Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wiecznie zaniepokojeni
2014-03-27
Kazimierz Popławski

„Gazeta Wyborcza" przypisała owe słowa niesławnemu Witalijowi Czurkinowi, stałemu przedstawicielowi Rosji przy ONZ – nie wiadomo bowiem, kto dokładnie był autorem wypowiedzi. Lauri Tankler, amerykański korespondent estońskiego publicznego nadawcy (ERR), tłumaczy natomiast, że wiadomość Reutersa powstała na podstawie podsumowania przemówienia nieznanego dyplomaty. Słowa o prawach językowych mniejszości miał wypowiedzieć Roman Kaszajew, w którego krytyce zestawione zostały Estonia i Łotwa, a Ukraina wymieniona była w innej części przemówienia.

 

 

Niezidentyfikowani żołnierze, niezidentyfikowani dyplomaci

Pomijając kwestię rzetelności dziennikarskiej nie da się zaprzeczyć, że słowa krytyki padły, a następnie zostały kilkukrotnie powtórzone przez mniej lub bardziej ważnych oficjeli. Faktem jest również, że wokół granic państw bałtyckich w ostatnich tygodniach odbyły się ćwiczenia rosyjskiej armii – dwa tygodnie temu floty bałtyckiej i kilka dni temu sił powietrznych. W tym samym czasie lider opozycyjnej estońskiej Partii Centrum odwiedził Moskwę.

Wypowiedź rosyjskiego dyplomaty wywołała w Estonii mieszane odczucia. Z jednej strony słowa te nie powinny dziwić: Kreml regularnie krytykuje Estonię i Łotwę za działania ich rządów oraz prawodawstwo dotyczące mniejszości etnicznych i językowych. Samym komunikatem Kaszajewa nikt w Tallinie specjalnie się nie przejął, Estończycy twierdzą, że po ponad 20 latach uodpornili się już na rosyjską krytykę. Z drugiej jednak strony, jeśli wypowiedź zestawić z agresywną polityką Rosji wobec Ukrainy, może wywoływać ona zaniepokojenie.

 

Nas „bronić" nie trzeba

Osoby rosyjskojęzyczne stanowią prawie 1/3 estońskiego społeczeństwa – Tallin, stolica kraju, zamieszkiwany jest w niemal połowie przez rosyjskojęzycznych, a leżąca przy granicy z Rosją Narwa w 96 procentach. Wydawać się może, że tak silna grupa adresatów „rosyjskiej polityki wobec rodaków mieszkających za granicą" może być poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Estonii.

Większość rosyjskojęzycznych urodzonych jeszcze w Związku Radzieckim, a więc w znacznej mierze nie posiadających estońskiego obywatelstwa, czerpie informacje przede wszystkim z rosyjskich stacji telewizyjnych. Według ekspertów, Estonia przegrała na tym polu wojnę informacyjną, a brak zaangażowania w tej kwestii może być dużym problemem. Przekłada się to na poglądy rosyjskojęzycznych chociażby w kwestii aneksji Krymu czy obecnie prowadzonej przez Moskwę polityki wobec Ukrainy. Jeszcze ważniejszym czynnikiem kształtującym poglądy rosyjskojęzycznych jest bliskość rosyjskiej granicy.

Słowa kremlowskich delegatów, propaganda mediów i działania Moskwy w żaden sposób nie aktywizują jednak mieszkańców Narwy (chociaż w przypadku referendum część mogłaby sie opowiedzieć za przejściem pod kuratelę Rosji, bo niewielkie sumy pieniędzy zza wschodniej granicy docierają do małych rosyjskich organizacji – działają one głównie pod hasłami ochrony praw człowieka). Rosyjska propaganda nie spełnia swojej roli w przypadku Estonii z dwóch powodów. Po pierwsze, rosyjska mniejszość nie ma wystarczająco charyzmatycznych liderów. Po drugie, rosyjskojęzyczni zdają sobie sprawę, że o ich stosunkowo niskim  poziomie życia (na tle całego kraju) na północnym-wschodnie Estonii, mogą tylko pomarzyć znajomi i krewni z rosyjskiego, położonego na przeciwległym brzegu rzeki, Iwangorodu. Iwangorodczanie utrzymują się z niskich emerytur oraz z przemytu paliwa i papierosów na estoński brzeg.

Dodatkowo widzą oni coraz więcej przykładów krajan, którzy odnieśli sukces na arenie krajowej, co pozytywnie wpływa na asymilację i postrzeganie przez nich instytucji państwa (we właśnie sformowanym nowym rządzie odpowiedzialność za krytykowany przez Rosjan system edukacji weźmie młody polityk pochodzący ze zdominowanego przez rosyjskojęzycznych regionu Ida-Virumaa Jewgeni Ossinowski). Dochodzą więc do wniosku – Kreml może brać Krym, ale nas „bronić" nie trzeba.

Innym przykładem business as usual są rosyjskie cyberataki na strony estońskich instytucji. „Najatrakcyjniejszymi" celami są strony estońskiego MSZ-u czy autoryzowanego przy NATO Centrum Doskonalenia Cyberobrony. Estończycy od cyberwojny w 2007 roku regularnie pracują nad obroną i zwalczaniem skutków tego typu działań.

 

Nie tacy koledzy

Proputinowskim sympatiom rosyjskojęzycznych wtóruje Edgar Savisaar, lider popieranej głównie przez rosyjskojęzyczną mniejszość opozycyjnej Partii Centrum. Savisaar jest burmistrzem Tallina, miał swoje zasługi w odbudowie niepodległości kraju na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a obecnie słynie przede wszystkim z kontrowersyjnej współpracy z kremlowskimi elitami.

Kilka lat temu wybuchł skandal związany z nielegalnym finansowaniem Partii Centrum przez Rosjan – oficjalnie pieniądze poszły na budowę cerkwi w tallińskiej dzielnicy Lasnamäe. Wtedy stronnictwo właściwie straciło zdolność koalicyjną, a prezydent kraju otwarcie nazywał działania lidera partii zagrożeniem dla bezpieczeństwa Estonii. Ponadto Partia Centrum ma podpisaną umowę o współpracy z putinowską Jedną Rosją (choć według członków ugrupowania jest ona zamrożona). Savisaar kilka tygodni temu nieźle bawił się w Soczi, a przed kilkoma dniami wrócił z Moskwy, gdzie miał dyskutować o rozwoju miast i demokracji. Co ciekawe, uczestnikami wszystkich tych spotkań byli lider Partii Centrum oraz szef kolei rosyjskich Władimir Jakunin. Panów łączą przyjacielskie relacje, a biorąc pod uwagę przeszłość i pozycję tego drugiego, może to wzbudzać pewien niepokój. Jakunin to były kagiebista i człowiek blisko związany z Kremlem, jeszcze niedawno wymieniany jako potencjalny następca Putina. Savisaar myśli o powrocie na stanowisko premiera, ale biorąc pod uwagę negatywny stosunek większości elit politycznych, społeczeństwa, a również części kolegów z partii, jeszcze długo pozostanie w opozycji.

 

Deklamacja artykułu 5

Co również istotne, słowa rosyjskiego dyplomaty przyniosły efekt w postaci pewnej poprawy bezpieczeństwa Estonii. O ile bowiem reprezentanci państw zachodnich (zwłaszcza Europy Zachodniej) zwykli bagatelizować niepokoje szefów państw bałtyckich, o tyle obecnie wsłuchują się w nie z uwagą, a Francja i Dania zapowiedziały oddelegowanie dodatkowych samolotów do monitorowania przestrzeni powietrznej nad Litwą, Łotwą i Estonią. Estońska koncepcja bezpieczeństwa zakłada, że sojusze nie mogą polegać tylko na zapewnianiu bezpieczeństwa członków słabszych przez silniejszych, ale również na aktywnym uczestnictwie w jego budowaniu wszystkich krajów członkowskich. Niewielka estońska armia miała swoje kontyngenty (proporcjonalnie do liczby mieszkańców były one największe wśród kontrybutorów) i w Iraku, i w Afganistanie. Estońscy rządzący w każdej dyskusji na temat potencjalnych zagrożeń, jak mantrę powtarzają artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Estończycy zauważają również, że ich sytuacja w porównaniu z Krymem znacznie się różni – ostatni rosyjscy żołnierze opuścili Estonię w 1995 roku, a obszary z większością rosyjskojęzyczną nie są geograficznie odizolowane od reszty kraju.

 

Spokój na tyłach

Kilka tygodni temu Estonia podpisała traktat graniczny z Rosją. Była to trzecia i wszystko wskazuje na to, że ostatnia próba rozwiązania tej kwestii. Co ciekawe, to Rosja wykazała tym razem większe zainteresowanie podpisaniem tej umowy, a dużo więcej głosów krytycznych pojawiło się w Estonii. Jeden z argumentów przeciwników podpisania traktatu granicznego z Rosją opierał się na przekonaniu, że jeśli Kreml na coś nalega i nie stwarza problemów to zapewne ma nieczyste intencje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Rosja chciała zamknąć nieuregulowaną kwestię granicy z Estonią, aby móc skupić się na operacji krymskiej.

A co na to wszystko estońskie społeczeństwo? Ani słowa, ani działania Rosji nie wywołują wśród Estończyków paniki, choć pewne zaniepokojenie da się odczuć. Pomimo negatywnych sygnałów i strachu przed powrotem sowieckich czasów, Estończycy nie dopuszczają do siebie jednak myśli, że ich kraj mógłby stać się ofiarą agresywnej polityki Kremla. Estończycy nie chcą również wywoływać wilka z lasu i podkreślają, że bardziej niż propaganda Kremla, samo doszukiwanie się podobieństw do sytuacji na Krymie może aktywizować niektórych przedstawicieli mniejszości i zachęcić ich do poszukiwania „możliwości".

 

Kazimierz Popławski jest autorem portalu estońskiego Eesti.pl.

 

Artykuł został napisany na podstawie informacji własnych, danych pochodzących z mediów estońskich („ERR", „Postimees") i zagranicznych (Reuters, „Gazeta Wyborcza") oraz rozmów z politologiem Sanderem Maripuu, deputowanym partii IRL Eerikiem-Niilesem Krossem i dyrektorem Estońskiego Instytutu Polityki Zagranicznego Andresem Kasekampem.


Polecamy inne artykuły autora: Kazimierz Popławski
Powrót
Najnowsze

Przed wyrokiem. Sprawa Dmitrijewa

21.07.2020
Czytaj dalej

Niewidzialni Inni

20.07.2020
Anton Saifullayeu Tadeusz Giczan
Czytaj dalej

Wiatr zmiany

06.07.2020
Olga Dryndova

 Słabnący paternalizm państwowy na Białorusi łączy się z niskim poczuciem zaufania do władz. Według badań z lat 2017–2018 jedynie około 40 procent Białorusinów ufało władzom państwowym, w tym 34 procent ministrom, a 33 procent władzom lokalnym.

 
Czytaj dalej

„Nas tu nie ma” czyli niesłyszalny głos białoruskiego środowiska LGBT

29.06.2020
Maxim Rust Nick Antipov Nasta Mancewicz Milana Levitskaya
Czytaj dalej

Kampania prezydencka na Białorusi: (nie)oczywiste wybory

26.06.2020
Maxim Rust Yahor Azarkevich
Czytaj dalej

Społeczeństwo obywatelskie na Białorusi już jest

21.06.2020
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu