Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Piotr Pogorzelski

Blog wyraża prywatne opinie Piotra Pogorzelskiego, niezależne od jego pracy dziennikarza Polskiego Radia. 

Dżuma, cholera albo grypa
2015-02-11

Dziś w Mińsku mają się odbyć kolejne rozmowy pokojowe poświęcone Ukrainie. Wydaje się, że najwięcej, co mogą przynieść to bardzo wątły kompromis ponieważ oczekiwania różnych stron tego rodzaju spotkań są różne.

 

Unia Europejska, czyli Francja i Niemcy: pokój niemal za każdą cenę

Europejscy politycy boją się wojny na szeroką skalę i eskalacji konfliktu po ewentualnych dostawach broni dla Ukraińców ze Stanów Zjednoczonych. Między innymi, taka potencjalna możliwość stała się bodźcem do rozpoczęcia rozmów w zeszłym tygodniu przez Angelę Merkel i Francois Hollande'a. Po sukcesach ukraińskich wojsk latem tego roku, Rosjanie wprowadzili w sierpniu swoje siły i zwycięstwa Ukraińców dość szybko się skończyły. Oznacza to, że każde zaostrzenie działań zbrojnych ze strony ukraińskiej będzie oznaczała silniejszą odpowiedź Moskwy. Europa tego nie chce. Celem zachodnich polityków jest pokój niemal za wszelką cenę. Może jedyną ceną, której nie chcą zapłacić jest zmiana granic w Europie ponieważ następne mogą być Łotwa, Estonia, czy Litwa, a tu już trzeba będzie działać, a nie wyrażać „deep concerny". Generalnie wydaje się, że Zachód chętnie poszedłby na wiele ustępstw żeby mieć wreszcie spokój z Ukrainą. Najlepszym rozwiązaniem dla zachodnich polityków byłoby pozostawienie Zagłębia Donieckiego (ZD) w składzie Ukrainy z ewentualnymi dużymi pełnomocnictwami i autonomią posunięta aż do tego, co nazywa się „bośnizacją" tego kraju. Jeżeli by to nastąpiło, UE miałaby spokój z Ukrainą na wiele lat ponieważ wschód paraliżowałby każdy ruch na zachód władz w Kijowie. W gruncie rzeczy byłoby to na rękę wielu krajom unijnym, które wolałyby mieć Ukrainę z głowy. Można by też zapomnieć o członkostwie tego kraju, czy nawet zbliżeniem z NATO.

 

Władimir Putin: autonomia, federalizacja, rozpad

Niepodległe, czy quasi-niepodległe Zagłębie Donieckie nie jest Władimirowi Putinowi potrzebne. Będzie to kolejny worek bez dna, w który trzeba będzie wrzucać pieniądze. Ukraińcy dużo piszą, że wojna w Zagłębiu jest mu potrzebna jako straszak dla Europy i element nacisku na zachodnie stolice. Moim zdaniem, chodzi raczej o element nacisku na Kijów i pozostawienie za wszelką cenę Ukrainy w rosyjskiej orbicie wpływów. To o czym pisałem wyżej jest idealnym rozwiązaniem dla Rosji: autonomia ZD w ramach Ukrainy z zagwarantowanym wpływem na politykę zagraniczną Kijowa i przedstawicielstwem we władzach centralnych. Co prawda nie wyobrażam sobie przywódców samozwańczych republik Ołeksandra Zacharczenkę i Ihora Płotnickiego biorących udział w posiedzeniach rząd, czy w ogóle przyjeżdżających do ukraińskiej stolicy. Ci ludzie mają na rękach krew tysięcy Ukraińców. Z drugiej strony prezydent Petro Poroszenko mógłby wtedy mówić, że udało mu się zachować integralność terytorialną Ukrainy. Jednak szef państwa chyba zdaje sobie sprawę, że wpuszcza wtedy do swoich gabinetów rosyjskiego „konia trojańskiego", choć może lepiej powiedzieć „osła", który będzie hamował każdą reformę i każdy ruch na zachód, aby tylko Ukraina jako państwo nie odniosła żadnego sukcesu, nie mówiąc już o integracji z europejskimi strukturami.

 

Ukraina: zamrożenie konfliktu

 Mimo propagandowej wersji Kijowa o dążeniu do wyzwolenia Zagłębia Donieckiego, wydaje się, że dla Ukrainy najwygodniejszym rozwiązaniem byłoby w obecnym momencie zamrożenie konfliktu. Takie Naddniestrze Bis. Jeżeli chcą, niech mieszkańcy Zagłębia Donieckiego żyją sobie w ZSRR Bis, Rosja niech je finansuje. Wpuszczanie konia trojańskiego w postaci autonomii, czy szerokich praw, nie daj Boże z wpływem na politykę zagraniczną jest po prostu zdradą stanu. Jak zwrócił mi kiedyś uwagę doniecki (właściwie obecnie już kijowski) blogger, a teraz dziennikarz „Ukraińskiego Tyżnia" Denys Kazanski, konsensus na Ukrainie polegał na tym, że przez ponad 20 lat reszta kraju zgadzała się, aby żyć zgodnie z zasadami wyznawanymi przez wschód kraju z fasadową niepodległością i jej atrybutami. Po rewolucji godności, to się miało skończyć. ZD wspierane przez Rosję na to się nie zgadzało. Autonomia tego regionu w składzie Ukrainy oznaczałaby de facto zdradę ideałów rewolucji, w czasie której zginęło ponad sto osób. Maksimum na co mogą zgodzić się władze w Kijowie to lokalne wybory w ZD na podstawie ukraińskiego prawa.

Jeżeli Ukrainie udałoby się utworzyć na wschodzie Naddniestrze Bis dałoby to czas na modernizację armii i zajęcie się wreszcie reformami (nie będzie wykrętów w stylu: bo przecież jest wojna), a nie populizmem – obecnie debata polityczne skupia się, między innymi, na likwidacji immunitetu deputowanych, co jest co najmniej drugorzędnym zadaniem. Ci którzy wróciliby z frontu na pewno chętnie zadbaliby o to, aby władze wzięły się do roboty, a nie ją markowały. Mieszkańcy ZD mieliby okazję za to zobaczyć, jak to jest żyć w „niepodległym" państwie w regionie, który w ich przekonaniu karmił całą Ukrainę. Sądzę, że dość szybko separatyści straciliby poparcie. Bojówkarze straciliby swój główny atut – możliwość przekonywania adeptów Noworosji, że wszystkie ich tragedie wynikają z tego, że Ukraińcy atakują ZD. Warto tutaj zauważyć, co już wielokrotnie podkreślałem w różnych publikacjach, że w przekonaniu mieszkańców wschodu Ukrainy wojna nie przyszła do nich wraz z uzbrojonymi po zęby przez Rosjan separatystami, a dopiero w momencie gdy ukraińska armia przeszła do ofensywy. Nienawiść do władz w Kijowie jest tak duża, że trudno sobie wyobrazić, aby uznali teraz oni Ukrainę za swoje państwo. Taka sytuacja jest, oczywiście na mniejszą skalę, nawet na terytoriach przyfrontowych, jak Mariupol, Słowiańsk, czy Kramatorsk.

Zagrożenia w przypadku utworzenia quasi-niepodległych republik są dwa: Moskwa będzie zwiększać swoją obecność wojskową w ZD oraz będzie starała się destabilizować sytuację w Kijowie. Jednak i teraz i tak to robi. W zeszłym tygodniu w ukraińskiej stolicy doszło do pseudomanifestacji niby członków batalionów ochotniczych, którzy mieli protestować przeciwko polityce prezydenta Petra Poroszenki. Protest (jak i jego zapowiedzi) został nagłośniony jedynie przez rosyjskie media, które informowały wręcz o szturmie Administracji Prezydenta. Jeżeli czyta się moskiewskie strony internetowe, czy ogląda tamtejszą telewizję, można dojść do wniosku, że ukraińskie władze są o krok od upadku, a w mieście odbywają się ciągle protesty. Tak samo Rosjanie podgrzewają w mniejszych miastach pikiety przeciwko mobilizacji. Właśnie na tym będzie zapewne polegać Rosyjska wiosna 2.0. Poprzednia z hasłami separatystycznymi zakończyła się kompletną porażką – zamiast Noworosji mamy dwa quasi-państewka, które Ukraińcy złośliwie określają mianem Donbabwe i Ługandy. Teraz Rosjanie stawiają na destabilizację związaną z coraz gorszą sytuacją ekonomiczną Ukrainy: wojna, spadek wartości hrywny, masowe podwyżki usług i towarów. Dla Moskwy każdy chaos jest dobry, a jeżeli Petro Poroszenko zgodzi się na zamrożenie konfliktu, do Kijowa zjadą przedstawiciele batalionów ochotniczych, którzy raczej nie będą się zastanawiać, komu jest potrzebna krew na ulicach ukraińskiej stolicy. To może być bodźcem do prawdziwych zmian, które sprawią, że Ukraina zmieni się na lepsze, choć w takim stopniu, jak Gruzja.

 

Spośród wszystkich uczestników dzisiejszych rozmów w Mińsku, prezydent Petro Poroszenko jest zatem w najgorszej sytuacji. Musi wybrać między dżumą, cholerą albo grypą. Ja bym wybrał to ostatnie.

 


Powrót
Najnowsze

Litewski kalejdoskop

21.08.2017
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Skandal „rakietowy”?

18.08.2017
Paweł Kost Mychajło Samus
Czytaj dalej

Dlaczego Europa nie rozumie Rosji?

15.08.2017
Michael Romancev
Czytaj dalej

Wykopcie i zlikwidujcie ten polski, szpiegowski brud

11.08.2017
Andrzej Nowak Ireneusz Dańko
Czytaj dalej

Nie z pozycji siły

10.08.2017
Aleksander Radczenko
Czytaj dalej

Petersburg. Miasto Snu

09.08.2017
Joanna Czeczott
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu