Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wciąż mam nadzieję
2014-04-15
Michaił Sztekel

O ile na Wschodzie Ukrainy wielu gotowych jest kłamać i cierpieć w zamian otrzymując putinowską stabilność, o tyle na Południu i w Centrum ludzie myślą inaczej.

Kiedy oglądam rosyjskie media i słucham komunikatów tamtejszych polityków, przechodzą mnie ciarki na samą myśl, czym może stać się moja ojczyzna – położona na południu cudowna Odessa. Nie chcę nawet myśleć, że pewnego dnia wschodnia Ukraina, a za nią i południowa zmienią się w kolejną prowincję kraju-agresora, że akceptowana będzie tylko jedna poprawna wersja historii i jedna właściwa moralność.

Dlaczego więc tak bardzo życzą sobie tego niektórzy moi ziomkowie? Nie mam tu na myśli nawet prowodyrów całego zamieszania czy tych, którzy czekają z utęsknieniem na przyjście Rosjan, aby zająć miejsce dzisiejszych ukraińskich elit – choć takich ludzi jest całkiem sporo.

Wschód po prostu się zmęczył. Ma dość korupcji, biedy, beznadziei i tego, że nie może sam decydować o swojej przyszłości. Ludzi napędza strach, kłamstwo i rozpacz. Jednak o ile Majdan dla zmian na lepsze był gotów stać na placach miesiącami, o tyle Wschód dla zmian na lepsze gotów jest tylko bić.

W ciągu ostatnich tygodni rosyjskie media robiły wszystko, żeby postawić znak równości między tak zwanymi separatystami we wschodnioukraińskich obwodach i Majdanem. Przynosi to efekty – wielu neutralnych bądź nawet sympatyzujących z ideami Majdanu dziennikarzy daje się złapać na tę przynętę. Tymczasem separatystom udało się pozbyć najsłabszego ogniwa – nie płacą już ludziom za uczestnictwo w mitingach.

I rzeczywiście – ludzie rozgniewani własną apatią, odbierającą moc do działania, biedą i, przede wszystkim, poczuciem, że rzeczywistość zagnała ich do koziego rogu, z którego nie potrafią znaleźć wyjścia, okazali się straszniejsi od jakichkolwiek opłacanych dresów. Zamknięty w czterech ścianach swoich gabinetów eksperci oczekiwali, że Majdan umożliwi przejęcie władzy przez radykałów i przywoływali analogie z rewolucji 1917 roku, kiedy to właśnie radykałowie obalili siły umiarkowane. Wydarzenia potoczyły się jednak inaczej – radykałowie pojawili się co prawda, ale na wschodzie kraju.

Zamiast więc trzech miesięcy okupacji miejskich centrów widzimy szturmy państwowych budynków i pobicia przeciwników; zamiast kijów bejsbolowych i tzw. pistoletów traumatycznych – automaty i granatniki; zamiast idei ukraińskiej państwowości – flagi kraju, który nasz atakuje; zamiast woli obrania drogi prawa – przewroty i wezwania do wprowadzenia wojsk innego państwa.

Codziennie rosyjskie media opowiadają Ukraińcom ze wschodnich obwodów o nazistach w ukraińskim rządzie, o prezydencie, który nie ma pełnej legitymizacji władzy i o zbrodniach wojennych Banderowców. Każdego dnia rosyjskie media pokazują też Putina, który podnosi z ruin kolejną wioskę, lata z żurawiami i walczy z korupcją.

Tłuką im do głowy, że wydarzenia w Kijowie są w rzeczywistości spiskiem amerykańskich służb specjalnych, mówią o kryzysie w Europie oraz o wielkiej roli, jaką Rosja odgrywa w świecie. Polemizować z płynącymi z Rosji doniesieniami to tak jakby mierzyć odległość w litrach.

Ukraińcy na wschodzie kraju wzięli więc do rąk automaty, żeby bronić swoje rodziny przed Banderowcami z Prawego Sektoru. Nie zdają sobie przy tym sprawy z tego, jak bardzo ich wyobrażenia odbiegają od rzeczywistości. Oni nie jeździli i nie chcieli jeździć ani na zachodnią Ukrainę, ani do Europy. Nie chcieli, bo tam można znaleźć tylko homoseksualne małżeństwa i amerykańskich szpiegów.

Rosyjscy prowokatorzy rozpoczynając swoją pracę mieli już gotowe podglebie – okazało się, że nastraszonym, oszukanym i zrozpaczonym ludziom wystarczyło obiecać trochę stabilności.

„Najbiedniejsi modlą się – modlą się o to, żeby nikt nie odebrał im ich biedy" – pisał radziecki poeta Ilja Kormilcew pod koniec pieriestrojki.

Putin to nie Rosja, to nie Związek Radziecki. Putin to naftowa stabilność oferowana w zamian za gotowość do kłamstwa, cierpienia i nie wychodzenia przed szereg. I o ile na wschodzie Ukrainy wielu gotowych jest przystać na takie warunki, o tyle już w centralnej i południowej części kraju chętnych będzie zdecydowanie mniej. I to daje mi nadzieję.

 

Michaił Sztekel jest ukraińskim dziennikarzem, pracuje w espresso.tv.


Polecamy inne artykuły autora: Michaił Sztekel
Powrót
Najnowsze

Zagrożenie od morza

10.08.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Dżihadyści nie chcą wojny

08.08.2018
Zbigniew Rokita Marcin Mamoń
Czytaj dalej

Historiozofia nieustającej walki

02.08.2018
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Kwestia karelska

30.07.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

Wojna o ukraińską tożsamość

27.07.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Grant dla polskich dziennikarzy

25.07.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu