Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Najsmutniejszy dzień z życia Władimira Władimirowicza
2014-06-04
Jakub Korejba

Podpisany w Astanie świstek to maksimum tego, co Putin może osiągnąć na drodze realizacji historycznej misji „zbierania ziem rosyjskich". Odwracają się od niego nawet sojusznicy.

 

Stworzenie Związku Eurazjatyckiego miało być najwspanialszym triumfem odrodzonej Rosji i ukoronowaniem politycznej kariery Putina. Wiktor Czernomyrdin powiedziałby: „chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle".

Przygotowane na przyjęcie przywódców Rosji, Kazachstanu i Białorusi czerwone dywany i strzelające korki od szampanów nie były w stanie przesłonić przykrej dla prezydenta Putina prawdy: „epokowy akt" był tylko kolejnym z trwającej już trzecie dziesięciolecie serii pustych gestów. W żaden sposób nie przybliżają one Rosji do upragnionego celu: odbudowy wertykalnych zależności na przestrzeni poradzieckiej, czyli mówiąc wprost – restauracji mocarstwa.

 

Miała być Unia, jest Związek

Problem Putina polega na tym, że trójka krajów członkowskich wyobraża sobie współpracę w różny sposób.

Dla Kremla przyszły Sojuz (warto zwrócić uwagę, że nowa struktura nazywa się po rosyjsku „Związek", a nie, jak często tłumaczy się w Polsce – „Unia") jest inspirowaną geopolitycznymi resentymentami próbą wskrzeszenia ZSRR z tego, co jeszcze nie rozbiegło się po Europie. Putin wielokrotnie mówił w tym kontekście o „niezależnym biegunie siły", „punkcie ciężkości Eurazji", „symetrycznej odpowiedzi dla UE" czy „balansie między Europą i Azją". A skoro celem jest naprawienie „największej katastrofy XX wieku" to racjonalność ekonomiczna oczywiście schodzi na drugi plan.

Dla Astany i Mińska Związek Eurazjatycki ma inne znaczenie. Po pierwsze jest dla nich okazją do przyssania się do Rosji (chodzi o rynek zbytu i tanie surowce), a po drugie stanowi gwarancję stabilności politycznej – obietnicę Putina, że „jakby co" (czyli, gdyby w Mińsku lub Astanie pojawił się Majdan), to przyjdzie im z bratnią pomocą i ocali reżim. Z ich punktu widzenia integracja polityczna, czyli delegacja części pełnomocnictw na szczebel ponadpaństwowy (w praktyce oznaczałoby to przekazanie prerogatyw Rosji) absolutnie nie wchodzi w grę. Nie po to przez lata wsadzali do więzień opozycję i pałowali protestujący naród, żeby teraz w świetle jupiterów oddać Putinowi państwową schedę, którą przygotowali dla własnych dzieci.

I właśnie dlatego Łukaszenko i Nazarbajew, podkreślając czysto ekonomiczny charakter Związku, doprowadzili do usunięcia z tekstu Traktatu wszelkich wzmianek o integracji politycznej: zniknęły zapisy o wspólnym obywatelstwie, polityce zagranicznej, współpracy międzyparlamentarnej, regulacjach paszportowo-wizowych, wspólnej ochronie granic czy kontroli eksportu. Pozostały tylko ogólnikowe zapisy o swobodzie ruchu kapitału, towarów i usług, siły roboczej, a także deklaracje o „koordynacji" polityki w kilku sferach. Co ciekawe, wcześniej strona rosyjska forsowała zapisy o harmonizacji prawa wewnętrznego i realizacji „wspólnego podejścia" w sferze energetyki, transportu i polityki rolnej, a więc próbowała narzucić partnerom niemal UE-bis.

Porównując rosyjskie propozycje do wersji końcowej dokumentu, można by wiele powiedzieć o motywach weta poradzieckich kacyków w każdej z tych dziedzin. Jeśli jednak podsumować przyjęty tekst jednym zdaniem, to należy powiedzieć, że wyprali oni dokument ze wszystkich kwestii, w których Rosja mogłaby zagrozić ich władzy. Przyciśnięty natomiast do muru przez utratę Ukrainy i izolację Zachodu Władimir Putin, hamując złość i tłumiąc rozczarowanie, wziął pióro i z cierpką miną podpisał ten stek frazesów, wygłaszając przemówienie o „wydarzeniu historycznym o epokowym znaczeniu".

 

50 milionów debetu

Trwa więc rozgrywana znaczonymi kartami przez starych szulerów gra o nazwie „eurazjatycka integracja". Jej zwycięzcą bez wątpienia okazał się Aleksander Łukaszenko: od czasu powstania Związku Celnego Białoruś zwiększyła eksport do Rosji i Kazachstanu o 10 procent. Warto przy tym pamiętać, że rynki te mają dla Mińska kluczowe znaczenie. Wynika to z faktu, że towary białoruskie są niekonkurencyjnie gdziekolwiek poza obszarem poradzieckim – jeśli nie sprzedają się tam, to nie sprzedadzą się nigdzie.

Białorusini liczą już ruble, a tymczasem Putin zamierza „dogonić i przegonić" Pekin, Waszyngton i Brukselę. Dyskurs ten, jak wiele innych, opiera się jednak na mitach i Putin nie może o tym nie wiedzieć. Udział Rosji w produkcie brutto krajów ZC to około 88,5 procent (ponad 2 tryliony dolarów). Nawet więc jeśli założyć wciągnięcie przez Putina wszystkich potencjalnych chętnych (Armenii, Tadżykistanu i Kirgistanu), to niewiele to zmieni.

Dla porównania, łączny PKB Unii Europejskiej wynosi około 17 trylionów, USA niewiele mniej a Chin – 13,5 tryliona. Co więcej, dla wygenerowania i wykorzystania integracyjnego efektu skali, wspólna eurazjatycka gospodarka musi dysponować rynkiem wielkości co najmniej 200-250 milionów ludzi. W UE jest to około 507 milionów, w USA 318, a w Chinach prawie półtora miliarda. W kontekście tych twardych ekonomicznych wyliczeń, dylemat Putina brzmi: skąd do istniejących 170 milionów dobrać jeszcze choćby 50? Kandydaci mogą dać mu tylko 16 milionów i to populacji o, mówiąc delikatnie, ograniczonym potencjale siły nabywczej.

W Azji Centralnej jest jeszcze Uzbekistan (30 milionów) i Turkmenistan (5 milionów), ale przywódcy tych państw jasno dali do zrozumienia, że mają lepsze pomysły na przyszłość swoich krajów niż integracja z Rosją. Kwestia Mołdawii, Gruzji i Ukrainy rozwiąże się ostatecznie 27 czerwca, kiedy podpiszą one umowę stowarzyszeniową z UE.

 

Pozbierał, co mógł

Gra się takimi kartami, jakie się wzięło z poradzieckiego stołu, a więc w zaistniałej sytuacji, Putin zdecydował się na przebicie w postaci ekspresowego przyłączenia Kirgistanu. Warto przypomnieć, że PKB tej zakleszczonej w środku Azji maleńkiej republiki jest 20-krotnie mniejszy od białoruskiego, 30-krotnie od kazachskiego i 310-krotnie od rosyjskiego. W warunkach otwartej granicy i swobodnego ruchu siły roboczej taka dysproporcja doprowadzi do zalewu rosyjskich miast przez mieszkańców kirgiskich wsi. Biorąc pod uwagę rosnącą w Rosji ksenofobię i mając w pamięci niedawne zamieszki na tle etnicznym, nietrudno wyobrazić sobie, jak na tę falę zareagują nie tylko moskiewscy czy petersburscy skini, ale także większość mieszkańców.

Inną problematyczną kwestią jest reeksport chińskich towarów – jednego z podstawowych źródeł dochodu mieszkańców Kirgistanu (żyje z niego pół miliona ludzi czyli około 20 procent aktywnej zawodowo ludności). Cła i normy jakości w ZC, a obecnie w UEA są znacznie wyższe niż kirgiskie, co oznacza, że przygarniając ten kraj do putinowskiej Unii istnieją dwa wyjścia: albo machnąć ręką na dziurawą granicę z Chinami i dać się zalać pochodzącym z tego kraju chłamem, albo inwestować w kirgiską gospodarkę miliardy (efekt niepewny ze względu na korupcję i marnotrawstwo), jednocześnie przyjmując u siebie migrantów. W dowolnej konfiguracji czysto wizerunkowy cel w postaci dostawienia do klubu przyjaciół Rosji jeszcze jednej flagi kosztował będzie rosyjskiego podatnika spore pieniądze. Ale, jak powiedział mi pewien rosyjski znajomy: w wyobraźni przeciętnego rosyjskiego człowieka nie istnieje pojęcie „budżet państwa", a wszelkie wydatki pokrywa osobiście Władimir Putin z wielkiej kremlowskiej portmonetki.

Podpisany dokument jest więc efektem parszywego dla Kremla kompromisu – Białoruś z Kazachstanem liczą na konkretne ekonomiczne zyski, a Putin na chwilę zachował twarz wobec narodu: obiecał odrodzić ZSRR i jak powiedział, tak zrobił. Nieważne, że za napuszonymi preambułami i patetycznymi deklaracjami kryje się wielka pustka politycznej samotności współczesnej Rosji, od której odwracają się nawet najbardziej lojalni satelici.

Niezależnie od pompatycznych przemówień Władimir Putin musi wiedzieć jak jest naprawdę. Zdaje sobie także sprawę, że podpisany w Astanie świstek to maksimum tego, co można osiągnąć na drodze realizacji historycznej misji „zbierania ziem rosyjskich". Niewiele. I dlatego zapewne dzień, w którym z jego inicjatywy miał odrodzić się ZSRR, a w którym zniknęły ostatnie złudzenia, pozostanie najsmutniejszym dniem w jego życiu.

 

Jakub Korejba


Powrót
Najnowsze

Brudna perła Finlandii. Sprawa Airiston Helmi a relacje fińsko-rosyjskie

12.11.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

Spotkanie z Wojciechem Góreckim

07.11.2018
NEW
Czytaj dalej

Konkurs dla prenumeratorów na 10-lecie NEWu

07.11.2018
NEW
Czytaj dalej

Do Polaków. Cały wiek polsko-ukraiński: nie pierwszy i nie ostatni

07.11.2018
Ukraińcy – obywatele Rzeczypospolitej Polskiej
Czytaj dalej

10-lecie NEW

31.10.2018
NEW
Czytaj dalej

Warszawskie spotkanie z Marceliną Szumer-Brysz

29.10.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu