Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
To zdarzyło się naprawdę
2014-11-14
Anna Tatarska, Andriej Zwiagincew

Z Andriejem Zwiagincewem, reżyserem filmu Lewiatan, rozmawia Anna Tatarska.

 

ANNA TATARSKA: Inspiracją dla Pana najnowszego filmu, Lewiatana, była historia, która wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych. To dość niezwykłe, bo na pierwszy rzut oka film zdaje się dotyczyć typowo lokalnych problemów.

ANDRIEJ ZWIAGINCEW: To dzieło przypadku. Jakiś czas temu, bodajże w 2008 roku, udzielałem wywiadu przy którym towarzyszył mi tłumacz – właśnie od niego dowiedziałem się o historii sprzed kilku lat. W 2004 roku drobny przedsiębiorca z Kolorado [chodzi o niejakiego Marvina Heemeyera – przyp. red.] spierał się z lokalnym ratuszem. Władze uchwaliły plan, który uniemożliwiał dojazd do jego zakładu. Nie mogąc ich przekonać do swoich racji zdecydował się na radykalny krok – przy pomocy własnoręcznie ulepszonego, opancerzonego buldożera w akcie protestu przeciwko biurokracji zrównał z ziemią kilkanaście miejskich budynków. Mimo, że pojazd był uzbrojony, mężczyzna używał broni tylko w celach obronnych – jego celem nie było zabijanie ludzi. Kiedy dopełnił aktu destrukcji, popełnił samobójstwo. Na początku chciałem odtworzyć tę historię w konwencji mockumentu: zatrudnić amerykańskich aktorów i nakręcić ją w USA. Wkrótce jednak stało się dla mnie jasne, że nie muszę trzymać się amerykańskiego kontekstu, bo to uniwersalna opowieść. Do wątków, które się w niej przewijają, można odnieść się bez względu na to, gdzie się żyje. Bezprawie, niesprawiedliwość, podeptane poczucie godności – to historia o tym, co od lat przydarza się ludziom.

 

Punkt wyjścia to jedno – Pan zdecydował się jednak ująć historię w bardzo specyficzny sposób, odwołać się do literackich i biblijnych inspiracji. Dlaczego?

Prędko odkryliśmy narrację, która idealnie pasowała do fabuły – naszą bazą stała się biblijna przypowieść o Hiobie. Potem trafiłem jeszcze na książkę Heinricha von Kleista Michael Kohlhaas. Było w niej właściwie wszystko, co chcieliśmy powiedzieć. Jestem zadowolony, że byłem tak ambitny i już na początku postanowiłem nazwać film Lewiatan, bo mniej więcej rok później natknąłem się książkę Thomasa Hobbesa pod tym samym tytułem. Filozof mówi w niej o mitologicznym stworze, pomyślanym jako mechanizm opresji dla ludzi. To co napisał Hobbes, idealnie pasowało do mojej historii, do naszej koncepcji filmu. Poskładanie tych inspiracji w jedną całość i dostosowanie do rosyjskich realiów było formalnością. Nie trzeba być ekspertem, żeby zdawać sobie sprawę jak bardzo podatnym gruntem dla historii o niesprawiedliwości, nierówności, bezprawiu jest Rosja.

 

Czy sądzi Pan, że niedawny konflikt ukraiński w jakikolwiek sposób zmienia recepcję filmu?

Akcja Lewiatana toczy się jeszcze przed konfliktem, w 2011 roku. Tematy, które poruszamy, były jednak dla ludzi równie jasne wtedy, co dziś; mieli przykłady, stale płynące z telewizji, gazet, internetu. Kleist napisał swoją książkę w 1810 roku, sięga ona do czasów reformacji, Marcina Lutra, ale nigdy się ona nie zdezaktualizuje. Takie historie wciąż się powtarzają, zmieniają się tylko elementy – my w Lewiatanie dodajemy te charakterystyczne dla dzisiejszych czasów, w ten sposób sygnalizujemy widzowi, że ogląda współczesną historię. W moim filmie nie ma wydarzeń wymyślonych – ręczę, że wszystko, co dzieje się na ekranie, miało miejsce naprawdę.

 

Umieścił Pan swoich bohaterów w gąszczu interpersonalnych relacji. W pewnym sensie obserwujemy losy miłosnego trójkąta.

Pierwowzór głównego bohatera, Koli, to prorok Hiob, który stracił rodzinę. Z dramaturgicznego punktu widzenia byłoby jednak dziwne uczynić Kolę samotnym mężczyzną. Dlatego stworzyliśmy dodatkową linię narracyjną, opowiadającą o jego partnerce Lili oraz synu Romie, dla którego Lila jest macochą. Zależało nam, żeby stworzyć napięcie, poza tym nie chcieliśmy zbyt dokładnie wyjaśniać detali pozwu, który składa Kola. Zdecydowaliśmy się więc wprowadzić postać jego znajomego, prawnika Dymitra, którego sama obecność i sytuacje, w jakich się pojawia, objaśniają te kwestie i naświetlają sprawę.

 

W Pana pierwszym filmie, Powrocie, natura odgrywa bardzo ważną role: jest tajemnicza, stanowi źródło mistycznej siły. Mam wrażenie, że w Lewiatanie przyroda również ma taką funkcję.

Fascynuje mnie kontrast: majestat boskiego dzieła i chwiejna, nieustabilizowana ludzkość; niedoskonałość interpersonalnych relacji i moc natury – w tym przypadku Ocean; wieczne i tymczasowe. To idealne tło.

 

To tło daje relacji bohaterów pierwotność, czystość. Gdyby mieszkali w mieście, ocena tego miłosnego trójkąta mogłaby być całkiem inna.

Być może. Początki ich relacji są całkiem zwyczajne, nie ma w nich nic romantycznego, skupiamy się na codzienności. Nawet fizyczna intymność Lilii i Dymitra rodzi się po raz pierwszy w jakimś obskurnym, rozpadającym się pokoju, w zapomnianej przez świat miejscowości. A jaki kontekst daje tej scenie i innym natura – to już Pani perspektywa.

 

Ocenia Pan polityków, z którymi ściera się Kola, ale nie ocenia Pan działań swoich bohaterów. Lila zdradzając męża niszczy harmonię ich domu, ale mimo tego nie jest przedstawiona jako postać negatywna.

Ona postrzega siebie jako egzotycznego, rzadkiego ptaka na tle innych kobiet: Paszy, Andżeli, przyjaciółek Koli. Wydaje się jej, że jest ponad nimi, a także ponad ludźmi w fabryce przetwórstwa rybnego, gdzie pracuje; ma poczucie, że to nie jest miejsce dla niej, że zasługuje na coś lepszego. W tym sensie jest dumna i najprawdopodobniej dlatego w jej życiu pojawi się Dymitr. Szczerość i skala jej uczuć do Koli w pewnym sensie nie ma tu znaczenia. Zbliżenie Lilii z innym mężczyzną wpływa nie tylko na nią i Kolę: także jej relacja z chłopcem, Romą staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Ona zdaje sobie sprawę, że połączenie tych okruchów, które nieopatrznie rozsypała, będzie bardzo, bardzo trudne – jeśli w ogóle możliwe.

 

Dlaczego zdecydował się Pan na ponowną pracę z Jeleną Liadową, która obsadzona została jako Lila: była to poetyczna, wschodnia wariacja na temat figury femme fatale?

Kiedy pracowaliśmy przy Elenie, Jelena miała rolę drugoplanową, na planie spędziła zaledwie kilka dni. Już wtedy czułem jednak, że jako aktorka ma ogromny dramatyczny potencjał i chciałem zaoferować jej kiedyś większą rolę. Podczas pracy nie planowałem przeformułować czegokolwiek, nie kreuję bohaterki jako femme fatale, aby potem wywrócić ten konstrukt do góry nogami. Maluję tylko pewien obraz. To ważny składnik mojej pracy, który nie pochodzi z głowy, a z serca: czynnik irracjonalny, rodzaj popędu. Robię, co mogę, a inni ludzie dodają do tego słowa i wrażenia. Tak jak krytycy filmowi.

 

Skoro mówimy o reakcjach: scena strzelanie do portretów radzieckich i rosyjskich przywódców wzbudza u światowej publiczności entuzjazm, ale i dziwi. Ludzie są zaskoczeni, że pokazuje Pan coś takiego, bo spodziewają się, iż w Rosji artyści nie mają pełnej swobody. Czy Pan jest ograniczany?

Spodziewaliśmy się, że niektórzy mogą uznać ten fragment za zabawny, ale nie przewidzieliśmy, jak bardzo. Zdaje się, że przez wielu widzów ta scena została odebrana jako najważniejsza w filmie – szczególnie zagraniczna publiczność reaguje na nią emocjonalnie.

Wróćmy do kwestii artystycznej wolności. W czasach ZSSR istniała systemowa relacja miedzy władzą i artystą – wszystkie środki finansowe pochodziły od rządu, dlatego oficjele uważali, że mogą narzucić artyście cokolwiek, co wydaje im się zasadne. Istniał biurokratyczny mechanizm zajmujący się nadzorowaniem filmowców. Urzędnicy, przyglądający się pracy reżysera i udzielający mu konkretnych wskazówek mogli odrzucić scenariusz jeszcze na etapie pracy nad tekstem, a reżyser wiedział, że sprzeciwiając się ich opinii naraża cały projekt. W czasach ZSSR było wiele „półkowników" – filmów, których twórcom sugerowano liczne poprawki oraz które lądowały w magazynie, często nigdy nie doczekując się dystrybucji.

Dziś taka sytuacja jest absolutnie niemożliwa. Jedyna cenzura jaka istnieje to autocenzura. Jeśli autor boi się wyzwań, sam wymyśla problemy, ewentualne kontrowersje – wtedy rzeczywiście może nie być w stanie zrealizować swojej wizji. Ja nie odczuwam presji ze strony producenta, kontrakt gwarantuje mi akceptację montażu, tak zwany final cut. Poza tym można spokojnie robić film bez współfinansowania ze strony państwa. Może Pani oczywiście mieć swoje zdanie i uważać, że maluję sielankowy obraz, żeby nie popsuć Pani opinii o rosyjskiej kinematografii. Mówiąc szczerze: nigdy, w całej swojej karierze nie musiałem wyciąć, zmienić, ani dodać niczego do tworzonej przeze mnie filmowej tkanki, żeby kogoś zadowolić.

 

Lewiatan jest melancholijny, ale są w nim też elementy humorystyczne. Wszyscy stale porównują Pana do Andrieja Tarkowskiego – może humor to sposób by przestali?

Tarkowski, mój Boże... Humor o którym Pani mówi to wypadkowa pozostałych działań. Nie miałem zamiaru robić komedii. Ta historia jest prawdziwa, nic do niej nie „doklejaliśmy" na siłę. Nawet dialogi, które słychać w filmie oparte są dokładnie na tym, co usłyszeliśmy, na prawdziwym życiu w Rosji. Może dlatego mają typowo rosyjski element autoironii.

 

Wspomniał Pan o typowo rosyjskiej autoironii. Wielu krytyków zarzuca Panu właśnie jej brak.

Kręcę tragedie, nie komedie. Interesują mnie tylko wielkie słowa, wielkie idee. Tragedia sama w sobie jest autoironiczna. Uważam, że Lewiatan jest tego dowodem.

 

Andriej Zwiagincew jest rosyjskim reżyserem, autorem m.in. Powrotu, Wygnania, Eleny oraz wchodzącego właśnie do kin Lewiatana.

Lewiatan na ekrany kin wchodzi w dniu dzisiejszym. Dystrybutorem filmu jest Against Gravity, „Nowa Europa Wschodnia" objęła produkcję patronem medialnym.

Polecamy również recenzję filmu autorstwa Jadwigi Rogoży: Lewiatan: przeciw nam czy w nas?

 


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu