Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Potrzeba działania i solidarności
2014-07-24
Piotr Bajor

Oby tym razem europejscy przywódcy wyciągnęli wnioski i wprowadzili deklaracje w życie. Inaczej konflikt na Ukrainie może mieć niewyobrażalne dla bezpieczeństwa międzynarodowego skutki.

 

Prowadzona przez Ukrainę od połowy kwietnia operacja antyterrorystyczna długo nie przynosiła większych efektów. Dopiero wyciągnięte po kilku tygodniach wnioski doprowadziły do zmian w jej prowadzeniu, co w ostatnich kilkunastu dniach zaczęło przynosić efekty. Siły rządowe odbiły kilka kluczowych miejscowości, w tym Słowiańsk – symbol oporu rebeliantów. Władze w Kijowie optymistycznie zaczęły wówczas oceniać szanse pokonania separatystów, jednak – jak pokazały kolejne dni – radość była przedwczesna.

W związku z ofensywą sił rządowych samozwańczy minister obrony Donieckiej Republiki Ludowej Igor Girkin ps. Striełkow zapowiadał wypracowanie nowej taktyki walki. Jak się wkrótce okazało, polegała ona w głównej mierze na działaniach dywersyjnych (wysadzanie mostów, dróg) oraz odcinaniu dostaw uzbrojenia i żywności dla wojsk ukraińskich. Wskutek kontroli przez separatystów znacznej części obwodów donieckiego i łuhańskiego, dostawy te były realizowane za pomocą mostów powietrznych i dlatego celem ataków terrorystów były ukraińskie samoloty wojskowe.

W ostatnich dniach udało im się zestrzelić myśliwiec Su-25 oraz samolot transportowy An-26. Ten ostatni leciał na wysokości ponad 6,5 kilometra, co, jak podkreślały już wówczas władze Ukrainy, świadczyło o posiadaniu przez separatystów zaawansowanych technologicznie zestawów przeciwlotniczych. Wszystko wskazuje więc na to, że celem tragicznego ataku był kolejny samolot ukraińskiej armii, a MH17 został trafiony przypadkowo.

                                                                                                             

Poszlaki czy twarde dowody?

Dzięki mediom społecznościowym można śledzić poczynania wschodnioukraińskich separatystów. Za ich pośrednictwem separatystyczne władze informowały również o sukcesach w walce z armią ukraińską, w tym niezwłocznie donosiły o zestrzeleniu w ostatnich dniach samolotów wojskowych. Informowano m.in. o tragedii Boeinga: wspomniany Striełkow zawiadomił o zestrzeleniu w rejonie miejscowości Torez ukraińskiego samolotu An-26. Podkreślił przy tym, że separatyści ostrzegali, żeby Ukraińcy nie latali po ich niebie. Gdy okazało się, że zestrzelony został jednak samolot pasażerski, starano się zatuszować ten wpis.

Powyższa okoliczność niczego nie przesądza, uzupełnia jednak posiadane przez Kijów kluczowe dla tej sprawy informacje wywiadowcze, które Służba Bezpieczeństwa Ukrainy opublikowała niezwłocznie po katastrofie. To niestandardowe działanie ukraińskich władz spowodowane było zapewne potrzebą wyprzedzenia rozkręcanej dopiero rosyjskiej propagandy. Dzięki temu większość światowych agencji przedstawiała opinii międzynarodowej podsłuchaną przez służby ukraińskie rozmowę, z której jednoznacznie wynikało, że winę za zestrzelenie samolotu ponoszą wspierani przez Rosję separatyści. W udostępnionych przez Kijów kilku kolejnych rozmowach terroryści donoszą o zestrzeleniu samolotu, przyznając później, że doszło do pomyłki i trafiony został lot pasażerski.

Nagranie będzie bardzo istotnym dowodem w prowadzonym śledztwie, dlatego pojawiły się opinie, że materiał został sfabrykowany przez ukraińskie służby. Oskarżenia te wydają się jednak całkowicie bezpodstawne – wystarczy wziąć pod uwagę, jak krótki czas minął od momentu katastrofy do prezentacji nagrań. Ukraina nie mogła poza tym pozwolić sobie na utratę wiarygodności i przedstawienie niepotwierdzonych informacji, gdyż zostałoby to niezwłocznie wykorzystane przez Rosję do jej dyskredytacji. Władze Ukrainy zareagowały natychmiast właśnie dlatego, że były pewne autentyczności tych nagrań.

 

Kto „zyskał", a kto zyskał

Media ukraińskie prezentowały jednolitą wersję, opartą na narracji Kijowa. Ta spójna ofensywa medialna była bardzo istotna podczas pierwszego szumu informacyjnego, szczególnie w kontekście zderzenia z przekazem rosyjskim.

Jak można było się spodziewać, winę za tragedię rosyjskie media próbowały zrzucić na Ukrainę: pojawiały się oskarżenia pod adresem Ukraińców, że to ich obrona przeciwlotnicza zestrzeliła samolot, a celem ataku mógł być nawet wracający z podróży po Ameryce Łacińskiej prezydent Putin. Ten przekaz wzmacniany był opisem tragicznego wydarzenia z 2001 roku, kiedy ukraińscy wojskowi w trakcie ćwiczeń obrony przeciwlotniczej przypadkowo zestrzelili pasażerski samolot lecący z Izraela do Rosji. Rosyjskie media podkreślały, że Ukraina odrzucała wówczas oskarżenia o jego zestrzelenie i przyznała się do tego m.in. wskutek nacisków międzynarodowych i dowodów przedstawionych przez Rosję. Część rosyjskich mediów podkreślała więc, że podobna sytuacja mogła mieć miejsce obecnie – szczególnie, że w ich opinii na tej tragedii pod względem politycznym „zyskała" właśnie Ukraina.

Żadnych wątpliwości, kto odpowiada za tę katastrofę, nie miał również Władimir Putin, który odpowiedzialnością obciążył władze Ukrainy. Rosyjski prezydent podkreślił, że do tego tragicznego wydarzenia nie doszłoby, gdyby na Ukrainie nie zostały wznowione działania zbrojne.

 

Zatarte ślady

Putin zapowiedział, że Rosja pomoże w wyjaśnieniu przyczyn tragedii. Trudno liczyć jednak na to, by rzeczywiście wywiązał się z powyższych deklaracji: musiałby przyznać się do wspierania separatystów, przerzucania na Ukrainę własnych żołnierzy i sił specjalnych oraz ciężkiego sprzętu – również tego, z którego zestrzelono malezyjski samolot.

Ostatnie informacje przekazane w tej sprawie przez Kijów i Waszyngton są bowiem jednoznaczne: oba kraje podkreślają, że są w posiadaniu twardych dowodów wskazujących na zaangażowanie rosyjskie (część z nich została upubliczniona i nie pozostawia cienia wątpliwości). Nie oznacza to jednak, że dzięki nim jednoznaczne wyjaśnienie okoliczności tragedii będzie możliwe: wiele wskazuje na to, że stanie się wręcz odwrotnie i nie zostanie ona nigdy do końca wytłumaczona.

Wypowiadający się w tej sprawie światowi przywódcy zgodnie wzywali do przeprowadzenia niezależnego śledztwa przez międzynarodową komisję. Również Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (tzw. MAK), który prowadzi badania katastrof lotniczych na obszarze poradzieckim, oświadczył, że opowiada się za międzynarodowym śledztwem w tej sprawie.

Stworzenie międzynarodowej komisji nie gwarantuje jednak rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Teren, na którym spadł samolot jest pod kontrolą separatystów, którzy nie dopuścili ekspertów na miejsce katastrofy: nie mogli więc zebrać kluczowych dla sprawy dowodów (czarne skrzynki niewiele wniosą do sprawy). Zatarcie śladów przez separatystów utrudni zebranie twardych dowodów i będzie wykorzystywane przez propagandę do stworzenia „alternatywnej" wersji wydarzeń. Niszczenie dowodów i utrudnianie ekspertom dostępu do wraku, stanowi również wyraźne potwierdzenie ich bezpośredniej odpowiedzialności za tę katastrofę.

 

Putin kibicuje Argentynie

W ostatnich tygodniach Rosji udało się stworzyć wrażenie, że konflikt we wschodnich obwodach to wewnętrzny problem Ukrainy – stało się tak, ponieważ zachodni przywódcy nie reagowali na przedstawiane przez Ukrainę dowody potwierdzające bezpośrednie zaangażowanie Rosji. Kilka dni przed zestrzeleniem samolotu Departament Stanu USA opublikował nawet dokument zawierający listę przejawów rosyjskiej aktywności: donoszono m.in. o funkcjonującym w Moskwie biurze zajmującym się rekrutującą najemników do walki po stronie separatystów.

Na te precyzyjne informacje w dalszym ciągu niechętnie reagowali przywódcy najważniejszych państw europejskich, jak również cała UE, która nie zdecydowała się na wprowadzenie istotniejszych sankcji wobec Rosji. Trudno było jednak oczekiwać takich decyzji, w sytuacji gdy nawet te nałożone po aneksji Krymu były głównie symboliczne. Niemcy nie zrezygnowały wówczas z budowy centrum szkoleniowego w Mulino, Francja wskazywała na potrzebę wywiązania się z kontraktu na dostawę Mistrali, a kolejne państwa podpisywały umowy z Gazpromem zwiększając de facto energetyczne uzależnienie Europy od Rosji.

Po przyłączeniu Krymu europejscy przywódcy również zapowiadali izolację Putina. Nie potrwała ona jednak długo – po kilku tygodniach od oderwania półwyspu politycy europejscy zaczęli spotykać się z rosyjskim prezydentem. Gorzkim symbolem była miła pogawędka kanclerz Angeli Merkel z Putinem podczas finału piłkarskich mistrzostw świata w Brazylii. Niemieckie media tłumaczyły tę sytuację pisząc, że to rosyjski prezydent przysiadł się do kanclerz i, co więcej, publicznie oświadczył, iż kibicuje Argentynie. W kontekście ogromu tragedii na wschodzie Ukrainy powyższe tłumaczenia brzmią jednak niezbyt poważnie.

Ważną konsekwencją przejścia zachodnich przywódców do porządku dziennego nad wydarzeniami na Ukrainie był również spadek zainteresowania mediów oraz opinii międzynarodowej sytuacją w tym państwie. Zachodnie społeczeństwa „przyzwyczaiły się" już do tragicznych informacji napływających ze Wschodu. Zestrzelenie MH17 ponownie zwróciło jednak uwagę społeczności międzynarodowej na trwającą we wschodnich obwodach Ukrainy tragedię oraz umiędzynarodowiło „problem" Ukrainy. 

I choć zachodni politycy deklarowali większe zaangażowanie w konflikt i wyrażali nadzieje na jego niezwłoczne zakończenie, to szybko zweryfikowała je rzeczywistość. W ciągu kolejnych dni we wschodnich obwodach Ukrainy toczyły się ciężkie walki, w których ginęła również ludność cywilna. Doszło także do zaostrzenia retoryki i bardzo prowokacyjnych wypowiedzi najwyższych przedstawicieli Moskwy i Kijowa. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow powiedział, że Rosja gotowa jest do przeprowadzenia z powietrza precyzyjnych uderzeń punktowych na Ukrainie. Odnosząc się do tej kwestii minister obrony Ukrainy Wałerij Hełetej zapewnił, że ukraińskie siły zbrojne są z kolei gotowe do obrony i odeprą ewentualny atak.

 

Sankcje to za mało

Okazuje się więc, że tragedia pasażerskiego lotu niczego do tej pory nie zmieniła w przebiegu konfliktu, który nadal eskaluje. Większość ekspertów i polityków widzi możliwość wpłynięcia na Putina poprzez nałożenie kolejnych sankcji. Rosyjski prezydent wyśmiewał jednak dotychczasowe działania Unii Europejskiej w tym zakresie, a objęci zakazem wjazdu na jej terytorium poplecznicy Putina szczycili się tym faktem, twierdząc, że jest to dla nich swego rodzaju Nobel w kategorii politycznej. Zakazem wjazdu do UE zostali objęci także liderzy separatystów. Jaki był tego cel, trudno powiedzieć. Ukraińska prasa prześmiewczo wskazywała, że właśnie wyjazd tych ludzi ze wschodu Ukrainy oznaczałby rozwiązanie problemu.

Nie ulega jednak wątpliwości, że nawet jeśli Unia Europejska i Stany Zjednoczone zdecydują się na zaostrzenie sankcji, to takie działania nie będą wystarczające. Klucz do rozwiązania problemu leży gdzie indziej: trzeba zakończyć przerzucanie z Rosji bojowników i uzbrojenia, a tego nie gwarantuje nałożenie nawet najostrzejszych sankcji. Bardzo ważne w najbliższym czasie będą więc polityczne naciski na Putina oraz uszczelnienie granicy z Rosją. Wydaje się, że Ukraina samodzielnie nie będzie w stanie tego zrobić, dlatego też wspólnota międzynarodowa będzie musiała wkrótce rozważyć możliwość wysłania do wschodnich obwodów sił stabilizacyjnych.

Mogą działać one wyłącznie pod egidą ONZ, gdyż tylko takie rozwiązanie daje szanse na ewentualną zgodę ze strony Rosji. Pojawiające się pomysły o możliwości wysłania kontyngentu NATO są szkodliwe: pozwala to Putinowi oskarżać NATO o chęć eskalacji konfliktu i stwarzanie bezpośredniego zagrożenia dla Rosji. Putin już zapowiedział, że wobec wzrostu aktywności sił zachodnich w regionie, Moskwa będzie musiała również wzmocnić swój potencjał militarno-obronny. Spodziewając się zapewne podobnych reakcji, Obama stwierdził, że nie przewiduje zwiększenia przez USA pomocy wojskowej i zaangażowania militarnego na Ukrainie. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że takie działania są podejmowane, choć wobec ich skuteczności, nie powinny być nagłaśniane.

 

Sytuacja graniczna

Jak więc funkcjonuje granica ukraińsko-rosyjska, skoro przez kilka miesięcy bez żadnej kontroli przerzucani są przez nią z Rosji ludzie i sprzęt wojskowy? Odpowiedź jest bardzo prosta: jej de facto nie ma. Formalnie jest nią granica między republikami sprzed rozpadu ZSRR, jednak jej demarkacja nie została nigdy przeprowadzona. Rozmowy w tej sprawie trwały kilkanaście lat i specjalna umowa podpisana została dopiero w maju 2010 roku, jednak jej wyznaczenia w terenie nie dokonano. Oznacza to, że nie istnieje na niej znana z polskich granic wschodnich infrastruktura graniczna oddzielająca od siebie dwa państwa i uniemożliwiająca swobodny dostęp.

Oczywiście, służby obu państw patrolowały i kontrolowały te odcinki, starając się uniemożliwiać nielegalne przekraczanie granicy. Zajęcie przez separatystów obwodów łuhańskiego i donieckiego oznaczało więc także przejęcie kontroli na części granicy przez ich oddziały, wskutek czego kilkanaście przejść granicznych w regionie działań zbrojnych zostało zamkniętych. Nie należy również zapominać, że część służb granicznych wypowiedziało lojalność władzom w Kijowie i opowiedziało się po stronie separatystów. Zgodnie z komunikatem Państwowej Służby Granicznej Ukrainy, 18 lipca w dalszym ciągu nie funkcjonowało 13 z 30 oficjalnych przejść w obu obwodach.

W komentarzu udzielonym „Nowej Europie Wschodniej" Wołodymyr Horbacz, ekspert z Instytutu Współpracy Euroatlantyckiej w Kijowie, potwierdza, że z punktu widzenia skuteczności prowadzonej przez Ukrainę operacji antyterrorystycznej, kluczowe jest zamknięcie granicy. Analityk dodaje, że wówczas siły ukraińskie w krótkim czasie będą w stanie wygrać ten konflikt i doprowadzić do uspokojenia sytuacji na wschodzie kraju. „Ukraina samodzielnie nie jest w stanie wymóc na Rosji wstrzymania dostaw i odstąpienia od popierania separatystów. Dlatego potrzebna jest solidarność międzynarodowa i twarde naciski na prezydenta Putina" – twierdzi Horbacz.

I choć podjęcie takich kroków w pierwszych dniach po katastrofie lotniczej deklarowali przywódcy świata zachodniego, to gdy kilka miesięcy temu Rosja anektowała Krym, również słyszeliśmy podobne oświadczenia. Wówczas bardzo szybko zaakceptowano złamanie podstawowych zasad prawa międzynarodowego i nową rzeczywistość geopolityczną w regionie. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem europejscy przywódcy wyciągną wnioski i zmienią swoją politykę, wprowadzając deklaracje w życie. Takie kroki nie będą co prawda gwarantowały szybkiego ustabilizowania sytuacji na Ukrainie, bez nich jednak konflikt może nadal eskalować i mieć niewyobrażalne skutki dla bezpieczeństwa międzynarodowego.

 

Dr Piotr Bajor jest wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.


Polecamy inne artykuły autora: Piotr Bajor
Powrót
Najnowsze

Nikt nie chce być barbarzyńcą

19.09.2019
Kamil Całus
Czytaj dalej

Wrocław: Od Republiki Weimarskiej do II Wojny Światowej

19.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Rola intelektualistów w Europie zanika

16.09.2019
Drago Jančar Nikodem Szczygłowski
Czytaj dalej

Lublin: Giedroyć, Osadczuk i stosunki polsko-ukraińskie

14.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Pomóż ratować Zamek w Wojnowicach

10.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Szaleństwo, głupota czy metoda

10.09.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu