Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Ojciec całe życie chciał tam dotrzeć
2015-05-04
Małgorzata Nocuń, Izabella Sariusz-Skąpska, Michał Gwiżdż

Z Izabellą Sariusz-Skąpską, prezes Federacji Rodzin Katyńskich, rozmawiają Małgorzata Nocuń i Michał Gwiżdż.

 

Rozmowa pochodzi z numeru 3-4/2015 NEW: co jeszcze prezentujemy w numerze?

 

NOWA EUROPA WSCHODNIA: Nosi Pani imię swojej babci – żony Bolesława Skąpskiego, prokuratora zamordowanego w Katyniu. Czy Pani ojciec, Andrzej Sariusz-Skąpski, widział w tym ważny gest?

IZABELLA SARIUSZ-SKĄPSKA: Tak, Tata nadał mi imię „Izabella" po swojej mamie – to była jedna z ważniejszych decyzji w jego życiu. Tymczasem dla mnie imię to okazało się trudnym dziedzictwem. Towarzyszyło mi w życiu przekonanie, że mam w sobie wiele z babci – to było błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, na grobowcu rodzinnym widnieje tablica „Izabella Skąpska, żyła trzydzieści trzy lata". Jako młoda dziewczyna powtarzałam życiorys mojej babci w wielu aspektach, chciałam przekroczyć tę „magiczną" granicę trzydziestu trzech lat życia. Zresztą tablica pojawiła się na grobowcu dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia – podczas wojny jej nie zamontowano, nie było jej także po wojnie. Tata chciał bowiem, aby jego matka była upamiętniona razem z ojcem – a to w czasach PRL było niemożliwe, przez Katyń oczywiście. Po tym jak tablica została wmurowana, pewnego czerwcowego popołudnia szłam na cmentarz. Była brzydka pogoda. Stanęłam przed grobowcem, przeczytałam adnotację dotyczącą babci i pomyślałam: „no tak, kiedyś to będzie tak wyglądało".

 

Jak w Pani rodzinie mówiło się o dziadku zamordowanym w Katyniu, w jaki sposób była przechowywana i pielęgnowana pamięć o nim?

Dziś – po dwudziestu sześciu latach istnienia niepodległej Polski, kiedy skończyło studia pierwsze pokolenie ludzi urodzonych po 1989 roku, wiele rzeczy nie jest już oczywistych. Niech więc one wybrzmią. Otóż o dziadku się mówiło, choć czyniło się to jedynie w domu. To nie jest oczywiste: w rodzinach katyńskich bywało tak, że o najbliższych – ofiarach zbrodni katyńskiej – nie wspominało się nawet dzieciom. Mój Tata był wychowywany w sposób otwarty: prawda o śmierci jego ojca, a mojego dziadka była mu znana. To nawet może dziś szokować – w roku 1943 mój Tata miał zaledwie sześć lat. Sześcioletniemu dziecku powiedziano: „Ruscy zabili ci ojca". Tata zawsze to zdanie powtarzał, więc nie wyobrażam sobie, aby wypowiedziano je w innym brzmieniu. Dziś dzieci się chroni, nie mówi się im o złu, odwleka chwilę, kiedy padnie słowo „śmierć".

Także i mnie historia dziadka była znana. Tata nie czekał na jakiś moment, by mnie w nią wprowadzić. O dziadku się rozmawiało – to był pewnego rodzaju rytuał, powtarzał się w okolicach świąt. Ojciec wtenczas wyciągał dokumenty rodzinne i przeglądał je. Podczas którychś świąt stałam się uczestnikiem tego rytuału.

Na tę garstkę dokumentów składa się między innymi list od dziadka z Kozielska, który dotarł do Krakowa w listopadzie 1939 roku. To był jedyny sygnał – po 17 września 1939 roku, czyli od dnia aresztowania – że dziadek żyje. Babcia i dziadek we wrześniu 1939 roku rozstali się już na zawsze, dziadek wręczył babci obrączkę i rodowy sygnet i powiedział: „uciekaj do Krakowa". Działo się to w Dubnie, daleko od domu. Młoda kobieta z dwuletnim synkiem tułała się sześć tygodni, zanim dotarła do rodzinnego domu. Wśród dokumentów są także kartki, które babcia przesyłała na adres kozielskiego łagru. Kartki wracały od wiosny 1940 roku z adnotacją: „adresat nieznany". Wśród dokumentów znajdowało się także „wyjaśnienie" historii dziadka, czyli numer „Gońca Krakowskiego", gdzie 3 czerwca 1943 roku pojawiła się adnotacja, że wśród ofiar mordu znaleziono ciało Bolesława Skąpskiego w dole śmierci, w lesie katyńskim.

Historia ta nie była więc historią abstrakcyjną, jakie czasem opowiada się dziecku o dziadku czy babci. Ta historia była udokumentowana – Ojciec pokazywał mi te chronione przez lata dokumenty.

Mój Ojciec zupełnie nie przypominał dziadka. Dziadek był podobny do swoich braci. A Tata odziedziczył urodę po matce – babci Izie. Twarz dziadka – znaną mi ze zdjęć – rozpoznawałam w braciach dziadka.

Opowieści o dziadku towarzyszyła opowieść o babci Izie. Babcia nie przeżyła wojny – w październiku 1942 roku nie wiedziała, że umiera jako wdowa. Ojciec wyszedł z wojny jako sierota. Wychowali go dziadkowie – moi pradziadkowie, w tym krakowskim domu, w którym teraz rozmawiamy.

 

Kto powiedział Pani Ojcu o zabójstwie Bolesława Skąpskiego w Katyniu?

Ojciec wychowywał się tu, w Krakowie. Podczas okupacji ukazywały się hitlerowskie gazety, „gadzinówki", których się nie kupowało. Wszystko zmieniło się po 13 kwietnia 1943 roku, kiedy Niemcy ujawnili Katyń, a w gazetach zaczęto publikować listę ofiar. Taką scenę, kiedy krakowianie czytają nazwiska opublikowane w „Gońcu Krakowskim", znamy z filmu Andrzeja Wajdy Katyń. Zresztą reżyser mieszkał parę ulic dalej i też zapamiętał tę chwilę, na pewno dokładniej – jest od mojego Ojca nieco starszy. Wajda nazwiska swojego ojca nie znalazł w „Gońcu", ponieważ Jakub Wajda został zamordowany w Charkowie.

 

Zredagowała Pani i opatrzyła wstępem książkę Haliny Birenbaum – Każdy odzyskany dzień. Birenbaum jest pisarką ocalałą z Holokaustu. Uhonorowaną nagrodą Człowiek Pojednania w 2001 roku. Jak Pani rozumie pojednanie polsko-rosyjskie?

W kontekście twórczości Halinki Birenbaum pojednanie między narodem niemieckim a narodami, które w czasie II wojny światowej ucierpiały ze strony hitlerowców, ma inny charakter. Pojednanie rozpoczyna się od aktu przyznania się do winy. Potem ma miejsce skrucha i próba zadośćuczynienia. Nigdy nie jest tak, że cały naród bije się w piersi i w równym stopniu przyznaje się do winy. Niemcy także w różny sposób reagowali i nadal reagują na dyskusję o ich odpowiedzialności za zbrodnie hitleryzmu.

W przypadku pojednania polsko-rosyjskiego musimy pamiętać, że nie mówimy jedynie o pojednaniu między dwoma narodami – polskim i rosyjskim. We władzach Komitetu Centralnego KPZR byli Ukraińcy, Gruzini, Ormianie i przedstawiciele innych narodowości. Symbolicznie pojednanie nazywa się polsko-rosyjskim, ponieważ Rosja uczyniła się spadkobierczynią ZSRR.

Aby mogło dokonać się pojednanie, muszą istnieć dwie strony dialogu, po stronie rosyjskiej musi się także odbyć proces dochodzenia do prawdy. Tymczasem Rosjanie mają problem z własną pamięcią. Pamięć o GUŁagu – wyjąwszy krótki okres początku lat dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia – nie jest kultywowana. Naród rosyjski nie chce przyznać się do odpowiedzialności za totalitaryzm radziecki, a pamiętajmy, że stalinizm był czymś w rodzaju wojny domowej, która pochłonęła setki tysięcy ofiar – przede wszystkim obywateli radzieckich. Jeśli naród rosyjski nie chce się przyznać, że „my mordowaliśmy swoich", to trudno oczekiwać, by uczynił kolejny krok i przyznał się do winy za śmierć obywateli Europy Wschodniej i Środkowej.

W książce, którą obecnie redaguję – zapiski Lidii Czukowskiej o Annie Achmatowej – pojawia się kontekst XX, a potem XXII zjazdu KPZR. Czukowska – z całą naiwnością, przedziwną jak na człowieka żyjącego w ZSRR – mówi: „to teraz powinni wszystkich, którzy siedzieli w łagrach, zrehabilitować", na co Achmatowa się śmieje i odpowiada: „przecież milionom zależy na tym, aby to utrzymać w tajemnicy. Miliony siedziały w łagrach, ale miliony ich pilnowały".

Po stronie polskiej dialog z Rosją mogą prowadzić Polacy, którzy dobrze znają historię Europy Wschodniej. Nie żyją naiwną wiarą „w przyjaciół Moskali" ani resentymentami – odliczając kolejne tysiące czy miliony ofiar, ani nie karmią się stereotypami. A po tamtej stronie? Ludzie, z którymi rozmawiamy, to są ludzie klasy działaczy Memoriału. Mówienie o nich w kategoriach procentu byłoby dużym optymizmem. Mówimy o promilach społeczeństwa rosyjskiego. W tamtych realiach są oni mniejszością – funkcjonują w społeczeństwie, które się ze zbrodni nie rozliczyło.

 

Czy pojednanie polsko-rosyjskie będzie więc kiedykolwiek możliwe?

To pojednanie jest możliwe między ludźmi. Między naukowcami, którzy zajmują się historią i przecierają nam ścieżki.

Działania Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, które skończyły się publikacją grubego tomu Białe plamy – czarne plamy, wydawały się ważnym krokiem w dobrym kierunku. Niestety, od kilku lat działanie grupy jest niemożliwe. Bowiem tam, gdzie historia spotyka się z polityką, dialog jest zablokowany.

Pojednanie na płaszczyźnie historycznej jest możliwe – wypracować powinna je poważna dyskusja, prowadzona przez profesjonalnych historyków, oparta na badaniach archiwów, także z uwzględnieniem teczek z adnotacją „sowierszenno siekrietno".

 

Czy Polska powinna wciąż oczekiwać przeprosin za Katyń? O wybaczenie prosił Polaków prezydent Borys Jelcyn. Część katyńskich dokumentów oddał Michaił Gorbaczow, część Jelcyn.

Najważniejsze są oryginały dokumentów, które wciąż znajdują się w archiwach rosyjskich. W Polsce dysponujemy tylko częścią kopii. Słowo „przepraszamy" padło, nawet wielokrotnie. W przypadku Jelcyna słowo to było „poparte" dużą porcją dokumentów. Gdyby nie rok 1990 i 1991, kiedy zostały przekazane odpowiednio przez Gorbaczowa i Jelcyna dwie transze dokumentów, Zbrodnia Katyńska byłaby wciąż tajemniczym wydarzeniem w naszych dziejach. Wiedzielibyśmy na jej temat tyle, ile przekazali nam Niemcy w 1943 roku. Te dwie partie dokumentów i gesty, które towarzyszyły ich przekazaniu, to było właściwe „przepraszam".

Oddano nam listy wywozowe, poznaliśmy część lokalizacji miejsc straceń i pochówku szczątków; dokumenty dotyczyły nie tylko Kozielska i Katynia, ale też Starobielska i Charkowa, Ostaszkowa i Miednoje, potem do tego doszła Bykownia, czyli „lista ukraińska".

Słowo „przepraszam" jest czymś pustym, jeśli nie stoją za nim fakty – czyli w naszym przypadku wszystkie dokumenty. Czekamy na dane z „listy białoruskiej".

7 kwietnia 2010 roku byłam świadkiem, jak w Katyniu ukląkł rosyjski premier – dzisiejszy prezydent Rosji, Władimir Putin. Dla nas – była tam garstka Rodzin Katyńskich – był to historyczny gest, który powinien trafi ć do podręczników, bowiem po raz pierwszy urzędujący premier Rosji przyjechał do Katynia i stanął obok nas. Do tej pory wszystkie uroczystości katyńskie odbywały się z udziałem prezydentów i premierów Polski, natomiast ze strony rosyjskiej uczestniczyli w nich pośredni urzędnicy na przykład z Ministerstwa Kultury. Niestety, wszystko to obróciło się wniwecz, dziś gesty Putina niewiele znaczą.

 

A jak Pani odbierała reakcję rosyjskiego społeczeństwa na 10 kwietnia 2010 roku? W katastrofie smoleńskiej zginął Pani Ojciec.

Najpierw znałam ją z przekazów medialnych i relacji moich bliskich, którzy pojechali do Moskwy. Reakcja Rosjan była ludzka, dobra, spokojna. Moja pierwsza podróż do Smoleńska – po katastrofie – przypadła na czerwiec 2010 roku. Przyjechaliśmy maleńką grupą – najbliższej rodziny. Na miejscu katastrofy staliśmy przy głazie, towarzyszyła nam ówczesna pani konsul w Smoleńsku. Zorientowaliśmy się, że nieopodal stoi grupa ludzi. To byli mieszkańcy Smoleńska – w większości kobiety: starsze, młodsze. Był z nimi diakon, przyszli się pomodlić, czekali, aż odejdziemy. Ci ludzie z tak wielkim szacunkiem nam się kłaniali – nikt nie odważył się podejść bliżej. Kiedy odeszliśmy, stanęli przy kamieniu: modlili się, śpiewali. I podobna sytuacja miała miejsce, gdy stamtąd pojechaliśmy do Katynia.

Elementem polskich cmentarzy wojennych są dzwony – w przypadku Katynia, Charkowa i Miednoje są to dzwony podziemne, umieszczone poniżej poziomu ziemi: one biją umarłym. Zwyczajem Rodzin Katyńskich – nawet jeśli nie odbywają się tam uroczystości i jesteśmy prywatnie – jest uderzanie w dzwon. Efekt jest niezwykły: dźwięk jest głęboki, niesie się daleko. Pokazywałam krewnym, jak dzwon się uruchamia – jego głos się rozniósł. Natychmiast pojawili się ochroniarze i powiedzieli, że „zakłócam spokój". I w tym momencie zobaczyłam, że z lasu wychodzą ludzie – to była sobota, mieszkańcy Smoleńska przyjeżdżają do lasu katyńskiego odpocząć… Dla nich to także jest miejsce pamięci o mordzie, ale anonimowe – ich groby to nadal tylko doły śmierci, nie mają tabliczek. Rosjanie nagrywali dźwięk dzwonu na komórki, pytali: „Co takiego się dzieje?". Stanęli obok nas.

 

Czy próbowała Pani kiedykolwiek porozmawiać z tymi Rosjanami?

W Katyniu, podczas uroczystości kameralnych, jest szansa na rozmowę z urzędnikami rosyjskimi. Nieraz zdarzało mi się – w przeszłości, już nie teraz – że ktoś z Rosjan wyznał: „ja wiem, że w tym lesie leży mój stryj". W takim wyznaniu brzmi rodzaj pretensji, która de facto jest pretensją ich samych do nich samych: „Przychodzimy na wasz cmentarz, macie tabliczki imienne, a popatrzcie, jak wygląda nasza część?".

Szacuje się, że w Katyniu może spoczywać nawet pięćdziesiąt tysięcy ludzi, zamordowanych w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Podobnie jest w ukraińskiej Bykowni – ale tam pojawiły się już tablice z nazwiskami. Rosjanie pytają: „Gdzie są groby naszych ofiar? Gdzie są naukowcy, którzy mogliby tych zamordowanych ludzi policzyć? Gdzie są archiwa dokumentujące zbrodnie radzieckie?". 

Gdy w lipcu 2010 roku w katyńskim memoriale umieszczono listę kilkuset ofiar – Rosjan, mieszkańcy Smoleńska przychodzili tam ze łzami w oczach. Podchodzili do listy, odnajdowali nazwiska swoich bliskich. I wiedzieli, że jest to dopiero początek. Ta dysproporcja nas łączy, ale czasem także dzieli. Aleksander Gurianow, z polskiej sekcji Memoriału, w 2008 roku pokazywał mi płytę CD i mówił: „mam tu dane dwóch milionów zamordowanych". W Rosji mamy do czynienia z innym stosunkiem do jednostki i historii – to nas dzieli. To jest kwestia kulturowo-cywilizacyjna.

 

Kiedy była Pani po raz pierwszy w Katyniu?

16 października 1989 roku. Pojechaliśmy z wycieczką Orbisu – była to wtenczas jedyna możliwość załatwienia wyjazdu. Musieliśmy przy okazji zwiedzić Mińsk. Patrzyliśmy na ogromny plac Październikowy w stolicy Białorusi i wieczny ogień, pilnowany przez zziębnięte dzieci. Trzeciego dnia dotarliśmy do Katynia.

Kwiaty wieźliśmy z Krakowa – jechały trzy dni. Taka jest rodzinna tradycja – żeby kwiaty do Katynia były zawsze przywożone z Polski.

1989 rok. To był inny Katyń – przy drodze widniała informacja, że mieści się tu „Memoriał Polskim Oficerom Poległym w Katyniu". Las był otoczony parkanem – deska przy desce, mysz się nie przeciśnie. Mniej więcej pięćset metrów szło się drogą-korytarzem, ponieważ po prawej i po lewej stronie była siatka. W miejscu, gdzie są zbiorowe groby, droga się rozszerzała. W środku był pomnik i napis – adnotacja o zbrodni popełnionej w 1941 roku. Nie byliśmy pierwszą „wycieczką" z Polski, ktoś już zdążył z jedynki zrobić zero. I przeczytaliśmy: „Ofiarom faszyzmu – oficerom polskim, rozstrzelanym przez hitlerowców w 1940 roku". Absurdalność tego napisu była uderzająca. Stał krzyż prymasowski, który nadal jest w Katyniu, ale został przeniesiony w inne miejsce.

Mój Tata dzień przed wyjazdem do Katynia powiedział, że nie jedzie. „Jedź i opowiesz mi, jak było, przyjechałem tu, a przecież nie znałem swojego ojca.  Całe życie chciałem dotrzeć do tego miejsca, a teraz nie wiem, po co tu jestem. Rano ubrał się i pojechał. Znam relacje ludzi, którzy dojeżdżali do Smoleńska i nie zdobyli się na to, aby przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów i znaleźć się w lesie katyńskim.

Koncentrowałam się na opiece nad Ojcem – miałam świadomość, że jest to dla niego jeden z najtrudniejszych dni życia. Nie mieliśmy aparatu, ktoś nam zrobił zdjęcia i potem przysłał. Oglądaliśmy je i Tata powiedział: „ja tego nie pamiętam". Zdał sobie sprawę, że przez te półtorej godziny, które spędziliśmy na miejscu, jego świadomość była wyłączona.

Każdy kolejny pobyt był inny. Nie chciałam, żeby Ojciec jeździł sam do Katynia. Zdarzyło nam się parę razy jechać osobno, zawsze źle to znosiłam, wiedziałam, że Tata powinien tam mieć kogoś przy sobie. Jak się żegnaliśmy 8 kwietnia 2010 roku, dręczyło mnie to, że nie jadę z Tatą. Ale na Ojca miała czekać 10 kwietnia w katyńskim lesie moja siostra Magda – i czekała…

 

Skąd Pani ma tyle siły? Wiele rodzin nie potrafi pojechać do Katynia, do Smoleńska. Pani niejednokrotnie jechała z kimś, by „pomóc tej osobie oswoić tę przestrzeń".

Ludzie, którzy lecieli 10 kwietnia do Smoleńska, w większości odbywali podróż służbową. Po tragedii smoleńskiej część ich bliskich poleciała do Smoleńska z panią prezydentową Anną Komorowską – na miejsce tragedii, pół roku po katastrofie. Zaproponowaliśmy im wizytę w Katyniu. To było ogromne wyzwanie.

Nie lubię określenia „rodziny smoleńskie", bo sugeruje ono istnienie jakiejś więzi pomiędzy nami, a jej nie ma i być nie może. Są rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej – ci ludzie nie mogą być grupą. Nie połączyło nas wieloletnie doświadczenie ukrywania prawdy, bólu, co jednoczy Rodziny Katyńskie. My – w chwili katastrofy smoleńskiej – staliśmy się publiczną własnością. Rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej nie chcą wracać do Smoleńska. Nikt, kto stracił kogoś bliskiego w strasznych okolicznościach, nie jeździ w to miejsce. Śmierć nie jest przypisana do miejsca tak długo, jak długo ciało zmarłego człowieka tam nie spoczywa. Mój ojciec został pochowany na krakowskim cmentarzu Rakowickim, tam chodzę 10 kwietnia. Do Katynia jeżdżę, ponieważ tam jest pochowany dziadek. Większość rodzin związanych z katastrofą smoleńską uważa, że 10 kwietnia jest ich prywatną datą. Chcą być tego dnia przy grobach swoich bliskich.

 

Nie powiedziała Pani, skąd w Pani ta siła…?

Ojciec bardzo mnie wspierał. Często się kłóciliśmy – to był sposób naszego komunikowania się, teraz mi tego najbardziej brakuje: nie mam z kim się sensownie kłócić. Tata nie chciał słyszeć, że czegoś się boję.

Obchodziliśmy siedemdziesiątą piątą rocznicę Zbrodni Katyńskiej, a ja musiałam wszystkim tłumaczyć, że to nie była tylko piąta rocznica Smoleńska. Smoleńsk zawłaszczył Katyń – to zrodziło w nas, Rodzinach Katyńskich, poczucie bezradności. Synowie i córki  ofiar tragedii katyńskiej zwracają się do mnie i pytają: „Co można uczynić, żeby to zatrzymać?". Na pomnikach katyńskich, bez pytania, mocuje się „tablice smoleńskie". Boimy się, że pamięć o Katyniu będzie zanikać.

 

Czy Rosjanie mogli więcej zrobić, aby pomóc Polsce w śledztwie smoleńskim, w poznaniu przyczyn katastrofy?

Zastanawiam się, czy gdyby Rosjanie zwrócili wrak samolotu, to umilkłyby w Polsce dyskusje na temat katastrofy. Ale nie wyolbrzymiam znaczenia wraku: wszystko, co było w nim do znalezienia, zostało znalezione i zbadane. Rosjanie oczywiście toczą z nami grę: zdają sobie sprawę, że (dzięki wrakowi) mogą wpływać na nastroje i dyskusję w Polsce.

Wrak jest pewnym symbolem, ale nie powinien trafić do muzeum. Był pomysł umieszczenia go w muzeum – wyobrażam sobie wycieczki szkolne, które się przy nim fotografują. Tymczasem ja patrzę na wrak jak na grób dziewięćdziesięciu sześciu osób. Na tym wraku są wciąż krople krwi – ani deszcz, ani śnieg jej nie spłukały. Nikt nie robi sobie zdjęć przy samochodzie po wypadku, dlaczego tak miałoby być z wrakiem tupolewa? Zdaniem antropologów, cywilizacja zaczęła się od momentu, kiedy pierwotny człowiek pochował bliskiego z czcią, rytuałem. Ten wrak też powinien być „pochowany" – należy go wrzucić do pieca hutniczego i spalić. Niech się spali wszystko, co w nim jest złego.

 

Jak więc pielęgnować pamięć smoleńską?

Przede wszystkim, kiedy powstaje jakiekolwiek upamiętnienie tej tragedii, to powinno zostać wymienionych dziewięćdziesiąt sześć nazwisk. Tak jak na tablicy w warszawskiej Katedrze Polowej i na pomniku na Powązkach – imię, nazwisko i adnotacja, kim był ten człowiek. Musimy też odpowiedzieć sobie na pytanie: po co ci ludzie lecieli do Smoleńska? Smoleńsk oczywiście zawsze będzie związany z Katyniem, bowiem 10 kwietnia delegacja z Polski leciała do Smoleńska, by uczcić pamięć o Zbrodni Katyńskiej.

 

Rosjanie domagają się budowy pomnika upamiętniającego jeńców wziętych do niewoli po wojnie polsko-bolszewickiej, którzy zmarli w Polsce. Jak odbierać takie gesty Rosjan?

Te informacje nie znalazły żadnego oficjalnego potwierdzenia, natychmiast po ich opublikowaniu prostowano, że chodziło o pomnik pod Borodino… Bez względu na cel, pomniki nie mogą być przedmiotem handlu.

 

Jak Pani dziś widzi cel Federacji Rodzin Katyńskich?

Kultywowanie pamięci w Polsce, czyli lokalna działalność Rodzin, wspieranie misji Muzeum Katyńskiego oraz opieka nad wszystkimi katyńskimi cmentarzami: w Katyniu, Charkowie, Miednoje i Bykowni. I tu znów spotyka się historia z polityką: siedemdziesiąta piąta rocznica Zbrodni Katyńskiej nie odbyła się w Katyniu, tylko w Bykowni. Być może to dobrze, Bykownia długo była traktowana, jak coś osobnego, a nie cmentarz, na którym spoczywają ofiary z „ukraińskiej listy" katyńskiej.

Nazwaliśmy się Rodzinami Katyńskimi – nie od Katynia, ale od Zbrodni Katyńskiej, która była popełniona także na Ukrainie i na Białorusi – ofiary spoczęły na przykład w Bykowni pod Kijowem i w Kuropatach, uroczysku pod Mińskiem. Masowe groby znajdują się w Odessie i Chersoniu – dziś niektóre przykryte osiedlami mieszkalnymi.

Pracujemy obecnie nad nową ekspozycją w Muzeum Katyńskim i chcemy, aby nie epatowała tragedią. Eksponatami są przecież rzeczy wyciągnięte z dołów śmierci – to jedyne tego typu muzeum na świecie.

Ważne jest ustalenie nazwisk wszystkich, którym życie zabrała Zbrodnia Katyńska. Tych z „białoruskiej listy" katyńskiej. I pojawia się pytanie: czy będzie to możliwe? Czy historia znów nie splecie się z polityką?

 

Izabella Sariusz-Skąpska jest prezesem Federacji Rodzin Katyńskich (jej dziadek Bolesław Skąpski został zamordowany w Katyniu w 1940 roku). Funkcję pełni po Ojcu Andrzeju Sariusz-Skąpskim, który 10 kwietnia 2010 roku zginął w katastrofie smoleńskiej. Z wykształcenia filolog polski, publikowała między innymi w „Znaku", „Tygodniku Powszechnym". Pracuje jako redaktor.

 

 

Rozmowa pochodzi z numeru 3-4/2015 NEW: co jeszcze prezentujemy w numerze?


Powrót
Najnowsze

IPN usprawiedliwia „Burego”

18.03.2019
Krzysztof Popek Krzysztof Persak
Czytaj dalej

Nadchodzi bałkańska wiosna?

18.03.2019
Krzysztof Popek
Czytaj dalej

A po co w ogóle był ten Majdan?

18.03.2019
Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Wizyta studyjna Forum Obywatelskiego UE-Rosja

15.03.2019
NEW
Czytaj dalej

Co z tym Donbasem? Kandydaci na prezydenta Ukrainy wobec konfliktu na wschodzie kraju

15.03.2019
Krzysztof Nieczypor
Czytaj dalej

Wybory na Ukrainie. Faworyt bez programu wyborczego?

14.03.2019
Wojciech Konończuk Artur Wróblewski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu