Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Smoleński agnostyk
2014-07-10
Andrzej Nowak, Małgorzata Nocuń, Zbigniew Rokita

Z Andrzejem Nowakiem, historykiem i publicystą, rozmawiają Małgorzata Nocuń i Zbigniew Rokita (Fot. Jan Bortkiewicz)

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej".

 

NOWA EUROPA WSCHODNIA: Przed jakimi wyzwaniami stoi dziś polska polityka wschodnia?

ANDRZEJ NOWAK: Musimy wyjść z sytuacji, w której znaleźliśmy się kilka lat temu, zamykając oczy na rzeczywistość. Wraz z objęciem rządów przez Donalda Tuska zaczęliśmy udawać, że Władimir Putin jest mniej więcej normalnym partnerem, z którym można rozmawiać jak z cywilizowanym człowiekiem, że istnieją duże szanse na liberalizację putinowskiej władzy. W takim tonie pisała także „Nowa Europa Wschodnia".

 

Z Putinem należy więc według Pana rozmawiać?

Dopóki rządzi Rosją, nie mamy wyboru, trzeba jednak mieć świadomość i mówić własnemu społeczeństwu, że rozmawiamy z bezprecedensowym w skali globu gangsterem. Z  gangsterami – którzy jak Putin mają dużą pałkę, którą mogą nas uderzyć – też bowiem należy rozmawiać. Nie można jednak twierdzić, że przestępca jest prawie kulturalnym panem, że ma jeszcze co prawda złe nawyki, ale zmienia się na lepsze, a taka jest narracja polskich władz: powstał fetysz rozmowy z Putinem. Przykładem jest pierwsze spotkanie Donalda Tuska z rosyjskim prezydentem w styczniu 2008 roku: po pierwsze, odwiedzając Moskwę przed złożeniem wizyty w Kijowie, złamano zwyczaj polskiej polityki wschodniej, a po drugie, wizyta przypadła na ostatnią prostą przed wyborami prezydenckimi, kiedy to nie wypada już odbywać podróży o charakterze politycznym. Nikt inny z zagranicy Putina w tym czasie nie wizytował.

 

Pana zdaniem obecne władze nie przyczyniły się do poprawy relacji z Rosją?

Odpowiem pytaniem na pytanie: a czy relacje mogą być jeszcze gorsze niż obecnie? Gorsza będzie już tylko wojna. Wsłuchując się w głos Putina, widać, jak jego słowa zaprzeczają  narracji polskich mediów, informujących o ociepleniu stosunków i postępach w kwestii wyjaśnienia zbrodni katyńskiej. 7 kwietnia 2010 roku w czasie spotkania z premierem  Tuskiem w Katyniu Putin, redukując o dziewięć tysięcy prawdziwą liczbę ofiar, podał, że w „operacji katyńskiej" zginęło szesnaście tysięcy osób. Ustalając wówczas nową cyfrę, powiedział również, że trzydzieści dwa tysiące jeńców rosyjskich zmarło w niewoli polskiej na początku lat dwudziestych XX wieku, co kontrastuje z ustaloną przez historyków rosyjskich liczbą osiemnastu tysięcy. Była to wyraźna sugestia, że Rosja ma jeszcze „prawo" do szesnastu tysięcy. Nikt o tych szokujących kłamstwach nie chciał wtedy w Polsce informować. Moskwa nie odtajniła ani jednego istotnego dokumentu w sprawie katyńskiej,   nie zmieniła także swojego stanowiska dotyczącego tej zbrodni, a polskie media zachwycały się, że pokazano Katyń Andrzeja Wajdy. Tymczasem, po pierwsze, najpierw wyemitowano go na niszowym kanale, a potem szersze grono widzów mogło obejrzeć film dopiero po katastrofie smoleńskiej, a po drugie, czy jedna emisja może zmienić świadomość ludzi w posttotalitarnym, a rządzonym autorytarnie kraju? Jeśli prześledzić więc różne obszary współpracy, okazuje się, że od czasu resetu Tuska niczego w stosunkach z Rosją nie uzyskaliśmy.

 

Wzrasta jednak wymiana handlowa pomiędzy Polską a Rosją – Rosja jest trzecim partnerem handlowym Polski.

Czy nie słyszeliście Państwo o kolejnych falach szantażu za pomocą argumentów handlowych, jakie systematycznie stosuje wobec Polski Putin? Poza tym, za metr sześcienny rosyjskiego gazu płacimy o kilkadziesiąt dolarów więcej niż Niemcy, Czechy czy Węgry. „Wspaniale rosnąca" wymiana polega więc przede wszystkim na graniczącej ze zdradą stanu umowie gazowej, podpisanej przez rząd Donalda Tuska, a uzależniającej nas na kilkadziesiąt lat od monopolu Gazpromu. Zgodnie z logiką pytania, najlepiej byłoby, gdyby Rosja była naszym nie trzecim, ale pierwszym partnerem handlowym. Tymczasem ważny jest nie sam wolumen handlu, ale jego charakter – akurat bardzo specyficzny w relacjach z Rosją Putina, systematycznie używającą stosunków handlowych do uzależniania swoich, zwłaszcza słabszych partnerów. Warto z Rosją handlować w taki sposób, który nie pozwoli Putinowi wykorzystywać gospodarki jako instrumentu politycznej manipulacji Polską.

 

Tusk uznał jednak, że będzie rozmawiał z Rosją taką, jaka ona jest: rozmowy były symbolicznym gestem, a nie przejawem ślepej wiary w to, że wszystko uda się załatwić.

W rzeczywistości głównym motywem tego gestu był czynnik wewnętrzny i chęć pokazania Polakom, że Lech i Jarosław Kaczyńscy nie umieją rozmawiać z Putinem, a nowym władzom się uda.

 

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości wytykano Polsce jednak rusofobię również na forum unijnym. Polską politykę wschodnią musimy rozumieć jako część polityki wschodniej całej Unii Europejskiej, a tymczasem twarda postawa Warszawy skazywała nas na izolację.

Być może zwrot w stosunku do Rosji przyniósł nam wizerunkowe zyski na Zachodzie – rzeczywiście, nieco łatwiej przekonywać nam dziś Europę do swojego punktu widzenia. W samych relacjach z Rosją żadnej korzystnej dla Polski poprawy jednak nie ma i nie było. Żeby coś naprawdę zmienić w naszej polityce wschodniej, musimy wyjść z klinczu.

 

Na czym miałoby polegać wyjście z klinczu?

Po pierwsze, na przyjęciu do świadomości, że jesteśmy krajem graniczącym z Rosją, a także z krajami będącymi ofiarą rosyjskiej agresji. Ta konstatacja sprawi, że nie będziemy się już tak bardzo przejmować, iż nasze zdanie w sprawie Rosji różni się od zdania państw bardziej wysuniętych na Zachód. Łatwo być rusofilem, kiedy od Rosji dzieli kogoś jeszcze Polska czy Niemcy. Mamy więc prawo do swojego zdania, choć nie powinno się ono radykalnie różnić od stanowisk pozostałych krajów unijnych. Po drugie, powinniśmy  wyciągnąć wnioski z błędów, które popełnialiśmy w rozmowach z Rosją. Choć nie możemy być dla Moskwy równorzędnym partnerem, należy rozmawiać z nią jak biznesmen z biznesmenem – zdobyć jak najwięcej argumentów, które pozwolą nam reagować na każdy ekonomiczny szantaż ze strony Rosji możliwie dla niej najdotkliwiej oraz redukować obszary, w których możemy być szantażowani. Przykładowo, należy przekopać kanał elbląski, tak aby możliwość żeglugi na nim nie była uzależniona od rosyjskiego widzimisię. Następnie, należy przyśpieszyć budowę elektrowni atomowej, intensyfikować prace nad eksploatacją złóż gazu – w tym gazu łupkowego, ukończyć budowę świnoujskiego gazoportu. Trzeba też odpowiadać na głosy zwolenników opcji rosyjskiej, którzy mówią, że rosyjski gaz jest tańszy i należy przy nim pozostać.

 

Specjaliści są jednak sceptyczni co do wydajności złóż gazu w Polsce? Złoża gazu łupkowego miano ocenić zbyt optymistycznie.

Nic mi o tym nie wiadomo, żeby wszyscy „specjaliści" już się ostatecznie w tej sprawie wypowiedzieli. Słyszę „szum informacyjny" w tej ważnej dla nas i dla Rosji sprawie. Powinniśmy w każdym razie sprawdzić ten wariant, a nie grzebać go na ołtarzu dobrych stosunków z Putinem czy „świętego spokoju" – tak ukochanego przez rząd Tuska.

 

Może Polska nie kapituluje, tylko kieruje się realizmem?

To nie Polska kapituluje, tylko konkretny rząd. Tę postawę nazwałbym „realizmem pałki" – Putin narzucił konsekwentnie polskiemu rządowi swoją optykę, w której liczy się tylko siła.

 

A czy w sprawach historycznych możemy wyjść z klinczu?

O historii z ekipą Putina nie powinniśmy w ogóle rozmawiać. Nie należy uzależniać od kwestii historycznych decyzji politycznych – jeśli tego będziemy unikać, to również zmniejszymy naszą podatność na szantaż Kremla. Jeśli Rosja Putina chce twierdzić – jak ostatnio napisała „Komsomolska Prawda" – że Sowieci zabili w Katyniu co najwyżej 1600 osób, a za resztę odpowiedzialność ponoszą sami Polacy, niech tak twierdzi – nie da się „prowadzić dialogu" z tak bezczelnym kłamstwem. Nie możemy jednak w żadnym razie dostosowywać naszego stanowiska w kwestiach historycznych do stanowiska kremlowskiej propagandy – po 1989 roku w rozmowach z Rosją często bywaliśmy zakładnikami przeszłości, jednak właściwym miejscem do prowadzenia takich rozmów jest Trybunał w Strasburgu. Musimy upierać się przy prawdzie, a nie negocjować ją z Putinem. To paradoksalne, że w ostatnich latach główną siłą walczącą o katyńską prawdę był rosyjski Memoriał, a nie polski rząd. Rozmawiałem kilkakrotnie z kolegami z Memoriału w latach 2011-2012: byli zdumieni i przygnębieni tym, w jakim stopniu rząd premiera Tuska w sprawach historycznych, dotyczących zbrodni stalinowskich na Polakach, dostosowuje swoje stanowisko do wymogów „dialogu" z Putinem. Szokujące były tutaj historyczne interpretacje", całkowicie zgodne z propagandą Putina, na jakie zdecydowały się także główne polskie media. I mnie, i kolegów z Memoriału szokowały artykuły „Gazety Wyborczej" stwierdzające, że pakt Ribbentrop-Mołotow był „normalnym" paktem międzynarodowym i nie ma co przesadzać z jego szczególną, zbrodniczą rolą (artykuł z sierpnia 2009 roku) albo że operacja katyńska nie była żadnym ludobójstwem i że właściwie można porównać ją z losem żołnierzy sowieckich w polskiej niewoli w roku 1920 (artykuł z kwietnia 2011 roku). Tak dostosowywać się do historycznego kłamstwa w imię polityki nie wolno! 

 

O czym jeszcze nie należy z Moskwą rozmawiać?

O wojskowości – te dwustronne rozmowy i braterskie wizyty są szkodliwe, powinny być prowadzone w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Polska z Rosją Putina może współpracować wojskowo tak jak zając z niedźwiedziem. Przykładowo, natowscy, a więc i polscy obserwatorzy są obecni na części rosyjskich manewrów – na wspólnych ćwiczeniach białorusko- -rosyjskich, ponieważ to z Mińskiem, a nie z Moskwą zawarto porozumienie. Stąd właśnie wiemy, że podczas takich manewrów ćwiczono między innymi atak nuklearny na Warszawę. Szkoda, że w amoku miłości do Putina – a było to właśnie u szczytu tego kompromitującego zjawiska – we wrześniu 2009 roku polska prasa na ten „drobiazg" nie zwracała uwagi.

 

Były ambasador Polski na Ukrainie Jerzy Kozakiewicz twierdzi, że wsparcie, jakiego Warszawa udziela „przewrotowi politycznemu w Kijowie", wynika z naszej rusofobii i z założenia, iż należy wspierać Ukrainę jako potencjalnego sojusznika w walce przeciwko Rosji. Kozakiewicz uznaje jednak tę koncepcję za ideę „politycznych idiotów", uważając przy tym, iż nie ma przesłanek, aby Ukraina stała się prawdziwym polskim sojusznikiem. Czy byłby Pan skłonny się z tym zgodzić?

Na szczęście jest to już były ambasador. Próba redukowania obaw polskich związanych z polityką Putina do prometeizmu jest dokładnie tym, co prezentuje propaganda rosyjska. Takie podejście redukuje ponadto całą polską politykę wschodnią do stwierdzenia, że alternatywą dla zgody na putinowski ład jest jakieś „szaleństwo polskiego mesjanizmu", odbudowa Polski przedrozbiorowej. Inna sprawa, że sojusz z Kijowem jest wskazany, jednak nie jako cel sam w sobie, a raczej jako metoda zapewnienia sobie przez Warszawę bezpieczeństwa. Związana z Europą, odbudowująca się gospodarczo Ukraina może zmieniać się tylko na lepsze, a jeśli zmieni się Ukraina, będzie to najskuteczniej wpływało na zmiany w Rosji. Bezpieczne sąsiedztwo z Rosją powinno być ostatecznym celem polskiej polityki wschodniej, a stanie się ono możliwe tylko pod warunkiem, że Rosja zrezygnuje z imperialnej rekonkwisty. Sojusz z Ukrainą to za mało, bo Moskwa zawsze będzie silniejsza od Kijowa i Warszawy razem wziętych. Trzeba przekonać w końcu Rosjan, że można żyć bez imperium, a przekonujący może być sukces proeuropejskiego kursu Ukrainy. Ten ostatni tymczasem bez polskiej pomocy nie jest możliwy. Lepszej drogi do zapewnienia Polsce  bezpieczeństwa na Wschodzie nie widzę.

 

W wywiadzie udzielonym „Gazecie Polskiej", komentując działania polskiego rządu w kontekście Ukrainy, powiedział Pan, że „mają swój wielki udział w tragicznym kryzysie, który obecnie obserwujemy".

Wina rządu Donalda Tuska jest ogromna. Ukraina znalazła się w złej sytuacji głównie wskutek własnych błędów popełnionych po pomarańczowej rewolucji, ale także z powodu izolacji, w którą popadła, kiedy odwróciła się od niej Polska. Tusk złożył pierwszą wizytę w Moskwie w czasie, kiedy toczyła się wymierzona w Ukrainę wojna gazowa. Po totalnej kapitulacji polskiego rządu wobec Putina w sprawie dochodzenia przyczyn katastrofy smoleńskiej, na okładce liberalnego ukraińskiego tygodnika „Ukrainśkyj Tyżdeń" pojawił się charakterystyczny tytuł: Nowy Układ Warszawski oraz fotografia Tuska ściskającego rękę Putinowi. Wielu Ukraińców doszło wówczas do wniosku, że skoro najsilniejszy kraj Europy Środkowo-Wschodniej poddaje się Putinowi, to również kraje słabsze nie mają wyboru i też muszą się poddać. Dodatkowo warto przypomnieć chamskie żarty ministra Radosława  Sikorskiego na temat cnoty Julii Tymoszenko, albo jego retoryczne pytanie do PiS, „ile zamierza wpompować pieniędzy w pomoc Ukrainie".

 

Sikorski powiedział, że mówić, iż ukraińska gospodarka nie jest skorumpowana, to tak jakby twierdzić, iż Julia Tymoszenko jest dziewicą.

Tak, inną ilustracją jest zignorowanie tej samej polityk, pełniącej wówczas funkcję szefa rządu, podczas obchodów 65-lecia zakończenia drugiej wojny światowej na Westerplatte i skoncentrowanie się na jednej osobie – ówczesnym premierze Rosji Putinie (poniżanie delegacji ukraińskiej było tak ostentacyjne, że premier Tymoszenko zagroziła manifestacyjnym wyjazdem z Gdańska). Pogląd tego rządu na Ukrainę jest jasny – uważa on Ukraińców za mały, brudny, skorumpowany narodek, z którym nie warto rozmawiać, bo liczy  się tylko silna Rosja. Nie mam wątpliwości, że Sikorski i Tusk ani nie lubią Rosji, ani jej nie rozumieją – najchętniej odwróciliby się do Wschodu plecami, życzyliby sobie, żeby zniknął, ale jak na złość: Wschód dalej tkwi tam, gdzie tkwił.

 

Jednak misja Sikorskiego na Ukrainie podczas ostatniego kryzysu politycznego została bardzo wysoko oceniona przez opinię międzynarodową. Czeski tygodnik opinii opublikował na okładce fotografię polskiego ministra spraw zagranicznych z podpisem: „Nowy lider Europy". 

Czy Państwo wierzą w europejski zasięg jednego, zaprzyjaźnionego z ministrem Sikorskim tygodnika znad Wełtawy? Czy to jest miarodajna opinia całej Europy? Myślę, że tę opinię poznajemy podczas kolejnych, zakończonych całkowitą klapą zabiegów ministra o stanowisko w NATO.

 

A czy skutki katastrofy smoleńskiej osłabiły Polskę na Wschodzie?

Europa Wschodnia poczuła się opuszczona przez Polskę, po tym co stało się 10 kwietnia  2010 roku. W kwestii katastrofy pod Smoleńskiem jestem agnostykiem – nie wiem, co się tam stało, a bardzo chciałbym się  dowiedzieć, ale nie potrafi ę zaufać ani raportowi generał Tatiany Anodiny, ani raportowi Jerzego Millera. Nie możemy wierzyć też na słowo prokuratorowi Jurijowi Czajce – może budzić wątpliwości, że ten sam człowiek, który nadzorował śledztwa w sprawie Aleksandra Litwinienki, Anny Politkowskiej i Siergieja Magnickiego, został zaakceptowany przez rząd Tuska jako nadzorca śledztwa smoleńskiego. Wcześniej polski premier zrobił, co mógł, żeby zniszczyć aktywną politykę wschodnią w kwestii współpracy energetycznej, która mogła zmniejszyć zależność od Gazpromu. Polska więc – jako najważniejszy kraj w Europie Środkowej – który Rosja traktuje przy tym jako swoją strefę wpływów oraz który odgrywał rolę adwokata Europy Wschodniej, wycofuje się stopniowo z tej roli.

 

Rosja posiada dziś smoleński wrak, a Putin ma pilota do nastrojów w polskim społeczeństwie.

I należy mu tego pilota odebrać, bo temat katastrofy stał się przyczyną jednego z najbardziej dramatycznych podziałów wśród Polaków. Katastrofa smoleńska nas osłabia – Putin kieruje się znaną wszystkim imperiom zasadą „dziel i rządź", a to z kolei pomaga mu manipulować Polakami. Zdecydowana postawa polskiego rządu byłaby dziś okazją, aby udowodnić dużej części społeczeństwa, że nie jest to rząd zdrajców.

 

Smoleńska rana w polskim społeczeństwie jest duża, ale czy zaleczy ją oddanie wraku? Fakty, które  poznaliśmy w tej sprawie, są wystarczające i tłumaczą przyczyny katastrofy.

Argument, że sprawa jest wyjaśniona, jest śmieszny – nie mamy najbardziej podstawowych dowodów w tej  kwestii, w tym oryginalnego pełnego zapisu czarnej skrzynki, które są nam potrzebne, żeby sprawę zamknąć. Rosjanie tymczasem zwlekają z ich przekazaniem od czterech lat! Czy to normalne? Czy świadczy to o sile, czy raczej o słabości polskiego rządu? Pojawia się też wiele budzących wątpliwości sygnałów, jak na przykład zeznania rosyjskich oficerów z wieży lotniczej, którzy naprowadzali tupolewa. Złożyli je oni, po czym – rzecz bezprecedensowa – po chwili unieważnili, następnie złożyli kolejne zeznania, a pierwsza wersja została utajniona. Dopóki nie znamy więc ostatecznych odpowiedzi, przyjmijmy w dyskusjach opcję zerową – dopuszczajmy wszystkie warianty, nawet scenariusz zakładający wybuch.


 

Fakty to jedno, a nastroje to drugie. Nawet jeśli prawda zostałaby ujawniona, to znaczna część Polaków nadal pozostałaby nieprzekonana i podatna na manipulacje.

Przybliżanie się do prawdy sprawi, że powiększy się środek, a więc grupa, która nie wierzy ślepo w wersję Jerzego Millera ani w wersję Antoniego Macierewicza, a to może nie odbierze Putinowi wspomnianego pilota, ale zmniejszy jego siłę rażenia. Znakomitą inicjatywą w tym względzie był pomysł prezesa PAN, profesora Michała Kleibera, który zaproponował dyskusję ekspertów dwóch stron tego sporu. Pomysł został niestety storpedowany przez wyznawców religii smoleńskiej z „Gazety Wyborczej" i rządu Donalda Tuska. Polskie władze muszą być pod każdym względem bardziej zdecydowane w swojej polityce wschodniej. My jednak zamiast tego zakładamy listek figowy w postaci Partnerstwa Wschodniego, którego budżet w przeliczeniu na mieszkańca obszaru objętego programem wynosił 2 euro, a którego kraje uczestniczące streszcza akronim BUMAGA, czyli papierek.

 

Wcześniej nie było jednak żadnego spójnego programu unijnego na wschodnim   kierunku polityki sąsiedztwa. Poza tym nasza polityka jest konsekwentna, zmienia się co najwyżej rozłożenie akcentów. Przykładów jest wiele: misja Cox-Kwaśniewski, finansowanie ukraińskich organizacji pozarządowych. Pytanie, co można jeszcze  zrobić, w sytuacji gdy Ukraińcy często pokazują, że nie są zainteresowani partnerstwem z Polską.

Zabawne, że środowiska krytyczne wobec polskiej historii, mówiąc o dzisiejszych relacjach chociażby z Ukrainą, utrzymują, iż wina zupełnie nie leży po stronie Warszawy, a Kijowa. To samo tyczy się też naszych relacji z Litwą. Czy nie widzicie Państwo, jak strasznie szkodzi tutaj ubóstwiana przez ministra Sikorskiego polityka pobrzękiwania szabelką wobec słabszych, w tym przypadku wobec Wilna? Owszem, wina nie leży po jednej stronie, ale większą odpowiedzialność za stan stosunków ponosi zawsze silniejszy kraj, a więc w przypadku relacji polsko-ukraińskich czy polsko-litewskich odpowiadamy my. Fałszywe jest przeświadczenie, że Ukraińcy „nie dojrzeli" do utrzymywania z nami dobrych relacji. Mówicie o finansowaniu organizacji pozarządowych, ale jakie ma to „przełożenie" na sytuację na Ukrainie?

 

Bardzo duże – Majdan wybuchł między innymi dlatego, że tamtejsze społeczeństwo obywatelskie mogło się rozwinąć. Efektów finansowania NGO można spodziewać się jednak głównie po dziesięciu-dwudziestu latach.

Doceniam tę formę działania, ale jej nie przeceniam. Bezpośrednia obecność polityczna jest również potrzebna. Tymczasem rząd Tuska przez lata udawał, że jest inaczej – nie tylko zresztą w stosunkach z Rosją. Przykładem była wulgarna wypowiedź premiera odnosząca się do polskich problemów demograficznych: „Panowie, bierzcie się do roboty". Tak w grudniu 2012 roku odpowiedział premier polskiego rządu na pytanie o sposoby radzenia sobie z największą w historii zapaścią demograficzną. Podobnie więc, jak ludzi nie przybędzie od chamskiego żartu, tak problemów Ukrainy nie rozwiąże tani pieniądz Partnerstwa Wschodniego – ważny, ale tani i przecież wydawany w lwiej części na diety, hotele i przeloty dla europejskich specjalistów od życia za takie pieniądze.

 

A co Pan jako polski obywatel czuje, widząc na Majdanie portrety Stepana Bandery?

Jako polski obywatel czuję wielką przykrość, bo niewłaściwe jest, żeby w sąsiednim kraju czczony był ktoś, kto odpowiada za zbrodnię dokonaną na moich współobywatelach.

 

A jako historyk?

Jako obywatela i historyka martwi mnie to, ponieważ dobrze życząc Ukrainie, wątpię, żeby Bandera był symbolem, wokół którego mógłby jednoczyć się ukraiński naród. Proponuję policzyć jednak, ile na Majdanie było portretów Bandery, a ile symbolu ziemi kijowskiej – świętego Michała Archanioła. Prawda jest taka, że znacznie więcej było wyobrażeń tego drugiego. Bandera nie jest i nie będzie bohaterem całej Ukrainy, nie będzie bohaterem nowej Ukrainy. Bohaterami zostali ci, którzy polegli w obronie Majdanu – a wśród nich także Ukraińcy polskiego pochodzenia. To są symbole ukraińsko-polskiej zgody, a nie konfliktu. Nacjonalizm ukraiński jest poważnym problemem, ale nie można tego problemu wyolbrzymiać – prawdą nie jest ani twierdzenie, że na Majdanie stoją sami banderowcy, ani że manifestują tam wyłącznie ludzie głęboko religijni i do tego wyznający tę samą wiarę. Święty Michał Archanioł na sztandarach powstania styczniowego symbolizował także związki Rusi z Litwą i Polską. Nie chcieliśmy obchodzić 150. rocznicy tego powstania, jednak obchodzili ją oficjalnie Litwini, pamiętano o niej także nad Dnieprem. Może warto zastanowić się więc nie tylko nad dziedzictwem narodowej nienawiści, ale także nad wspólną walką o wolność, przeciw imperium. Wspominam o tym, bo profesor Roman Szporluk napisał do mnie ostatnio, że ukraińskie „powstanie listopadowe", a więc protesty rozpoczęte w listopadzie 2013 roku, przekształciło się w „rewolucję lutową". Nie chciałem mu już przypominać, co w 1917 roku nastąpiło po rewolucji lutowej.

 

Wokół jakiego symbolu mogą w takim razie jednoczyć się Ukraińcy?

Najpoważniejszym kandydatem do tej roli jest Niebiańska Sotnia. Ani Mychajło Hruszewski, ani Symon Petlura, ani Bandera nie są postaciami historycznymi, które większość Ukraińców mogłaby uznać za symbol ogólnonarodowy. Niebiańskiej Sotni za taki symbol nie uzna pewnie duża część Wschodu, ale do obwodu sumskiego na północy i chersońskiego na południu sotnia może odegrać rolę nowego panteonu bohaterów. Ci ludzie symbolizują oddanie życia za wolność.

 

Pozostając jeszcze przy kwestii Bandery: nie ma Pan poczucia, że w sporach historycznych jesteśmy bardziej wyrozumiali dla Ukrainy w kwestii Wołynia niż dla Rosji w sprawie Katynia?

Z punktu widzenia polityki państwowej między tymi dwoma zbrodniami istnieje różnica. Za zbrodnią katyńską stoi konkretne państwo, którego prawnomiędzynarodowym spadkobiercą jest Federacja Rosyjska. W przypadku zaś ludobójstwa popełnionego na Wołyniu w 1943 roku odpowiedzialności nie ponosi konkretny kraj – administracja Wiktora Juszczenki pozytywnie odnosiła się jedynie do pamięci o Ukraińskiej Powstańczej Armii, jednak to nie państwo ukraińskie dokonało zbrodni. Z prawnego punktu widzenia nie przysługuje nam więc takie samo roszczenie wobec Kijowa za zbrodnię wołyńską, jak wobec Moskwy za Katyń. Na płaszczyźnie moralnej natomiast obie zbrodnie są w równym stopniu godne potępienia, a bliscy ofiar mają jednakowe prawo do zadośćuczynienia. Wszystko burzy się we mnie, kiedy widzę swoistą rywalizację pamięci tych dwóch wielkich zbrodni, kiedy słyszę spory o to, którą należy bardziej upamiętnić, czy głosy mówiące, że Wołyń powinien być bardziej akcentowany od Katynia, bo z rąk UPA zginęło więcej Polaków.

 

Co by Pan odpowiedział zwolennikom tej tezy?

Odpowiedziałbym, że gdyby kierować się matematyczną logiką, to ofiarami, o których należy przede wszystkim pamiętać, jest 150 tysięcy Polaków zamordowanych na mocy rozkazu z sierpnia 1937 roku w ramach „Operacji polskiej NKWD". O pamięć o tych ludziach chciałbym  upominać się przede wszystkim, bo o nich nikt nie wspomina – to najmniej opłakane dotąd polskie ofiary.

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej".

 

Andrzej Nowak jest profesorem nauk humanistycznych, historykiem, publicystą, sowietologiem, laureatem Nagrody im. Jerzego Giedroycia za rok 2012. Pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim i w Polskiej Akademii Nauk.


Powrót
Najnowsze

Rycerz w mitycznej skórze

11.12.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Białoruskie antypody

08.12.2017
Karolina Słowik
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu