Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kraj pod znakiem zapytania
2014-04-04
Tomasz Piechal

Na rozwój wypadków na Ukrainie wpłynąć może rosyjska interwencja – tak wojskowa, jak i polityczna. Ponowne wkroczenie na ukraińskie terytorium obcych wojsk zakłóciłoby przebieg kampanii wyborczej, a w zależności od tego w jakim miejscu zatrzymaliby się Rosjanie (czy „jedynie" we wschodnich obwodach, czy w Kijowie), mogłoby doprowadzić nawet do zerwania wyborów i zmiany władz na Ukrainie.

Ostatnie miesiące nauczyły wszystkich, że nie można wykluczać żadnego scenariusza, wariant maksymalny (zajęcie Kijowa, zmiana władz) wciąż jest jednak odległy i możliwy do realizacji jedynie w przypadku wyczerpania się na Kremlu wszystkich pozostałych środków nacisku na Ukrainę, w tym fiaska projektu federalizacyjnego. Dlatego też póki co Rosja będzie zapewne czekała na pierwsze efekty reform nowego rządu, które przyniosą szereg niepopularnych skutków (np. podwyżka cen gazu) i mogą odbić się negatywnym echem we wschodnich obwodach. Dodatkowo nie ma co ukrywać, że widmo "bratniej" interwencji będzie niezmiennie destabilizowało ukraińskie życie.

 

Jastrzębie górą

Dla wielu zbliżające się wybory prezydenckie są stracone dla Rosji. Wbrew jednak pozorom również na wyborach może ona sporo ugrać. Choć bowiem trudno sobie wyobrazić, aby rosyjskie poparcie mogłoby któremukolwiek z kandydatów znacznie poprawić notowania, majowa elekcja może wykreować nowego, regionalnego lidera wschodnich obwodów.

Regionalnego, bowiem liczących się w ogólnokrajowej polityce ludzi oddanych bezwzględnie Moskwie nie ma. Komuniści są za słabi i skompromitowani głosowaniem ramię w ramię z Niebieskimi podczas kryzysu, a sama Partia Regionów jest wciąż rozbita i znajduje się w fazie przebudowy: w jej szeregach doszło do tarć wewnątrznych, usunięto z niej Mykołę Azarowa i Wiktora Janukowycza oraz rozpoczęto poszukiwanie nowej twarzy ugrupowania. Mimo to głosy o końcu Partii Regionów są przedwczesne: ugrupowanie wciąż pozostaje silne na wschodzie kraju.

O partyjną nominację od „regionałów" ubiegali się oligarcha Serhij Tihipko oraz znajdujący się w areszcie domowym były gubernator obwodu charkowskiego Michaił Dobkin. Pierwszy apelował o głębokie reformy, drugi był uosobieniem najtwardszej linii wobec Majdanu. Wygrało skrzydło jastrzębi, a o prezydenturę zawalczy Dobkin, który musi teraz postarać się o zdobycie poparcia poza wschodnimi regionami. Tihipko postanowił mimo to wziąć udział w wyborach samodzielnie.

Dobry wynik wyborczy na wschodzie któregoś z dwójki kandydatów może stać się przyczynkiem do rosyjskego namaszczenia na przywódcę ewentualnej autonomii wschodniej na Ukrainie. Do jej stworzenia bowiem coraz bardziej otwarcie dąży Rosja.

 

Znokautowany bokser

Rosyjska aktywność nie jest jedynym problemem nowych ukraińskich władz. Praktycznie wszyscy politycy dawnej opozycji więcej na rewolucji stracili niż zyskali. Podczas wydarzeń na Majdanie do Arsenija Jaceniuka przylgnęła łatka gołosłownego populisty, czego symbolem stało się wypowiedziane przez polityka ze sceny Majdanu sformułowanie „kula w łeb": lider Batkiwszczyny deklarował w ten sposób, że jest gotów iść ramię w ramię z ludźmi na barykady (nie trzeba dodawać, że w decydującym momencie – nie poszedł). Podobnie negatywne wrażenie pozostawił po sobie Ołeh Tiahnybok, który miał być liderem bardziej radykalnej części protestu, a który również dał się poznać jako ten, który dużo mówi, a mało robi.

Największym przegranym rewolucji pozostaje jednak Witalij Kłyczko. Słynny pięściarz, któremu po sukcesie jego partii w ostatnich wyborach parlamentarnych wieszczono prezydenturę, rozmienił swój kapitał polityczny na drobne. Rewolucja zweryfikowała jego zdolności przywódcze i polityczne: uwidoczniły się brak charyzmy, puste slogany, brak pomysłu na wyjście z kryzysu i bezradność. Komizmu sytuacji dodawał fakt, że część wystąpień po ukraińsku była wyraźnie wyuczona na pamięć, lider UDARu często trzymał nawet w ręku kartki z tekstem wystąpienia.

Symbolicznym kresem jego popularności stał się moment, gdy na ulicy Hruszewskiego dostał strumieniem z gaśnicy. Obrazy pobrudzonego, bezradnego Kłyczki zniszczyły ostatni jego atrybut – szacunek do niego, jako silnego mężczyzny, legendarnego boksera. Choć brzmi to nieco infantylnie, jednak był to moment, gdy zakończyła się era „nietykalności" Kłyczki: okazało się, że jego również można bezkarnie zaatakować. Symptomatyczne jest zresztą, że również sam Kłyczko tego dnia praktycznie stracił kontrolę nad swoją karierą polityczną – zwłaszcza, że później sygnował swoim nazwiskiem umowy z Janukowyczem i podał mu rękę.

Miarą jego klęski jest rezygnacja z udziału w wyborach prezydenckich i decyzja o starcie w wyborach na mera Kijowa. Ta decyzja oraz przekazanie swego poparcia Poroszence to minimalizacja strat, które poniósł on i jego partia podczas rewolucji. Ze wsparciem winnickiego oligarchy ma szansę przeczekać burzliwy dla siebie okres, wylizać rany, a także nabrać większego doświadczenia w polityce. Uczestniczyć bowiem może w zwycięstwie niezależnego kandydata, jednocześnie wyraźnie odcinając się od Batkiwszczyny i coraz mocniej rozpychającej się, niepopularnej Julii Tymoszenko. Poroszenko to póki co szansa na nowe otwarcie, Tymoszenko to pozostanie w starym.

 

Ucieczka od opozycji

Dla Kłyczki najbliższe wybory samorządowe będą kolejną próbą objęcia stanowiska mera Kijowa, choć jego wygrana również na tym odcinku nie jest przesądzona. Jego przeciwniczką będzie jedna z czwórki zwycięzców Majdanu, Łesia Orobec. Młoda deputowana jest powszechnie szanowana za kompetencje, światowość (perfekcyjnie zna język angielski) i serce do walki, może również liczyć na przychylność mediów. Sama Orobiec kilka dni temu zdecydowała się na wyjście z Batkiwszczyny, swoją karierę polityczną będzie kontynuowała jako osoba niezależna.

Odcięcie się od obecnie sprawujących rządy partii to krok, który wybrał wykonał Petro Poroszenko. Decyzja ta jest o tyle ważna, że wszelka krytyka za nieudane rządy, decyzję, czy utratę Krymu nie obciążą jego konta. Nie przypadkiem Poroszenko odmówił objęcia posady spikera Rady Najwyższej, którą obecnie sprawuje krytykowany i niepopularny Ołeksandr Turczynow.

Jak związek z nowymi władzami może być destrukcyjny pokazuje przykład pozostałej dwójki polityków, którzy najwięcej zyskali na Euromajdanie. Andrij Parubij, komendant Majdanu, który objął stanowisko szefa Narodowej Rady Bezpieczeństwa już jest uznawany przez wielu dawnych podwładnych za zdrajcę: jego wystąpienia spotykają się z coraz większą drwiną i niechęcią. Podobna tendencja zauważalna jest w przypadku Jurija Łucenki, który wsparł w wyborach prezydenckich kandydaturę Julii Tymoszenko.

W ten sposób z czwórki zwycięzców Majdanu (Jurij Łucenko, Łesia Orobec, Andrij Parubij, Petro Poroszenko) swojego kapitału politycznego zdobytego podczas rewolucji nie zmarnowała tylko dwójka. W środę były komendant Majdanu, najwyraźniej rozumiejąc w jak fatalnej sytuacji się znalazł, również wybrał wariant odcięcia się od największego z rządzących ugrupowań i zawiesił swoje członkostwo w Batkiwszczynie. Wraz z nim uczyniło to kilku innych deputowanych.

 

Daj Boże!

Bezapelacyjnym liderem prezydenckiego wyścigu stał się tymczasem winnicki oligarcha Petro Poroszenko. Jeden ze współzałożycieli Partii Regionów, w 2004 roku wsparł pomarańczową rewolucję, by po kilku latach wejść do pierwszego rządu Mykoły Azarowa. Od samego początku Euromajdanu stał jednak ramię w ramię z protestującymi, a należąca do niego telewizja na bieżąco informowała o wydarzeniach w Kijowie, jednoznacznie wspierając stronę rewolucyjną.

Wszystko potoczyło się szybko: badania preferencji wyborczych Ukraińców przeprowadzane przez Centrum Razumkowa aż do października 2013 roku nie uwzględniały Poroszenki, a już wiosną osiągnął świetne rezultaty (w badaniach grupy SOCIS 34 procent poparcia – 25 procent własnych wyborców plus 9 procent stronników Kłyczki – lub nawet 49 procent – znowu sumując poparcie dwójki polityków oraz biorąc pod uwagę tylko deklarujących uczestnictwo w wyborach). Sukces zawdzięcza przede wszystkim sprytnie rozegranej rewolucyjnej karcie, a także słabości pozostałych liderów opozycji, którzy w czasie rewolucji skutecznie się skompromitowali.

Dzięki elastyczności oligarchy i mimo poparcia Majdanu, „regionalna" przeszłość Poroszenki może zapewnić mu przyzwoity rezultat na wschodzie kraju. Sam ze swoich rozmów w Doniecku i Charkowie wiem, że hasła o walce z korupcją, czy tworzeniu przyjaznego państwa powinny zostać tam przyjęte pozytywnie. Kandydat szafujący takimi postulatami może liczyć na wynik na poziomie dziesięciu procent lub nawet lepszy.

Przez ostatnie miesiące nieczęsto występował na scenie, często znikał na dłuższy czas, a w porównaniu z Jaceniukiem, Kłyczką czy Tiahnybokiem w mediach bywał rzadko. Był za to zawsze na pierwszej linii tam, gdzie rzeczywiście toczyła się walka. Nie rozmawiał o tym za dużo z mediami, przebijały się za to kadry z jego akcji, realnych negocjacji z protestujacymi czy milicją. Było tak przykładowo wówczas, gdy jako jedyny z liczących się polityków pojawił się 1 grudnia na ulicy Bankowej i uspokajał tłum, za co został przez prowokatorów zwyzywany. Później jako jedyny pojechał na Krym i starał się porozmawiać z miejscowymi Rosjanami, za co niemal został zlinczowany przez nich w Symferopolu. Ludzie szybko docenili jego zaangażowanie, co w połączeniu z powszechnym szacunkiem dla jego wiedzy i profesjonalizmu (szef wielkiej, sprawnie zarządzanej firmy) zaowocowało obecnym poparciem.

I choć poważnych konkurentów Poroszenko dziś nie ma, nie można wykluczyć, że zostanie przeciwko niemu rozpętana potężna kampania mająca zdyskredytować go jako przedstawiciela wielkiego biznesu, oligarchy. Pierwsze sygnały są już widoczne, sam kandydat nie ustrzegł się zresztą również błędów: przykładem jest kilka niepokojących nominacji w jego sztabie wyborczym. Zyskać na tym może przede wszystkim Julia Tymoszenko, która jednak sama wydaje się wciąż nie rozumieć oczekiwań społecznych i prowadzi nietrafioną kampanię.

W świetle ostatnich rankingów i artykułów ciągle dźwięczą mi słowa, które usłyszałem od winnickiego oligarchy na Majdanie w Kijowie. W pierwszą, dramatyczną noc tej rewolucji (z 29 na 30 listopada) byłem tam od popołudnia, aż do brutalnej pacyfikacji nad ranem. Petro Poroszenko na Majdanie zjawił się około godziny 1.30, kiedy większość dziennikarzy udała się już do swoich hoteli. Przez ponad godzinę, do trzeciej nad ranem biznesmen chodził po terenie Euromajdanu z różańcem w ręku, rozmawiał z ludźmi, dla każdego miał czas, odpowiadał na pytania, inspirował, dodawał energii, żartował. Obok niego chodził tylko jeden niepozorny ochroniarz, który i tak znikał często na dłuższy czas.

W pewnym momencie i ja zacząłem z nim rozmowę. Poroszenko gdy usłyszał o moich bliskich związkach z Winnicą od razu się uśmiechnął i złapał pod ramię. Zapytałem go wówczas:

– Czy wie Pan, że wielu ludzi uważa, że zostanie Pan przyszłym prezydentem Ukrainy?

Biznesmen uśmiechnął się, zaśmiał i odchodząc odkrzyknął:

– Daj Boże! Daj Boże!

Spojrzałem na zegarek, była 3 nad ranem 30 listopada 2013 roku. Godzinę później Berkut zszedł ulicą Instytucką i na Majdanie polała się pierwsza krew podczas tej rewolucji. Cztery miesiące od tamtych wydarzeń wciąż nic nie jest rozstrzygnięte. Kampania wyborcza dopiero się zaczyna, a znaków zapytania wciąż jest więcej niż odpowiedzi.

 

Tomasz Piechal

 


Powrót
Najnowsze

Nikt nie chce być barbarzyńcą

19.09.2019
Kamil Całus
Czytaj dalej

Wrocław: Od Republiki Weimarskiej do II Wojny Światowej

19.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Rola intelektualistów w Europie zanika

16.09.2019
Drago Jančar Nikodem Szczygłowski
Czytaj dalej

Lublin: Giedroyć, Osadczuk i stosunki polsko-ukraińskie

14.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Pomóż ratować Zamek w Wojnowicach

10.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Szaleństwo, głupota czy metoda

10.09.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu