Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kłamstwo pomaga

Wielu Europejczyków ma problemy z uznaniem Ukrainy za suwerenny europejski kraj, z własną kulturą, językiem i historią. Znana austriacka dziennikarka przyznała, że – choć przykro jej o tym mówić – dla niej Ukraina nie jest niezależnym państwem.

Rosja prowadzi na Ukrainie wojnę hybrydową – z udziałem najemników i broni ciężkiej, artylerii, czołgów i rakiet. Europa Zachodnia długo się temu biernie przyglądała, bezradna i niezdecydowana, jak zareagować na destabilizowanie suwerennego państwa. Unia Europejska miesiącami występowała z protestami przeciwko brutalnej ekspansji militarnej prezydenta Rosji Władimira Putina, która, zapoczątkowana okupacją Krymu, rozlała się podsycanymi przez Moskwę konfliktami na wschodnioukraińskie regiony Łuhańska i Doniecka, by ostatecznie doprowadzić do otwartej wojny, której końca nie widać.

 

Sztuczny twór

Nawet w obliczu splotu tych wydarzeń Bruksela długo nie zdecydowała się na radykalną zmianę polityki wobec Moskwy. Wręcz przeciwnie: zachodni politycy dokładali starań, by nie prowokować cara na Kremlu, zgodnie z dewizą: „Nie drażnij niedźwiedzia!". Do zmiany kursu doszło po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu pasażerskiego (na obszarze działań zbrojnych nad wschodnią Ukrainą) prawdopodobnie rakietą dostarczoną przez Rosję. Większość z prawie trzystu ofiar tej katastrofy stanowili Holendrzy. Dopiero w obliczu tej tragedii, dotąd ledwo dostrzegalna w Europie Zachodniej wojna dotarła do powszechnej świadomości.

Ostatecznie zarówno Stany Zjednoczone, jak i Unia Europejska zmieniły ton i nałożyły na Rosję odczuwalne sankcje. Jednak i w tym przypadku trudno jest mówić o zastosowaniu wszelkich możliwych form nacisku. Pomimo zaostrzenia kursu, w Niemczech, Austrii, a także i w innych krajach zachodnioeuropejskich wciąż słychać głosy nawołujące do niezbaczania z drogi dialogu z Rosją. Na zmianę postaw nie wpłynął fakt, że w minionych tygodniach i miesiącach można było się przekonać, że ten pojednawczy ton nic nie wnosi. Wręcz przeciwnie: umacnia Putina w przekonaniu, że ze strony pasywnego Zachodu nic mu nie grozi, a zatem nadal może bezkarnie wzniecać pożar na Ukrainie. A wszystko to w imię realizacji podstawowego celu: pogrążenia tego kraju w chaosie, by możliwa była jego kolonizacja i włączenie do rosyjskiej strefy wpływów. Jeśli nie uda się przyłączyć całej Ukrainy do Eurazji czy też Wielkiej Rosji, to może przynajmniej wschodnie regiony tego kraju, które w swojej nowomowie Putin już nazywa „Nową Rosją".

Czym wytłumaczyć fakt, że Europa Zachodnia na niemalże otwarte działania zbrojne Moskwy reagowała z dystansem, jeśli nie wręcz tchórzliwie? Dlaczego Zachód tak długo zwlekał, by spojrzeć prawdzie w oczy i nazwać propagandę Moskwy po imieniu: potokiem kłamstw? Czyżby powtarzane w kółko kłamstwa miały stać się prawdą? Jak to możliwe, że wielu zachodnich Europejczyków niespecjalnie przejmuje się losem Ukrainy i – niemal bez wahania – wystawia ją na agresywny imperializm Moskwy? Po pierwsze, wielu zachodnich Europejczyków ma problemy z uznaniem Ukrainy za suwerenny europejski kraj, z własną kulturą, językiem i historią. Podajmy przykład: w dyskusji o sytuacji nad Dnieprem znana

austriacka dziennikarka przyznała, że – choć przykro jej o tym mówić – to dla niej Ukraina nie jest niezależnym państwem. To twór polityczny, który – w przeciwieństwie do takich państw europejskich jak Polska czy Rosja – nie ma wyraźnej tożsamości czy własnej historii. Jakże ton tej wypowiedzi przypomina putinowską propagandę głoszącą, że Ukraina nie jest realnie istniejącym państwem. Wspomniana tu doświadczona dziennikarka podkreśliła przy tym, że nie żywi urazy do Ukrainy ani nie odczuwa sympatii dla Putina. A za to jest znawczynią problematyki Europy Wschodniej – długo pracowała tam jako korespondentka. Zapewne podobnie myśli nie tylko wielu Austriaków, ale i innych zachodnich Europejczyków, dla których kraj nad Dnieprem leży po prostu za daleko. Często pojawia się też pytanie, czy język ukraiński istnieje, czy jest on raczej rosyjskim dialektem, zawłaszczonym przez nacjonalistów i okrzykniętym językiem narodowym?

 

Żonglerka

Te dywagacje na temat języka ukraińskiego są echem wypowiedzi rosyjskiego nacjonalisty Władimira Żyrinowskiego, który zaprzeczając istnieniu języka ukraińskiego, argumentuje w stylu: stworzyli, na spółkę z Polakami, „język polsko-rosyjski", który nagle stał się ukraińskim.

Rosyjska propaganda zręcznie żongluje zachodnią niewiedzą na temat Ukrainy – tą żenującą mieszanką arogancji z ignorancją. Co więcej, ignorancja ta dostarcza paliwa rosyjskiej propagandzie. Przykładem niech będzie chociażby sfingowany przez Rosjan wizerunek faszystów, którzy rzekomo doszli do władzy w Kijowie, co miało skłonić Moskwę do wystąpienia w obronie rosyjskich mieszkańców Ukrainy. Wyobrażenie ukraińskich faszystów, czatujących na bezbronnych Rosjan, do dziś funkcjonuje w głowach wielu mieszkańców Zachodu. Niedawno przekonałem się o tym na własnej skórze, podczas dyskusji o Ukrainie w Bremie. I tam proputinowska falanga, dla której każde słowo rosyjskiej propagandy jest prawdą absolutną, była wyraźna. Ziarno nieufności wobec Ukrainy ciągle trafi a na Zachodzie na podatny grunt. W Austrii może to wynikać z faktu, że faszystów, neonazistów czy antysemitów chętnie widzi się wszędzie, byleby z dala od naszego cudownego kraju, w którym nikt nie chce mieć z nimi nic wspólnego.

Jest jeszcze inny, równie ważny powód zwłoki Zachodu w udzieleniu pomocy Ukrainie. Gdy Putin w czerwcu bieżącego roku odwiedził Wiedeń, ceremonialnie rozwinięto przed nim czerwony dywan, a politycy ze świecznika śpieszyli, by uścisnąć dłoń cara. Blasku zacnego gościa nie przyćmił nawet fakt, że na krótko przed wizytą Rosja anektowała Krym i podsyciła krwawy konflikt na wschodzie Ukrainy. Tymczasem prezydent Austrii chwalił „stosunki austriacko-rosyjskie" i opowiadał się przeciwko sankcjom, na których i tak „nikt nie skorzysta".

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Kluczowym słowem jest bowiem „korzyść". O korzyści właśnie chodzi, gdy w krajach zachodnich – nawet po zestrzeleniu boeinga MH-17 – w trakcie dyskusji nad zaostrzeniem sankcji wobec Rosji ze wszystkich stron płyną alarmujące apele o rozwagę i dialog. Bo sankcje szkodzą interesom. Dlatego Ukraina może liczyć na nominalne czy znikome wsparcie ze strony Zachodu. Nie chcemy narażać na szwank naszych stosunków z potężną Moskwą, bo potrzebujemy jej gospodarczo. Jako głównego eksportera gazu, jako ważny rynek zbytu. A nowi Rosjanie są u nas mile widziani – ci przyjeżdżający do nas na urlop, ci robiący u nas zakupy i wreszcie ci, którzy deponują pieniądze w naszych bankach i kupują u nas wille, działki czy udziały w przedsiębiorstwach. Ci bogaci Rosjanie to nasi przyjaciele. Nie mija się z prawdą stwierdzenie, że zachodni politycy oraz przedstawiciele świata gospodarki często po prostu wolą spuszczać klapki na oczy niż zobaczyć prawdę. Lepiej nie widzieć, że Rosja dokonała aktu agresji na Ukrainę wbrew prawu międzynarodowemu i do dziś prowadzi tam zakamuflowaną, ale coraz krwawszą wojnę.

Kłamstwo pomaga. Z nieokrzesanym agresorem, łowcą przygód, który ot tak wydaje rozkaz napaści na pokojowo nastawionego sąsiada, nie można bowiem robić interesów – to byłoby niemoralne. Trzeba ten kraj jakoś „choćby w myślach" ucywilizować. Rosja stanowi ogromny rynek zbytu. Dlatego relatywizuje się agresję, umniejsza jej wagę. Kolejna zagrywka w stylu propagandy rosyjskiej: agresor nie jest agresorem, lecz odpowiedzialnym mężem stanu. Rosja nie nasłała swoich wojsk ani nie dostarczała broni separatystom, a jeśli nawet, to ma to jakieś uzasadnienie. Tak twierdzi sam Putin: on tylko jest orędownikiem i strażnikiem świętych rosyjskich wartości. Chroni rodaków na Krymie i na wschodzie Ukrainy przed atakiem faszystów ukraińskich. Zresztą, jak argumentują zachodni przeciwnicy sankcji wobec Rosji, strona ukraińska wcale nie jest lepsza. I ona łamie prawa człowieka i prowadzi haniebną wojnę. Dlatego powinniśmy zachować dystans. A poza tym – to i tak nie nasza sprawa.

W taki oto sposób Putin nadal może uchodzić za honorowego człowieka, nawet jeśli nie jest „demokratą bez skazy" – ta opinia byłego kanclerza Niemiec pojawia się zwłaszcza na ustach europejskich ekstremistów. Zarówno tych prawicowych, jak i lewicowych, za których przywódcę można dziś uznać właśnie Putina. Niemniej jednak rosyjski przywódca nadal uchodzi on za przewidywalnego męża stanu. Co więcej, jest przywódcą imperium i kiedy raczy odwiedzić tak mały kraj, jakim jest Austria, wita się go z pompą, owacjami na stojąco. Jestem pewny, że ukraiński prezydent nie może liczyć na podobne owacje, czy to w Wiedniu, czy w jakimkolwiek innym państwie. Bo on nie może zaoferować żadnych lukratywnych kontraktów. Ten rachunek jest prosty. I choć wszystko to gorzko brzmi, to jest to główny powód, dla którego Europa Zachodnia haniebnie zostawiła Ukrainę na pastwę losu.

 

Przełożyła Magdalena Szaniawska-Schwabe

 

Martin Pollack jest austriackim pisarzem, tłumaczem, autorem między innymi książki Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu.

 

 

 


Powrót
Najnowsze

Paradoksy pracy tłumacza

20.09.2017
Aneta Kamińska, Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu