Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
W zjednoczeniu silni, wobec Europy zdystansowani
2015-01-06
Vladimir Karapetjan, Bartłomiej Krzysztan

BARTŁOMIEJ KRZYSZTAN: Co dziś konstytuuje armeńską politykę?

VLADIMIR KARAPETJAN: Armeński Kongres Narodowy (partia pierwszego prezydenta Lewona Ter-Petrosjana, której Karapetjan jest członkiem – B.K.), od samego początku swojego działania, podkreśla wagę jedności Armenii i Górskiego Karabachu. Dla każdego, kto uczestniczy aktywnie w armeńskiej polityce, konflikt ten jest najistotniejszym czynnikiem wpływającym na rozwój procesów politycznych w kraju. Przypomnę, że do roku 1994 w Górskim Karabachu toczyła się regularna wojna, w której zwycięstwo nad Azerbejdżanem odniosły siły górskokarabaskie. W rezultacie wyzwolona została ich ziemia, ale także siedem byłych rejonów pogranicznych Azerbejdżanu. To strona azerbejdżańska była agresorem, w związku z czym, uważamy te ziemie za rekompensatę, którą muszą zapłacić za atak. Po zawieszeniu broni rozpoczęła się pierwsza runda rozmów pokojowych. Dokumenty, które wówczas powstały miały spore znaczenie dla rozwoju sytuacji w polityce wewnętrznej Armenii. Przykładem ich wagi, może być przewrótw roku 1998, kiedy prezydent Ter-Petrosjan został zmuszony do rezygnacji z urzędu (Głównymi autorami „zamachu" byli późniejsi prezydenci Armenii, Robert Koczarjan i Serż Sarkisjan, oraz późniejszy premier Wazgen Sarkisjan – B.K.). Wówczas pretekstem do przeprowadzania zmiany była polityka Ter-Petrosjana wobec Górskiego Karabachu. Byliśmy bliscy podpisania dokumentu, który mógłby definitywnie zakończyć konflikt, byłby znacznie korzystniejszy niż Zasady Madryckie. Po podpisaniu przez Armenię i Azerbejdżan został on jednak odrzucony przez Republikę Górskiego Karabachu. Po fiasku rozmów Ter-Petrosjan zmuszony został do rezygnacji. Ten przykład wyraźnie wskazuje, jak głęboka jest rola konfliktu w wewnętrznej polityce kraju.

 

Kolejnym istotnym elementem wpływającym na rozwój Armenii jest blokada ekonomiczna i polityczna ze strony Azerbejdżanu, która została zaostrzona po objęciu fotela prezydenckiego przez Ilhama Alijewa. W latach dziewięćdziesiątych blokada również sprawiała Armenii wiele trudności, jednak nie obserwowaliśmy wówczas wspólnych antyarmeńskich inicjatyw „dwóch państw jednego narodu", jak nazywamy tu Turcję i Armenię. Od mniej więcej dziesięciu lat prowadzą one wspólną politykę, która drastycznie wpływa na sytuację Armenii, znacząco obniżając możliwości rozwoju. Przykładowo, pretekstem uniemożliwiającym Ankarze podpisanie porozumień z Zurychu o nawiązaniu relacji z Erywaniem, jest „brak rozwoju procesu pokojowego w konflikcie o Górski Karabach".

 

Blokada i konflikt ograniczają nie tylko wzrost gospodarczy, ale też rozwój procedur demokratycznych w Armenii – argumenty te używane są do szantaży politycznych bądź jako karty przetargowe.

Wszystko jest w rękach rządzących. Sam prezydent Serż Sarkisjan podkreśla, że opozycja nie powinna atakować rządu, kiedy trwamy w stanie „ni to wojny, ni to pokoju". Jeśli jednak istniałoby wśród rządzących szczere pragnienie wprowadzenia Armenii na proeuropejską, demokratyczną ścieżkę rozwoju, Górski Karabach nie byłby żadną przeszkodą. Tymczasem konflikt jest dobrym pretekstem do utrzymania władzy i łamania praw człowieka – ludzie giną, są ranieni podczas protestów, aresztuje się działaczy opozycji: już ponad 100 członków Armeńskiego Kongresu Narodowego zostało skazanych na wyroki do trzech lat pozbawienia wolności.

 

Gruzja boryka się z dwoma konfliktami podobnymi do górskokarabaskiego, a mimo to nigdy nie słyszałem z ust tamtejszych przywódców, że opozycja nie powinna dopominać się o demokrację, gdyż istnieją nierozwiązane spory w Abchazji i Południowej Osetii. Gruzińskie elity doskonale rozumieją, że bez demokracji prowadzenie negocjacji pokojowych jest niemożliwe. Niemożliwy jest też proeuropejski rozwój. Oczywiście administracja Micheila Saakaszwilego nie była w pełni demokratyczna, jednak w Gruzji panowała wolność mediów i słowa.

 

A jaki jest stosunek ugrupowania Lewona Ter-Petrosjana do ścieżki proeuropejskiej?

Jesteśmy nieco sceptyczni. Wynika to z reakcji instytucji europejskich na wydarzenia z 1 marca 2008 roku. W Armenii doszło wówczas do protestów przeciwko rezultatom wyborów prezydenckich, które wygrała obecna głowa państwa. W wyniku interwencji sił prorządowych przeciw pokojowej demonstracji zginęło dziesięcioro protestujących, a ponad 200 zostało rannych. Nie wywołało to nawet częściowo reakcji UE i Rady Europy podobnej do tej, jaką wywołał kryzys ukraiński. Gdyby Europa zareagowała choćby w 10 procentach tak aktywnie, nie mielibyśmy dziś takiej sytuacji politycznej w Armenii. Potrafi Pan sobie to wyobrazić? Dziesiątki tysięcy ludzi codziennie maszerowały po Erywaniu, zbierały się na placach, kiedy na dworze było minus 15-20 stopni. I żadnej reakcji z Zachodu. Nikt nie powiedział Koczarjanowi, że nie powinien używać siły. Zamknęli oczy i czekali na przyjście Sarkisjana.

 

Sarkisjan podobnie jak Janukowycz z dnia na dzień poinformował o rezygnacji z umowy stowarzyszeniowej. Czemu więc w 2013 roku w Armenii nie powstał ruch analogiczny do Majdanu?

Po pierwsze, w Armenii poparcie dla integracji z UE wcale nie jest dziś duże. Po drugie, negocjacje sprowadzały się tylko do ich formalnego prowadzenia, nie wdrażano reform. Po trzecie, Armenia ma bardzo złe doświadczenia związane z brakiem reakcji UE na wydarzenia z 2008 roku. Obawiano się, że w Erywaniu nie będzie tak jak w Kijowie: na Majdanie każdego dnia pojawiał się któryś z unijnych polityków, każdego dnia UE wyrażała poparcie dla opozycji, ostrzegając Janukowycza przed użyciem siły, przyjeżdżali Amerykańscy politycy.

 

Mówił Pan o wyborach prezydenckich 2008 roku – a czy wybory 2013 roku coś zmieniły?

Wiele. Wcześniej ANK był jedyną partią, która otwarcie przeciwstawiała się obozowi rządzącemu – teraz mamy już co najmniej cztery takie ugrupowania: poza nami są to jeszcze Dziedzictwo Raffiego Howanisjana, Kwitnąca Armenia Gagika Tsarukjana i Dasznakcutjun. Od ponad roku działamy wspólnie, głosując w parlamencie przeciw wszystkim postanowieniom i rezolucjom partii władzy. Piątej opozycyjnej sile, partii Rządy Prawa Artura Baghdasarjana, nie jesteśmy gotowi w pełni zaufać. To ugrupowanie poparło władzę podczas protestów 2008 roku.

 

Powiedział Pan, że systematycznie głosujecie przeciwko wszystkim przedsięwzięciom rządu. Pojawia się jednak wiele głosów mówiących, że parlamentarna opozycja w Armenii jest istotnym składnikiem niedemokratycznego reżimu, marionetką partii władzy. Istnieje również opozycja pozaparlamentarna, która uważa się za jedyną prawdziwą opozycję.

To nieaktualne twierdzenie – taka sytuacja miała miejsce do wyborów parlamentarnych 2012 roku. AKN był wówczas poza parlamentem, jako najsilniejsza opcja opozycyjna. W Zgromadzeniu Narodowym zasiadała natomiast słaba opozycja, która w większości popierała skorumpowany reżim.

 

Sytuacja się jednak zmieniła. W wyniku sfałszowanych wyborów parlamentarnych 2012 roku tylko siedmiu przedstawicieli Kongresu zasiada w parlamencie, jednak w efekcie zawiązania koalicji pięćdziesięciu trzech posłów stanowi teraz silną, realną opozycję parlamentarną. Czasem wspiera nas jeszcze pięciu posłów Dasznaktucjun. Wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie. Bycie w konstruktywnej opozycji nie oznacza całkowitego odrzucania decyzji rządowych. Przedstawiciele wszystkich czterech partii odwiedzają na przykład żołnierzy stacjonujących na granicy razem z ministrem obrony. Jest to nasza inicjatywa, która ma podkreślić jedność władz i opozycji ws. konfliktu.

 

Co może się wydarzyć, jeśli władze sfałszują wyniki kolejnych wyborów? Społeczeństwo obywatelskie Armenii jest gotowe przeciwstawić się naruszeniom?

Dziś to mało prawdopodobne abyśmy wygrali wybory – głównie dlatego, że nie mamy dostępu do mediów. Kolejną kwestią jest wsparcie w regionach, z Partii Republikańskiej wywodzi się około 90 procent lokalnych władz. Dziś w Armenii zachodzi proces podobny do tego, który obserwowaliśmy w Gruzji parę lat temu – tak jak Bidzina Iwaniszwili wcześniej, tak i my dziś zmierzamy do zjednoczenia partii, które dawniej blisko ze sobą nie współpracowały. Celem jest obalenie obecnego porządku. Współpracujemy harmonijnie, z dystansem traktując tylko Dasznaków. Problem z Dasznaktucjun jest taki, że to partia oportunistyczna, która zbliża się bardziej do nas, gdy się umacniamy, a do rządu, gdy słabniemy.

 

Jakie są oczekiwania zjednoczonej opozycji?

Prawdopodobnie nie podoba się Panu ten czarno-biały obraz, który przedstawiam. Z perspektywy Europy polityka powinna być budowana na negocjacjach, koalicjach i przetargach. Znowu użyję analogii do sytuacji Gruzji. Gdyby w 2011 roku Iwaniszwili nie przedstawił czarno-białej wizji, Saakaszwili pozostałby u władzy, co nie przyniosłoby Gruzji niczego dobrego. W Armenii jest tak samo, a obecna elita osłabia mój kraj. Żyjemy w słabym państwie, którego prezydent nie jest postrzegany jako poważny partner przez nikogo w Europie. W samej Armenii prezydencka Partia Republikańska jest jednak niezwykle silna, ma władzę na wszystkich poziomach.

 

Sytuacja w moim kraju jest trudna. Ter-Petrosjan w zeszłym roku rozmawiał z komisarzem Stefanem Füle, a ten otwarcie stwierdził, że prezydent Sarkisjan jest kryminalistą, który zbudował skorumpowany, oligarchiczny system, w którym dwudziestu biznesmenów jest w posiadaniu całej armeńskiej gospodarki. Sarkisjan doprowadził do sytuacji, w której każdego roku Armenia traci do 3 procent populacji.

 

Po ustąpieniu premiera na wiosnę przygotowaliśmy wspólne protesty, które potwierdziły, że potrafimy dobrze współdziałać. To nowa jakość w polityce armeńskiej. Wyborcy muszą czuć, że jesteśmy silni. Nikt, nawet będąc głęboko przekonanym do prezentowanej przez nas wizji, nie zagłosuje za słabym blokiem. Musimy być silni i zjednoczeni.

 

 

Vladimir Karapetjan jest ormiańskim politykiem, członkiem Armeńskiego Kongresu Narodowego i doradcą Lewona Ter-Petrosjana.


Polecamy inne artykuły autora: Bartłomiej Krzysztan
Powrót
Najnowsze

Donald Trump – osamotniony dyplomata

21.09.2019
Adam Reichardt Ivo Daalder
Czytaj dalej

Nikt nie chce być barbarzyńcą

19.09.2019
Kamil Całus
Czytaj dalej

Wrocław: Od Republiki Weimarskiej do II Wojny Światowej

19.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Rola intelektualistów w Europie zanika

16.09.2019
Drago Jančar Nikodem Szczygłowski
Czytaj dalej

Lublin: Giedroyć, Osadczuk i stosunki polsko-ukraińskie

14.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Pomóż ratować Zamek w Wojnowicach

10.09.2019
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu