Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Piotr Kępiński

Piotr Kępiński – poeta, krytyk literacki, eseista, juror Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej - Silesius. Pracował m.in. w „Czasie Kultury”, „Newsweeku”, „Dzienniku”. Współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”. Mieszka w Rzymie.

Dzwoni Venclova do Miłosza i rozmawiają o Ponarach
2015-05-19
Piotr Kępiński

 Drugiego sierpnia 2002 roku Tomas Venclova zadzwonił do Czesława Miłosza, który pochwalił jego, wtedy świeżo wydany przewodnik po Wilnie (rzecz ukazała się najpierw po litewsku, później także po angielsku, polsku i niemiecku i do dzisiaj można ją kupić w wileńskich księgarniach) ale polski noblista miał do niego jedną pretensję: „…nie powiedziałeś, że w Ponarach działała litewska Sauguma. Mówisz o okolicznych mieszkańcach." Venclova odpowiedział: „Było tam kilku Białorusinów i Rosjan. To prawda, że wyraziłem się niezręcznie - jakbym rzucał cień także na Polaków." Miłosz: „Nie, mnie zupełnie nie o to chodzi. Ale trzeba zaznaczyć, że nie była to akcja spontaniczna".

Tę notatkę zamieścił Venclova w książce „Powroty do Litwy" (pod redakcją Barbary Toruńczyk, wydaną przez Zeszyty Literackie w 2011 roku). Ten niezwykle interesujący zbiór esejów, szkiców, wyimków z dziennika a także wierszy nie tylko samego Venclovy ale i Miłosza poświęcony jest tematowi, który zawsze łączył obu autorów: na pierwszym planie jest tutaj Litwa i Polska, Wilno , Kraków i okoliczne prowincje znane im od dziecka. 

I w przeciwieństwie do tzw. zagranicznych dzienników Venclovy (wydanych w Polsce także przez Zeszyty Literackie) w tej książce czuje się rozpęd, oddech, wiedzę a także czułość. Tak, czułość, bo przecież dialogi Miłosza i Venclovy o Wilnie, Litwie i Polsce to dialogi ludzi zakochanych w swoich okolicach. Nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. 

Niemniej jednak zarówno Venclova jak i Miłosz bardzo trzeźwo patrzyli na grzechy swoich narodów, za co nie byli specjalnie kochani. Miłosza nawet po śmierci polska prawica odżegnywała od czci i od wiary. Wiele dni trwały korowody związane z miejscem jego pochówku. 

Venclova zanotował 25 sierpnia 2004 roku: „Haniebne niesnaski z powodu Skałki trwają. Twierdzi się, że prawicowcy próbowali częstować piwem, wódką i papierosami krakowskich bezdomnych, żeby ci napadli na pochód żałobny, ale bezdomni odmówili („unieśli się honorem"). Dwa dni później, w dniu pogrzebu Venclova relacjonował: „Trumna Czesława - zamknięta, żółtawa, skromna, z imieniem i nazwiskiem - tuż za ołtarzem Wita Stwosza, który jakby obejmuje ją skrzydłami…Plac, potem dość szybki pochód ulicami Krakowa […] Co prawda, żadnych ekscesów. Może sprawił to list papieski, który jest we wszystkich gazetach, chyba także w telewizji i radiu […]."

Tak Kraków narodowy i prawdziwie polski żegnał poetę, który jak nikt inny w Polsce bił się o prawdę; który jak mało kto zabiegał o to, by bez koturnu patrzeć na siebie ale także na innych. Bo przecież  przytoczona na początku rozmowa Miłosza i Venclovy o Ponarach nie była jedyną dotyczącą tego niezbyt łatwego dla Litwinów tematu. Miłosz szpilę potrafił wbić nie tylko Polakom ale Litwinom także. 

A to co powiedział Venclovie w tej krótkiej rozmowie ma znaczenie fundamentalne. I żeby lepiej to jedno krótkie zdanie zrozumieć należałoby przeczytać „Dziennik 1941-1943" Kazimierza Sakowicza. Ta książka obrosła już w Polsce legendą. Wydano ją po raz pierwszy w roku 1999 pod tytułem „Dziennik pisany w Ponarach od 11 lipca 1941 r. do 6 listopada 1943". Rzecz opracowała Rachela Margolis a w małym nakładzie opublikowało ją Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej w Bydgoszczy. 

W 2012 roku w Wilnie ukazało się litewskie tłumaczenie tej książki. Rzecz opublikowało Centrum Badań Ludobójstwa i Ruchu Oporu Mieszkańców Litwy. Pierwsze hebrajskie tłumaczenie „Dziennika" ukazało się w roku 2000, niemieckie w 2003 r., angielskie w 2005 r.

W roku 2014 polski IPN opublikował „Dziennik" w wersji najbliższej oryginałowi" „zrezygnowano (…) z ułożenia materiału według ścisłego porządku chronologicznego (tak jak w wydaniu litewskim), pozostawiając zapisy w takiej kolejności, w jakiej występują na kartkach rękopisu". 

Lektura tej książki jest równie przejmująca jak „Dziennik" Anny Frank. 

Sakowicz, w Polsce przez dziesięciolecia praktycznie nieznany, był przedwojennym wileńskim dziennikarzem (pisał w "Przeglądzie Gospodarczym") i oficerem polskiej armii. W czasie wojny zaangażował się w działalność Armii Krajowej. Mieszkał w podwileńskich Ponarach, nieopodal tzw. Bazy, i ze strychu swego domu przez wiele miesięcy obserwował pobliskie egzekucje, podczas których wymordowano dziesiątki tysięcy osób: Żydów, polskich intelektualistów, jeńców radzieckich i innych. 

„Swoje obserwacje i notatki (prowadzone także na zlecenie AK) Sakowicz przypłacił życiem, tuż przed odejściem Niemców, 5 lipca 1944 r. Na kilka dni przed operacją "Ostra Brama" jechał, jak zwykle, rowerem do Wilna i został śmiertelnie ranny w zasadzce zorganizowanej przez litewskich kolaborantów (ponarskich szaulisów - Ypatingasis Būrys), którzy prawdopodobnie zauważyli jego zainteresowanie ich działaniami i postanowili zabić jako niewygodnego świadka. Przez dziesięć dni walczył jeszcze o życie w wileńskim Szpitalu Świętego Jakuba, zmarł już po wkroczeniu Armii Czerwonej… Swoje notatki Sakowicz zakopywał w butelkach po wodzie sodowej przy werandzie swego domu, gdzie też zostały odnalezione już po wojnie. Uporządkowała je i odczytała te skomplikowane zapiski dopiero w latach 90. dr Rachela Margolis, pracownik Żydowskiego Muzeum im. Gaona w Wilnie. Wtedy też okazało się, że brakuje notatek z okresu od listopada 1943 r. do śmierci Sakowicza w lipcu 1944 r." (Wilnoteka.lt)

W kwestii Ponar, podobnie jak w kwestii Umowy Suwalskiej, nie ma między polskimi i litewskimi historykami zgody fundamentalnej. A żydowscy historycy i publicyści akcentują jeszcze na dodatek antysemityzm Sakowicza. Joseph A. Melamed, prezes Stowarzyszenia Litwaków w Izraelu, określa autora „Dziennika" tym właśnie terminem i pyta: po co robił notatki i je zakopywał? Ale odpowiedzi nie daje.

Polscy naukowcy podkreślają z kolei dokumentalny charakter tych szkiców, mający tylko jeden cel: utrwalenie i zapamiętanie zbrodni. 

Nigdzie w polskich źródłach nie znalazłem potwierdzenia antysemityzmu Sakowicza. Również w publikacji IPN-u nie natkniemy się na podobną wzmiankę. Dlaczego Melamed ją zamieścił? Skąd czerpał informacje? 

Na to pytanie trudno znaleźć odpowiedź.

Jedno jest pewne. Masakra w Ponarach została przygotowana przez Niemców. W zbrodni pomagali Litwini. Wśród morderców znalazło się również kilku Polaków. Niespójne relacje mówią o trzech z których jeden, ukrywający się pod litewskim nazwiskiem, został skazany w PRL-u na karę więzienia. Po wojnie w sowieckiej Litwie tylko część zbrodniarzy spotkała kara. 

Nie będę jednak w tym miejscu podawał danych albowiem te różnią się między sobą na tyle, że ich zestawianie nie ma sensu. 

Do dzisiaj nie ustalono ilu szaulisów mordowało Żydów, nie ustalono nawet ponad wszelką wątpliwość ile ludzi w Ponarach zginęło. Wiadomo tylko, że ok. osiemdziesiąt procent wszystkich tam zgładzonych stanowili Żydzi, reszta to Polacy i sowieccy żołnierze. Nie wiadomo dokładnie ilu Litwinów mordowało. 

Nie to zresztą jest najważniejsze. O to niech się spierają historycy i politycy. Czytając „Dziennik" Sakowicza, miałem wrażenie, że to „sąsiedzkie mordowanie" zarówno Żydów jak i Polaków przekreślało w symboliczny sposób wspólną historię i zamazywało wszystko to co między tymi trzema narodami dobrego się zdarzyło. Zbrodnia zainicjowana przez obcych dotknęła ludzi, którzy żyli obok siebie. Cena swojej głowy okazała się ważniejsza od głowy byłego sklepikarza czy nauczyciela. 

Dla Niemców zgładzenie jednego Żyda znaczyło, tyle tylko, że jeden wróg Rzeszy został unicestwiony. Dla tych, którzy mordowali znaczyło to tylko tyle, że została po nich jedna para butów, jeden płaszcz, jeden sweter. Sakowicz zanotował: „W budce u Jankowskiego cały skład ubrań po zamordowanych. Sprzedają i piją." Biedni zabijają biednych. 

Ubrania, nagość, wódka - to zresztą lajtmotiw „Dziennika". Nie ma tutaj za dużo krwi. Sakowicz nie widzi zbrodni. On tylko słyszy strzały, słucha jak nadjeżdżają samochody wiozące skazanych na śmierć. Czasami mordercy (jak można domniemywać) opowiadają mu o zabijaniu. Od czasu do czasu widzi psa sąsiadów, który wraca z lasu z czerwonym pyskiem albo wlecze za sobą jakieś flaki, które wyszarpał ze źle zakopanej zbiorowej mogiły. 

W Ponarach nawet las nie pachnie śmiercią. W powietrzu unoszą się tylko opary benzyny, czuć zapach pociągu i wagonów. Od czasu do czasu suche trzaski wystrzałów i krzyki Żydówek, które bronią swoje dzieci: „Po wejściu za bramę jakaś Żydówka, zorientowawszy się dokąd idzie, namawia dziecko swe (chłopaka kilkunastoletniego), by uciekał. Chłopak korzysta i w odpowiedniej chwili biegnie. Zauważył to oficer litewski, krzyczy, by zatrzymał się, dziecko staje, podbiega oficer i kilkoma strzałami (seria) dobija. Dziecko pada. Marka rzuca się ku niemu, lecz żołnierz bagnetem kłuje ją. Pada. Inni Żydzi na rozkaz zabierają ją i niosą. Ranna czy zabita,nie wiem."

Sakowicz obserwuje masakrę z okna swojego domu, który znajduje się nieopodal. I doskonale wie, że w tej okolicy nie ma świętych. Tutaj (prawie) każdy ma ręce umoczone we krwi. 

Relacjonuje: „Opowiadano, że gdy jeden z wieśniaków przyszedł do Litwinów z samogonką po „łachy żydowskie" (ubrania), to za wódkę otrzymał cały worek wór łachów, wór był wyjątkowo ciężki. Chłop zaciekawiony, co to jest, w sąsiednim lesie odwiązał worek i zaczął przeglądać rzeczy. Ujrzał pod rzeczami wepchniętego zabitego Żydka, ukrył go pod mchem. Litwini, dając mu ten worek, kazali się prędko ulotnić. Robotnicy na drodze widząc, że chłop coś chowa w mchu, gdy ten się oddalił, rozkopali mech i znaleźli Żydka."

Innym razem opisuje rozpacz matek żydowskich rzucających się całować buty żołnierzom, którzy odpychają je kolbami, bijącym je do krwi, widzimy rozebrane do naga kobiety o których oprawcy mówią przy wódce: nawet ładne, widzimy wapno którym posypywane są świeże groby, słyszmy nieludzki skowyt. 

A potem Niemcy zabierają kosztowności a Litwini ubrania. Od czasu do czasu szaulisi organizują „rajdy" z „Bazy" (tak nazywali las w którym dokonywano zbrodni) do miasta. Mamili Żydów, że w zamian za ukryte dobra, darują im życie. I zawsze znajdowali chętnych na taką wymianę. I zawsze przywozili potem do „Bazy" Żydów i zawsze do nich strzelali.

Byłem w Ponarach tylko raz. Linia kolejowa, którą wywożono Żydów przebiega tam, jak przebiegała. Stacja dróżnika też się ostała, nie wiem czy w formie oryginalnej? Są pomniki tak różnych treści, że trudno się połapać kto kogo zabijał a kto umierał. Cisza. 

 



Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu