, że gdy na przykład w Kirgistanie trwają zamieszki, Rosjanie mówią: „Boże, jakie to szczęście, że to gdzieś tam daleko!".

 

Uważa Pan więc, że odbudowa imperium nie jest Rosji potrzebna?

 

Nie, nie jest potrzebna, Rosja i tak zachowała duże wpływy. Cofając swoje granice do obecnego stanu, Moskwa pozbyła się balastu. Najważniejszym wydarzeniem XX wieku był moment, w którym Rosja przestała być imperium.

 

Pan, w przeciwieństwie do wielu Rosjan, cieszy się, że nie ma już Związku Radzieckiego.

 

Tak, ale również w przeciwieństwie do wielu rodaków wiem, że to, co się stało, nie jest zasługą Michaiła Gorbaczowa. On po prostu pogodził się z trwającymi procesami: był nijaki i zamiast ukierunkować przemiany przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, puścił je samopas. Dobrze, że to już za nami – w końcu postęp zawsze może w pewnym momencie przegrać z totalitaryzmem. Tak jak Ateny przegrały ze Spartą.

 

Co w takim razie stanie się z Ukrainą? Czy dla Rosji korzystne będzie sąsiedztwo z silną Ukrainą?

 

Korzystna dla Rosji będzie sytuacja, gdy Ukraina będzie samodzielna. Wariantów jest wiele, a najprostszy z dyskutowanych dotyczy rozpadu Ukrainy na trzy części: zachodnią, wschodnią i Krym. Krym nie przyłączyłby się wówczas od razu do Rosji, ale stałby się samodzielny. Niemniej, jeśli Rosja poważnie myśli o odzyskaniu kiedyś Krymu, to powinna trzymać kciuki za taki rozwój wydarzeń.

 

Gdzie wówczas znalazłby się Kijów?

 

Kijów będzie na zachodzie, a granica zostanie wytyczona wzdłuż Dniepru.

 

Przebiegałaby ona wówczas wzdłuż polskiej granicy z połowy XVII wieku.

 

Tak. Nawiasem mówiąc, ten wariant bywa nazywany właśnie „polskim".

 

A czy jest możliwy dalszy rozpad Rosji?

 

Odpowiem ilustracją: uczestniczyłem kiedyś w dyskusji dotyczącej procesu rozpadania się państw. Zapytałem zgromadzonych: „To jasne, dlaczego rozpadł się Związek Radziecki, czy dlaczego rozpadła się Jugosławia. Ale co stało się z Czechosłowacją?". Nikt nie mógł udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Ktoś powiedział, że czeskie ziemie są bardziej rozwinięte od słowackich, stąd Praga nie chciała ciągnąć Bratysławy za sobą – jednak, czy mało znamy przykładów, gdzie wszystko jest na odwrót? Tak naprawdę rozpad Czechosłowacji to wciąż trwający rozpad Austro-Węgier. To proces analogiczny do tego, co dzieje się z Rosją – nie jest powiedziane, że u nas dobiegł on końca. Wiadomo jednak, że dalszy rozpad byłby bolesny i gwałtowny, ponieważ u nas mówi się tak: „Wszystko to, co zagarnęli nasi imperatorzy – oddamy. Wszystko jednak, co zdobyli carowie, jest nie do ruszenia".

 

Granicą są więc zdobycze Piotra I.

 

Tak, skoro przykładowo to Iwan Groźny zdobył Kazań, Kazań jest już nasz. Bardziej skomplikowana jest sprawa Kaukazu, ponieważ nie bardzo wiadomo, kto go zdobył – czy carowie, czy imperatorzy? Możliwe, że Kaukaz ulegnie rozdrobnieniu. Wszystko będzie zależało od tego, jak wysoka okaże się muzułmańska fala, która niewątpliwie stamtąd nadciąga.

 

Rosja może na przykład stracić Dagestan?

 

Dagestan nie może się usamodzielnić: zamieszkuje go sto żyjących w górach narodów, które nie będą w stanie wytrzymać ze sobą w jednym państwie. Jeśli Dagestan odpadnie od Rosji, to zapewne z czymś jeszcze. A może kupi go sobie arabski szejk?

 

A co stanie się z Czeczenią? Przecież wszystko zostało tam odbudowane – Grozny jest dziś nowoczesnym miastem.

 

Czeczenia może od nas łatwo odejść, dlatego że bierze z nas przykład. Iwan Kalita, który w XIV wieku,  jednocząc ruskie ziemie przyjmował prostą strategię – wskazywał swojego rywala i mówił rządzącym wówczas Rusią Tatarom: „Ten kniaź jest groźny, sprzeciwia się wam". Wówczas Tatarzy napadali na danego kniazia, a Kalita przyłączał jego ziemie do własnych. Tatarzy sami, własnymi siłami sklecili Ruś Moskiewską. Podobnie postępuje Kadyrow, który traktuje Rosję tak, jak Rosja traktowała Tatarów – czeczeński prezydent z rosyjską pomocą stworzył czeczeńską republikę i oczyścił sobie pole. Teraz wystarczy, że dojdzie do jakiegoś małego głupstwa na poziomie relacji chrześcijańsko-muzułmańskich, i od razu odejdzie.

 

Analogie historyczne są łatwe do zauważenia.

 

Tak, układa się to w jedną całość: byli carowie, potem imperatorzy, sekretarze generalni. Czym innym, jeśli nie pozostałością systemu monarchicznego było przekazanie władzy przez Putina Miedwiediewowi? Rosja wciąż jeszcze nie jest gotowa na coś innego.

 

Ale już Ukraina sama wybiera swojego prezydenta.

 

W Rosji obawiamy się jednak, że to, co dzieje się na Ukrainie, to tylko spóźniona epoka Jelcyna.

 

Nostalgia za imperium jest jednak wśród Rosjan żywa, przejawia się ona chociażby w sporach, czy z  okazji Dnia Zwycięstwa 9 maja wystawiać portrety Stalina.

 

Rosjanie są już zbyt świadomi tego, że to kreowanie Stalina na bohatera poniżałoby nas wszystkich – lud, inteligencję, wreszcie cały naród. Inna sprawa, że dziś Rosjanie są niespokojni i potrzebują swojego bożka – nieważne jakiego, grunt, żeby jakiegoś mieć. Takim bohaterem mas można by uczynić chociażby Gieorgija Żukowa. Bohatera tworzy świadomość zbiorowa: jeśli zabraknie nam wodzów, będziemy uwielbiać celebrytę, a jeśli zabraknie nawet celebrytów – kogokolwiek, wystarczy prowizorka. To przyrodzona cecha mas, które bez bożków nie są w stanie żyć. Zwykłe uwielbienie zaś ludzi wobec swoich idoli może przekształcić się w uwielbienie duchowe.

 

Tak stworzony był radziecki komunizm: jako quasi-religia.

 

Tak, według dokładnie tych samych zasad, na których opierało się chrześcijaństwo. Po pierwsze, byli prorocy – Karol Marks i Fryderyk Engels. Po drugie, był mesjasz w osobie Lenina, który rzeczywiście pokonał śmierć – ludzie byli przecież święcie przekonani, że on żyje tam, w trumnie, w mauzoleum. Po trzecie, wreszcie, był cały szereg świętych: na przykład Pawlik Morozow, który doniósł na ojca, a potem został zabity przez dziadka i wuja; była prawosławna męczennica Warwara, która również doniosła i również została zabita przez krewnych; męczennikiem był też spalony w palenisku parowozu Siergiej Łazo. Cały radziecki ikonostas był zapełniony bohaterami, męczennikami i świętymi. Naród nie wielbił ich jednak dlatego, że był niedołężny i zmuszony powtarzać to, co mu kazano, ale dlatego, że rzeczywiście długo w to wierzył. Świadomość radziecka ukształtowała się według zasad analogicznych do świadomości religijnej. Chrześcijaństwo i komunizm – jak jeden do jednego!

 

A może takiego systemu po prostu nie da się zbudować inaczej…

 

Zgadzam się. Kiedy tworzyła się radziecka świadomość, trwał także ważny dla zrozumienia Rosji proces, który nazywam „uśrednianiem". Rozpoczął się on, kiedy podczas pierwszej wojny światowej nasz naród był bardzo liczny, ale też głęboko podzielony – z jednej strony mieliśmy ogromne masy chłopskie, a z drugiej – inteligencję.

 

Na czym polegał proces „uśredniania"?

 

Dochodzi do niego wówczas, kiedy społeczne niziny zaczynają się podnosić, kiedy rozwarstwienie społeczne jest tak ogromne, że w biednych narasta oburzenie, aż w końcu tych, którzy są na górze, zrzucają na dół. Rządzący nic na to nie mogą poradzić, ponieważ napięcia są tak duże, że nie sposób nad nimi zapanować.

 

 Kto wówczas przejmuje władzę?

 

Ten, kto pierwszy ją zagarnie – po upadku caratu pierwsi byli bolszewicy, wraz z nimi przyszli zaś półinteligenci, którzy szybciutko zajęli miejsce obalonych. Problem polegał jednak na tym, że zbyt dobre wykształcenie nowych elit i prędkość przemian doprowadziła do powtórzenia sytuacji – rządzący znaleźli się w takim samym położeniu, w jakim jeszcze niedawno znajdowała się inteligencja szlachecka. Niezadowolenie nizin nie ustąpiło, proces trwał, a „uśrednianie" narastało. Masie potrzebny był rząd, który byłby od niej lepszy, ale tylko odrobinę – nie chciano Feliksa Dzierżyńskiego, a już na pewno nie Mikołaja Bucharina. Kolejna

fala „uśrednienia" przyszła więc po dwudziestu latach i rok 1937 zmiótł elity raz jeszcze – dokładnie w taki sam sposób, w jaki one zmiotły swoich poprzedników. Dopiero wówczas wśród ludu powstało uczucie harmonii. Dlaczego?

 

Bo do władzy doszli mniej wykształceni, bliżsi ludowi – Nikita Chruszczow i inni.

 

I dlatego sytuacja się ustabilizowała. W 1917 roku marynarz stawiał inteligenta pod ścianą i odliczał do trzech.  W 1937 roku wyroki wydawały już trójki – była to imitacja trybunału, ale jednak wzywano człowieka i udawano, że się go sądzi. Z czasem zaczęto ludzi zsyłać. „Uśrednienie" doprowadziło do sytuacji, w której rządzący coraz mniej drażnili naród.

 

Przełożyła Katarzyna Orzechowska-Kępa

 

Władimir Makanin jest rosyjskim pisarzem, jednym z ważniejszych twórców końca XX i początku XXI wieku. Autor między innymi dzieł: Stół pokryty suknem i z karafką pośrodku (1993), Jeniec kaukaski (1994), Underground, czyli Bohater naszych czasów (1998).


Powrót
Najnowsze

Via Carpatia. Podróże po Węgrzech i Basenie Karpackim

19.11.2019
Ziemowit Szczerek
Czytaj dalej

Donbas: kruchy pokój?

18.11.2019
Aleksander Kowalewski
Czytaj dalej

Na Białorusi ludzie boją się zmian

17.11.2019
Małgorzata Nocuń Bartosz Panek
Czytaj dalej

Gruzini znów wyszli na ulice

15.11.2019
Wojciech Wojtasiewicz Jakub Janiszewski
Czytaj dalej

Gruzińskie Marzenie w obliczu kryzysu

15.11.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gra o tron w Gruzińskim Kościele Prawosławnym

14.11.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu