Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Piotr Kępiński

Piotr Kępiński – poeta, krytyk literacki, eseista, juror Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej - Silesius. Pracował m.in. w „Czasie Kultury”, „Newsweeku”, „Dzienniku”. Współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”. Mieszka w Rzymie.

Schody donikąd. Fotografie Vytautasa Balcytisa
2015-04-21
Piotr Kępiński

 

 

W 1989 roku kupiłem w Wilnie pocztówkę - dosyć dziwną, nawet jak na tamte czasy, bo fantastycznie wydrukowaną, mroczą, niezwyczajnie skadrowaną, utrzymaną w mrocznej tonacji. Widać na niej wieżę Zamku Giedymina, kilka drzew i stok, po którym na wzgórze wdrapują się dzieci. Biel i sepia wypełniały cały kadr. Całość robiła wrażenie niewinnej zabawy na chwilę przed apokalipsą. 

Oprawiłem i powiesiłem na ścianie. Potem to zdjęcie jeździło ze mną wszędzie tam gdzie mieszkałem. O Wilnie na wiele lat zapomniałem. 

Kilka lat temu oglądając album zdjęć Vytautasa Balcytisa ( Apostrofa, Vilnius, 2006) zauważyłem, że ów półmrok wypełniający moją pocztówkę, wertykalność kompozycji i próba zaburzenia porządku świata poprzez kolory, które zwiastują niechybny koniec świata, to wypisz wymaluj Balcytis. Z ciekawości zdjąłem oprawioną pocztówkę i zajrzałem na drugą stronę zdjęcia. Tak. Przez przypadek na ulicy Uniwersyteckiej kupiłem zdjęcie wydrukowane w nakładzie kilkudziesięciu egzemplarzy będące oryginalnym kadrem Balcytisa, którego dzisiaj nie sposób znaleźć w żadnych katalogach. A które mogłoby być jego znakiem firmowym, podobnie jak fotografie zamieszczone we wspominanym albumie. 

Bo prawie wszystkie zdjęcia Balcytisa to gra z osią świata, która na jego pracach raz idzie strzeliście w górę, innym razem chyli się ku upadkowi. Obok stojących prosto słupów telegraficznych mogą pojawić się przekrzywione drewniane i stare latarnie. Na metaforycznym zdjęciu z roku 1987 (Versuliskies) widzimy szpaler ukrytych w porannej albo wieczornej mgle słupów a na pierwszym planie niejako „podpiera" je metalowa nowoczesna konstrukcja. Świat nie został do końca skonstruowany? Ktoś o czymś zapomniał? Jak na innym zdjęciu przedstawiającym schody pnące się do góry, które stoją w szczerym polu: brak tu jednak najważniejszej części, a mianowicie domu na który zapewne nie wystarczyło już pieniędzy. Schody pną się zatem donikąd, a może do nieba. 

Balcytis uwielbia sytuować obok siebie części materialnej rzeczywistości, które kompletnie do siebie nie przystają. Na znakomitym zdjęciu przedstawiającym kościół karmelitów w Kownie, zobaczyć można przede wszystkim morze rozjechanego przez ciężarówki błota, na którym za jakiś czas powstanie prawdopodobnie koszmarne sowieckie osiedle, które przysłoni dawny krajobraz; dzisiaj już totalnie zdewastowany i z roku na rok pozbawiany tożsamości. 

A i to co nowe, albo prawie nowe, na przykład wileńską wieżę telewizyjną zestawia Balcytis z krzywymi słupami, które mają podkreślać tymczasowość tej kompozycji. Zaraz prawdopodobnie zniknie ów stary słup, który przypomina trochę starą litewską kapliczkę, w której rzecz jasna nie ma już Chrystusa.

Bo krajobraz Balcystisa to świat przenicowany i naznaczony smutkiem. Na tych fotografiach nie zobaczymy ludzi. Czasami migną nam tylko czapki i szare twarze. Jak na kadrze z autobusu, wykonanym prawdopodobnie w okolicach ulicy Sodu, na którym widać napis „ceburekai". Mam wrażenie, że ów napis w tym samym miejscu widnieje do dzisiaj, niemniej jednak pewien nie jestem. 

Ludzie są odwróceni. Nie patrzą w obiektyw. Unikają go ewentualnie Balcytis unika ich. W każdym razie w pokoju, na zdjęciu z 1982 roku, widzimy radziecki telewizor, ustawiony oczywiście na lekko przekrzywionym stoliku. Kwiaty, które wieńczą kompozycję sprawiają wrażenie martwej korony na martwym ciele. Tutaj nie padną żadne słowa. Wszystko zostało powiedziane. Ludzie są martwi podobnie jak i rzeczy, które stoją w ich martwych domach. 

Zresztą te domy, też trzymają się na cienkich nitkach. Na prawie każdej fotografii Balcytisa widzimy chylące się ku upadkowi stare kamienice, nowe ie trzymające pionu budynki. Żadnych zabytków. żadnego piękna. 

Domy, drzewa, ławki nie czekają na nikogo w tym świecie. Są żywe i martwe jednocześnie. Jak ludzie. Ta antropomorfizacja zastosowana przez Balcytisa ma jeden cel: pokazać ciągłość upodlonego świata. Ludzie odeszli albo musieli odejść a przedmioty do ludzi przyzwyczajone zaczynają za nich odprawiać pewne rytuały. 

Naturalnie, przedmioty jak to przedmioty nigdy „doskonałymi" ludźmi nie będą, dlatego te nowe rytuały trochę drewniane i przekrzywione. 

A nad wszystkim, jeszcze w roku 1990 czuwa pochylona, jakby schodząca w otchłań ręka Lenina z placu Łukiskiego. Balcytis wykonał to zdjęcie wieczorem. Pod pomnikiem wodza rewolucji skupiła się wielka kula odbitego światła słonecznego. Ale w tym przypadku oznacza ona tylko i wyłącznie zmierzch wielkości a nie jutrzenkę, albowiem świat mroku wypiera z tego kadru czerwony optymizm. To ostatni podryg szczęścia, jak na zdjęciu rozpadającej się fabryki, na którym widnieje napisane kulfonami hasło „szczast'ie". 

A wszystkie te fotografie powstały w mieście, które zostało doskonale zarchiwizowane przez Jana Bułhaka na którego fotografiach również nie ma tłumów; oglądając jego fotogramy nie zorientujemy się przecież jakie nacje przedwojenne Wilno zamieszkiwały: nie ma Rosjan, Polaków ani Żydów. Są dekoracje. Ale są to dekoracje w które wpisana jest harmonia świata. Bułhak prawdopodobnie ma przeczucia (w końcu towarzyszą mu przepowiednie apokaliptyczne Miłosza), że to ostatnie drgnienia i łabędzi śpiew baroku, niewykluczone że dlatego tak intensywnie dokumentuje ów świat, w który wpisany jest ciągle harmonia. 

Linie miasta są łagodne, słońce nie opala ulic, tylko je oświetla, szarość przenika delikatne światło. Na tych fotografiach nic się pali tylko tli. Ogień przyjdzie później. A po ogniu nadejdzie świat Balcytisa. I w tym sensie, zdaje się on być kontynuatorem stylistyki Bułhaka, który fotografuje czasami te same przecież ulice pozbawione jednak jakiejkolwiek jednak nadziei. Ze świata Bułhaka ucieczka jest możliwa. Granice jego fotogramów nie są zamknięte. Świat nie został ograniczony blaszanymi budami, szpetnymi parkanami i drutem kolczastym, jak to się dzieje na zdjęciach Balcytisa. Oglądającego nie poraża pustka wyzierająca z codziennego życia, nieobca także Algirdasowi Seskusowi, który poświęcił jej znakomity album „Archives. Pohulianka" (Vilnius, 2010). Jednak ów „brak" z którym mamy do czynienia na fotogramach Seskusa ma nieco inne znaczenie. Seskus wyraźniej odnosi się do tradycji, on celowo wybiera sobie Pohulankę na miejsce rozważań o współczesnym Wilnie i  nie ucieka od historii; nawiązując do karnawałowego charakteru dzielnicy i ulicy, trzymając się pozostałych po dawnych czasach domów wchodzi do nich, by rejestrować zmiany. ‚Akcja" jego zdjęcie dzieje się w latach 1975-1983. Karnawał? Wolne żarty? On wyparował z tego miejsca już dawno temu. To co widzimy u Seskusa to libacje i samobójstwa, odarte ściany i rozdartych ludzi leżących pokotem w miejscach, które jeszcze nie tak dawno temu pełne były elegancji i kultury. Z przeszłości niewiele pozostało. Może tylko nostalgia, której u Balcytisa prawie w ogóle nie zauważymy, bo ten artysta pokazuje tylko to co jest nie wnikając w niuanse kulturowo-historyczne. Czasami ale bardzo rzadko zobaczymy coś co można nazwać symbolem dawnej epoki. Poza tym u Balcytisa króluje nagi codzienny kadr. Widzimy miasto, tak jak widzą je zwyczajni ludzie, nie zadający sobie codziennie nazbyt skomplikowanych pytań. Jest jak jest.

W parku Vingis patrzymy na niemiłosiernie długą ławkę, która wchodzi w kadr i z niego wychodzi. Nikt na niej nie siedzi. Zresztą, po co? Po to, żeby niczego nie zobaczyć. Ale my, patrzący na fotografię Balcytisa również nie jesteśmy w stanie rozszyfrować tych niewidocznych ludzi, którzy poruszają się po Wilnie po omacku, jakby z obawą, że zostaną zauważeni a z tego tylko kłopoty. 

Ludzie, którzy rzadko pojawiali się na zdjęciach Bułhaka, odeszli, zostali wywiezieni, zamordowani. Na ich miejsce przyjechali niewidoczni, bez bagażu, weszli do zdewastowanych mieszkań, nie zamontowali luster i zostali w stuporze do teraz. 

Pewna znajoma opowiadała mi jak to po roku 1992 starała się o duże mieszkanie przy ulicy Pilies, w którym od lat pięćdziesiątych pomieszkiwały przywiezione ze Związku Sowieckiego rodziny. Komunałka, czyli stare mieszkanie (do kogo należące przed wojną?) podzielone na kilka albo nawet kilkanaście mniejszych. W każdym pokoju po rodzinie. - A nich stare meble, działające czasami kominki i wszędzie rzeczy, stare cuchnące ciuchy zwisające smutno z krzeseł i zdemolowanych łóżek - tak opisywała ów krajobraz wewnętrzny, który doskonale uchwycili zarówno Seskus jak i Balcytis. 

Ich fotografie mogłyby znakomicie ilustrować opisy leningradzkiej komunałki autorstwa Josifa Brodskiego ze słynnego eseju „Półtora pokoju": „Półtora pokoju (jeśli takie określenie znaczy cokolwiek po angielsku), które zamieszkiwaliśmy we troje, wyłożone było parkietem i moja matka stanowczo sprzeciwiała się, by mężczyźni z jej rodziny, a szczególnie ja, chodzili po domu w skarpetkach. Nalegała, byśmy zawsze nosili buty lub kapcie. Strofując mnie, powoływała się na stary rosyjski przesąd. Powiadała, że to zły omen i sprowadza śmierć w rodzinie".

W wileńskich domach panują, z kolei, zupełnie inne zwyczaje. Otóż, buty trzeba zdjąć. Ile razy, już nie pamiętam, było mi niewiarygodnie wręcz głupio przed gospodarzami, którzy milcząco zachęcając do bucianego striptizu widzieli potem, że zignorowawszy kompletnie ich wzrokowy przekaz siedzę przy stole nieprzyzwoicie odziany w zamszowe obuwie. Ale inaczej postępować nie mogłem. Facet w skarpetach, to brzmi trochę niepoważnie, zwłaszcza w obcym domu. Buty to zbroja, przecież. 

Pytałem znajomych, czy za czasów sowieckich było podobnie? czy buty również trzeba było zdejmować? Większość odpowiadała twierdząco. 

Kto wie? Może dlatego właśnie na zdjęciach Balcytisa nie zobaczymy żadnych śladów ludzkiej stopy. Ani na ziemi ani na podłodze. Tak jakby „niewidomi", bohaterzy jego fotograficznej opowieści albo rozpłynęli się w powietrzu albo lewitowali nad ziemią w oczekiwaniu lepszych czasów, w których będą mogli odważniej pokazać się światu, w których pozostawienie po sobie małej pamiątki nie będzie grzechem i przestępstwem. 

Na razie ziemia jest dla nich obca. 

 



Powrót
Najnowsze

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Co łączy Birmę i rosyjski Kaukaz?

05.09.2017
Julia Wiszniewska
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu