Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kto odpowiada za Ukrainę
2014-02-19
Andrzej Szeptycki

Eskalacja kryzysu politycznego i coraz bardziej realna perspektywa wojny domowej zaowocuje prawdopodobnie wprowadzeniem selektywnych sankcji przeciwko ukraińskim władzom.

Przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy mówi o sankcjach finansowych (zamrożenie aktywów finansowych) i ograniczeniach wizowych (zakaz wjazdu) dla osób odpowiedzialnych za użycie siły. Premier Donald Tusk stwierdził, że sankcje nie powinny mieć charakteru demonstracji. Powinny być one naprawdę dotkliwe z punktu widzenia władzy ukraińskiej ze świadomością, że jest to – z punktu widzenia Europy – właściwie ostateczny argument.

Pytanie, co się stanie, jeśli wspomniane sankcje nie zadziałają? Ostatnie śledztwa prowadzone m.in. przez austriackich dziennikarzy ukazały rozbudowaną i skomplikowaną strukturę interesów finansowych ukraińskiej „Rodziny": niełatwo będzie je szybko zablokować. Zakaz wjazdu zapewne będzie dla ukraińskich władz uciążliwy, ale przecież jest tyle innych miejsc, gdzie można się schronić i odpocząć (Turcja, Bliski Wschód).

 

Usankcjonować sankcje

Po sankcjach selektywnych kolejnym krokiem mogłyby być szersze sankcje polityczne (zawieszenie lub zerwanie stosunków) i ekonomiczne (ograniczenie współpracy gospodarczej, zaostrzenie reżimu wizowego). Takie działania uderzą jednak przede wszystkim w społeczeństwo ukraińskie, a więc w protestujących. UE to obok Rosji jeden z dwóch głównych rynków zbytu Ukrainy i rynków pracy dla Ukraińców. Takie sankcje stanowiłyby doskonały argument dla zwolenników integracji z Rosją. Wiktor Medwedczuk dowodził dziś na Facebook, że w ostatnich latach, wraz ze zbliżeniem z UE, spadła wartość inwestycji zagranicznych na Ukrainie. Wniosek jest więc prosty: trzeba iść na Wschód, nie na Zachód.

Tymczasem do Kijowa Ministerstwo Obrony skierowało wojska desantowe. Na zachodniej Ukrainie protestujący zajęli szereg budynków rządowych, przejęto magazyny broni. Wkrótce pod pretekstem operacji antyterrorystycznej siły porządkowe podejmą pacyfikację zachodnich obwodów kraju. Kolejne międzynarodowe apele o zaprzestanie walk i próby mediacji nie przyniosą efektów.

Taka sytuacja zrodzi kolejne pytania o odpowiedzialność społeczności międzynarodowej (w szczególności UE i Stanów Zjednoczonych), padać będą oskarżenia o bezczynność. W tym kontekście może pojawić się pytanie o potrzebę interwencji humanitarnej na Ukrainie w celu przeciwdziałania masowym naruszeniom praw człowieka, takim jak czystki etniczne, zbrodnie wojenne czy zbrodnie przeciwko ludzkości. Przykładem takiej operacji była w 1999 roku wojna NATO z Jugosławią, której celem było wymuszenie na tej ostatniej zaprzestania represywnej polityki wobec Albańczyków z Kosowa. Ponieważ ta operacja była krytykowana (brak zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, odwet Albańczyków na Serbach), podobnie jak i sama koncepcja interwencji humanitarnej, na początku nowego wieku sformułowano na forum ONZ ideę odpowiedzialności za ochronę. Zakłada ona, że każde państwo ma obowiązek chronić swoją ludność przed ludobójstwem, zbrodniami wojennymi, czystkami etnicznymi oraz zbrodniami przeciw ludzkości. Jeśli tego jednak nie czyni, społeczność międzynarodowa powinna zareagować, nawet wbrew władzom danego państwa. Wspomniana idea stała się m.in. podstawą do interwencji w Libii w 2011 roku.

 

Ukraina to nie Kosowo

W praktyce zastosowanie tej koncepcji w odniesieniu do Ukrainy napotyka na szereg problemów.

Po pierwsze, nie wyraziłaby na nią z pewnością zgody Federacja Rosyjska, stały członek Rady Bezpieczeństwa. Władze Rosji uważają wydarzenia na Ukrainie za sprawę wewnętrzną tego kraju, obarczają ukraińską opozycję odpowiedzialnością za eskalację kryzysu, domagając się od krajów zachodnich zaprzestania ingerencji w sprawy Ukrainy. Rosyjskie weto postawiłoby pod znakiem zapytania legalność operacji międzynarodowej na Ukrainie. W doktrynie nie ma bowiem zgody co do tego, czy w sytuacji przewidzianej przez koncepcję odpowiedzialności za ochronę konieczna jest zgoda Rady Bezpieczeństwa.

Po drugie, nawet jeśli interwencja byłaby nielegalna (brak zgody Rady Bezpieczeństwa), pojawia się odrębny problem jej zasadności. Jeden z międzynarodowych raportów poświęconych tej problematyce stwierdza, że interwencja zbrojna jest dopuszczalna, jeśli 1) zaistniała sytuacja pozbawiania życia lub przeprowadzania czystek etnicznych na szeroką skalę, 2) państwo lub państwa interweniujące kierują się sprawiedliwym powodem i prawą intencją, 3) jest to środek ostateczny, 4) odwołanie się do interwencji jest proporcjonalne w stosunku do naruszeń, 5) istnieje poważna szansa na sukces.

Kwestia ostateczności interwencji jest zawsze dyskusyjna, bo zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą że trzeba dalej rozmawiać. Przede wszystkim jednak można mieć wątpliwość, co do perspektyw powodzenia takiej operacji. Ukraina 2014 to nie Jugosławia 1999: zarówno ze względu na zupełnie odmienny potencjał obu krajów, jak i character obu konfliktów – tam mieliśmy do czynienia z jasno zlokalizowanym pod względem geograficznym konfliktem etnicznym. Na Ukrainie zaś konflikt ma charakter polityczny, jego głównym ośrodkiem jest stolica, a pomniejszymi ogniskami – szereg miast obwodowych.  W tych warunkach interwencja byłaby trudna, chyba że doszłoby do jasnego podziału kraju i do wyłonienia silnego ośrodka opozycyjnego, jak w Libii.

Po trzecie, pojawia się pytanie, kto miałby dokonać takiej interwencji. Doświadczenia ostatnich 20 lat (Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Libia) pokazują, że jedyną strukturą zdolną do przeprowadzenia takiej operacji jest NATO. W Kosowie Sojusz do dziś traktowany jest z najwyższym szacunkiem, bo zbawił Albańczyków od Serbów. Na Ukrainie efekt byłby kompletnie odwrotny. Ukraińcy cenią UE, są coraz bardziej krytyczni wobec Rosji, ale NATO nie znoszą – to efekt propagandy radzieckiej, rosyjskiej, kuczmowskiej. Rosji udało się przekonać większość ukraińskiego społeczeństwa, że NATO to agresywny blok odpowiedzialny za wojnę z bratnią, słowiańską Jugosławią (prawda), Irakiem (fałsz), Afganistanem (po części prawda). W czasach gdy Juszczenko dążył do integracji z Sojuszem w Rosji ukazał się z tuzin książek – pseudonaukowych lub fabularnych – kreślących scenariusz zgodnie z którym zachodnioukraińscy banderowcy zaczną prześladować prawdziwych, nastawionych pokojowo, miłujących Rosję Ukraińców naddnieprzańskich. Wówczas miałaby zacząć się wojna domowa, w konsekwencji której, w ramach „interwencji humanitarnej", na Ukrainę wkroczyłoby NATO. Wysłanie Sojuszu na Ukrainę byłoby więc wymarzonym prezentem dla rosyjskiej propagandy.

Po czwarte wreszcie, nikt na Zachodzie nie ma zamiaru zbrojnie bronić Ukraińców. Mechanizmy międzynarodowe – również te zawarte w Karcie NZ – działają w odniesieniu do „małych i średnich mocarstw"; państw takich jak Irak, który w 1990 roku najechał Kuwejt, wierząc że ma zgodę Stanów Zjednoczonych – efektem były sankcje ONZ i wojna w Zatoce. Ukraina uważana przez Rosję (i faktycznie przez część Zachodu) za rosyjską strefę wpływów nie może liczyć na takie względy jak bogaty w ropę emirat z Zatoki.

Andrzej Szeptycki


Powrót
Najnowsze

„Ukry”: wiele etnosów, jeden naród

15.01.2018
Bohdana Kostiuk (z Kijowa)
Czytaj dalej

„Granice marzeń. O państwach nieuznawanych” Tomasza Grzywaczewskiego

13.01.2018
NEW
Czytaj dalej

Nowa książka Iwana Krastewa „Co po Europie?”

12.01.2018
NEW
Czytaj dalej

Sędzia nie widział

11.01.2018
Serhij Tiszczenko
Czytaj dalej

Na wojnie z kłamstwem

08.01.2018
Mateusz Bajek Marcin Rey
Czytaj dalej

Czas na doktrynę postgiedroyciowską wobec Ukrainy

04.01.2018
Wojciech Konończuk
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu