Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Koniec Zazierkala?
2015-07-31
Wojciech Śmieja

Dom Mariusza Wilka to jedno z ostatnich miejsc na mapie, gdzie to, co rosyjskie i to, co polskie mogły się z sobą spotkać i wejść w dialog. Niedługo może jednak przestać istnieć.

 

W Polsce obszar Zaonieża obejmowałby pół województwa. W Rosji to zaledwie maleńki języczek lądu oblewany wodami jeziora Onega. Mimo to Zaonieże jest ważne dla rosyjskiej tożsamości. Podobnie jak cała rosyjska Północ przypomina o starej, przedpiotrowej Rusi, a skansen tutejszego budownictwa na wyspie Kiży jest atrakcją turystyczną na światową skalę. Turyści przyjeżdżają go podziwiać, pielgrzymi się w nim modlą.

W zeszłym roku przyjechałem i ja. Udało mi się uchwycić atmosferę domu Mariusza Wilka, który już niebawem może zniknąć.

 

Zazierkale

Na położonym rzut kamieniem od koła podbiegunowego Zaonieżu kończy się rolnictwo. Dawniej krótkie lato pozwalało na uprawę kartoszki, zbóż, hodowlę krów czy kóz – trochę dalej na północ można już o tym zapomnieć. Jeszcze trzydzieści lat temu rolnictwo było wyraźnie obecne w tutejszym krajobrazie. Dziś przyroda odzyskała panowanie do tego stopnia, że wilki stanowią poważny problem, a na niedźwiedzie organizuje się komercyjne polowania.

Końcem Zaonieża nie była ani walka cerkwi ze starowiercami, którzy tu uciekali, ani rewolucja, ani Biełomorkanał, ani stalinizm. Tragedią była dopiero decyzja Chruszczowa o likwidacji nieperspektywicznych wsi – tłumaczył mi jeden z najbardziej znanych dzisiaj Zaonieżan, Mariusz Wilk. – Z kilkudziesięciu wiosek postanowiono zostawić trzy. Reszta miała wymrzeć. Naszą Kondę Biereżną też miał spotkać ten los.

O Zaonieżu Wilk mówi Zazierkale, co po polsku oznaczałoby „krainę po drugiej stronie lustra". Tym lustrem jest jezioro Onega, nad którym stoi dom pisarza i które poprzez tysięczne refleksy świetlne wkrada się do niego, przenika migotliwym światłem, rozjaśnia niezwykłą i kalejdoskopową poświatą.

 

Obcy pośród swoich, swój pośród obcych

Wilk, pisarz-outsider, ma swoich wiernych czytelników w Polsce i w Rosji. Jako literat został doceniony za powstałe na przełomie stuleci Wilczy notes i Wołokę, w których podążał śladami łagrów, monastyrów i Biełomorkanału. Maria Janion nazwała go wówczas Słowianinem z Północy, a nestor rosyjskiej krytyki literackiej Walentin Kurbatow pisał o nim: „Swój pośród swoich". Późniejsze książki Wilka nie są zapisem wędrówek, coraz dalej im do reportażowej narracji. Pisarz więcej pisze w nich o własnym domu, jego sensie i znaczeniu – odkąd pojawiła się córka Martusza, dziś rezolutna pięciolatka, z myślą o niej „buduje dom ze słów".

Droga, która przywiodła pisarza na Północ, była długa, a kolejne jej etapy znaczyły ważne wydarzenia najnowszej historii Polski. Jako młody chłopak tuż po studiach w 1980 roku znalazł się w Stoczni Gdańskiej – został redaktorem strajkowego biuletynu, a rok później rzecznikiem Lecha Wałęsy. W 1982 roku trafił do więzienia, a gdy w 1983 roku ogłoszono amnestię, został jednym ze współzałożycieli gdańskiej spółdzielni „Świetlik" (tam poznał się między innymi z Donaldem Tuskiem). Pierwszym poważnym rozczarowaniem dla pisarza był Okrągły Stół. Nie rozumiał zgody kolegów na podjęcie rozmów z ludźmi, o których sądzili, że mają krew na rękach. Wyjechał do Berlina jako korespondent prasowy.

Robiłem tam korespondencje dla „Młodej Polski". Ostatnia była o AIDS. Nie chcieli jej puścić, bo nie podobała się biskupowi. Broniłem w niej związków partnerskich – wspominał Wilk. – Pomyślałem, że nie mam nic do roboty w kraju, gdzie „moi" już zaczynają mnie cenzurować. Wyjechałem najpierw do USA, a potem do Rosji.

Początkowo zamieszkał na Wyspach Sołowieckich, które były „Rosją w pigułce". Napisał poruszający list do Gustawa Herlinga-Grudzińskiego z Jercewa (łagier, który Herling-Grudziński opisał w Innym świecie) i wkrótce został stałym korespondentem paryskiej „Kultury". Obserwował tamtejszą smutę lat dziewięćdziesiątych XX wieku z perspektywy rosyjskiej „głubinki". Sołowki jednak, dzięki funkcjonującemu tam monastyrowi, stały się na przełomie tysiącleci miejscem turystycznych wycieczek, zadeptywane przez tłumy przestały pisarzowi odpowiadać – zapadła decyzja o przeprowadzce. Wybór padł na niemal wymarłą wieś Konda Biereżnaja.

 

Elektryfikacja i chrystianizacja

Kondy nie ma na mapach, nawet tych satelitarnych. Właściwie nie jest nawet wsią – to kilka zamieszkałych i parę opuszczonych domów chaotycznie rzuconych na brzeg jeziora pośród traw i krzaków. Z gruntowej drogi widać tylko wznoszącą się na wysokim brzegu czasownię świętego Samsona.

 

 

Kiedy tu przyjechaliśmy było zupełne bagno. Nędza i rozpacz. Na początku zrobiliśmy dwie rzeczy. Natasza, moja żona, wykorzystując swoje znajomości z dawnej pracy w agencji reklamowej, załatwiła przyłączenie wsi do linii energetycznej – opowiadał pisarz. – Później przywróciliśmy do życia pustą czasownię. Przyniosłem do niej, idąc cztery kilometry przez zamarznięte jezioro, stary prawosławny krzyż. To uporządkowało przestrzeń: oddzieliło sacrum od profanum. Konda zaczęła wracać do życia.

Dom Wilków raczej nie trafiłby do magazynów poświęconych wystrojowi wnętrz – chyba, że do numeru sprzed 120 lat. Bo rzeczywiście, na początku ubiegłego wieku mógł robić wrażenie. Dom pierwotnie przeznaczony był dla dwóch rodzin: nie chłopskich, a kupieckich, o czym świadczy piękny kaflowy piec w pokoju na piętrze („W domach mużyków rzecz niespotykana" – podpowiadał Wilk). Oprócz tego są jeszcze ogromne pieczki, na których spędza się srogą, zaonieżską zimę. Szykowność i solidność docenili bolszewicy urządzając w nim siedzibę kołchozu, a następnie szkołę. Nie oparli mu się też Finowie, gdy umieścili w nim sztab jednego ze swoich oddziałów. Po wojnie dom popadał jednak w ruinę. Przedostatni właściciel był typowym „dacznikiem". Przyjeżdżał na lato z Pietrozawodska, zajmował jeden pokój, z reszty czyniąc magazyn, gdzie chował wszelkie niepotrzebne graty (przy wywózce uzbierały się podobno cztery przyczepy).

Mieszkanie Wilków znajduje się na dole, tam jest pracownia pisarza i kuchnia, w której toczy się całe rodzinne życie. U góry są pokoje gościnne. Bania znajduje się nad brzegiem jeziora. Przed domem Natasza uprawia warzywa w ogródku. Dwa pomosty pozwalają zacumować łódź. Dziś na zimę Wilkowie jadę na Południe, ale pierwszą zimę życia Martusza spędziła na pieczce – w jamie-leżance wysokiej na liche pół metra. Tylko tam było ciepło, bo woda w wiadrze stojącym tuż obok na podłodze zdążyła przez noc zamarznąć.

W Polsce za takie warunki opieka społeczna mogłaby nam dziecko odebrać – mówił pisarz.

Niestety, dom – szczególnie taki – wymaga nieustannych remontów. Wilkowie wymienili część okien, na dachu pojawiło się nowe poszycie, nareszcie nie leje się do środka. Wszystkie te reperacje są jednak niewystarczające – dom, jak inne drewniane zabudowania na północy, powoli i dostojnie pochyla się do ziemi; gubi kąty, traci powolutku piony. Nie sposób ten proces uchwycić, ale jego efekty są widoczne – noga która miała pewnie stanąć na podłodze, trafia w próżnię, uchylone lekko drzwi nabierają rozpędu i z całą siłą trzaskają o ścianę...

 

Miejsce spotkań

Przez ostatnich kilkanaście lat dom obrósł legendą i stał się miejscem spotkań. Trudno zliczyć wszystkich gości: byli tu między innymi polski ambasador Jerzy Bahr, włoski pisarz i reporter Paolo Rumiz, pisarz Wasilij Gołowanow, francuski rusycysta i historyk Georges Nivat. Przyjeżdżają też dziennikarze i ekipy filmowe, pojawiają się polscy i – częściej – rosyjscy czytelnicy. Jednym z nich był policjant z Pietrozawodska: przyjechał swoją „uterenowioną bachanką" przyozdobioną patriotycznie wstążką świętego Jerzego. Onieśmielony mundurowy czytelnik chciał podziękować pisarzowi za książki, które zainspirowały go do patrzenia na rodzinny region w nowy sposób. Gdy pisarz zaprosił go do gabinetu na filiżankę czaju i chwilę rozmowy, policjant był zupełnie onieśmielony: w ręce parzyła go butelka gruzińskiej wódki, którą przywiózł w dowód swojej wdzięczności.

Mamy różne pomysły na ten dom. Być może zamienimy go w galerię sztuki, gdzie artyści z Północy będą prezentować i sprzedawać swoje prace? – gdybał Wilk.

Przychodzi tu wiele osób. W pewnym sensie spełniło się marzenie pisarza – na jego biurku honorowe miejsce zajmuje portret Jerzego Giedroycia.

Czuję się epigonem „Kultury" – wyznawał Wilk. – Koncepcja Polski jako mostu między Zachodem a Rosją, jest mi z pewnością bliższa niż koncepcja muru, bastionu, linii, gorącej linii, czerwonej linii...

Lato roku 2014 było pod tym względem szczególne. Żona pisarza, Natasza, mocno rozruszała funkcjonujący w sąsiedniej Wielkiej Gubie dom kultury. Dzięki jej znajomościom i nazwisku męża udało się pozyskać fundusze, o jakich tu nie słyszano od czasów pierestrojki. Nieistniejąca na mapach Konda Biereżnaja (a dokładniej dom Wilków i spłachetek ziemi przed nim) stały się tamtego lata widownią dwóch dużych imprez.

Pierwsza była „Zaonieżska Biesiada". Folklorystyczny festyn na pięć ansambli, przyjechała nawet grupa ze skansenu w Kiży z nagradzanym w świecie programem. Przygotowania do imprezy trwały cały tydzień. Trzeba było wykosić trawę, uporządkować skład drewna na zimę, przyozdobić dom, przywieźć ławki i stoły i – ugotować dla wszystkich gulasz (obieranie kartofli trwało do późna w noc). Angażowali się domownicy, ich goście, sąsiedzi bliżsi i dalsi. Warto było – do Kondy przyjechały autokary, auta, traktory, motorówki, a przy Wilkowym pomoście zacumował statek z gośćmi z wyspy Kiży. Wokół domu rozłożyły się kramy z rękodziełem i smakołykami. Nad przebiegiem imprezy, Bogiem a prawdą, nikt nie panował, ludzie łazili wszędzie, robili zdjęcia, występujący mieszali się z widzami. Zaonieżski Woodstock. Smutny policjant oddelegowany do pilnowania porządku wydawał się myśleć tylko o tym, jak tu się nikomu za bardzo nie rzucać w oczy. Pisarz stał w progu w swojej buriackiej czapeczce niczym Wyspiański podczas Rydlowego wesela, nie wtrącał się w przebieg imprezy.

 

Być może myślał już o kolejnym wydarzeniu – Międzynarodowym Festiwalu Literackim „Petroglif". W Kondzie trzeba było podczas drugiej z imprez gościć kilkudziesięciu autorów. Miejscem spotkań czterodniowego festiwalu znowu był dom Wilków. Seminaria, wykłady, warsztaty i koncerty odbywały się w tej prywatnej przestrzeni: wśród zabawek małej Martuszy, z kotem leżącym na progu i zapachami gotujących się potraw.

 

 

                                                                                                               ***

 

Od mojego pobytu u Wilka minął rok, który bardzo wiele zmienił. Sielanka stała się koszmarem. Parę dni temu Wilk pisał mi w mailu: „Ubiegły rok przyniósł nam radykalne zmiany. Ot, 4 czerwca, czyli parę dni temu, pozbawili mnie prawa do życia w Rosji na pięć lat za dwa administracyjne naruszenia (...Natasza w odpowiednim czasie dwóch bumażek im nie wysłała). Mam w ciągu dwóch tygodni opuścić terytorium Rosyjskiej Federacji, jeśli nie, to mnie deportują. Dzień później przychodzi jeszcze jeden mail: Apelacja jest w toku, ale Tak czy inaczej w drugiej połowie sierpnia zamierzam opuścić Rosję".

 
Tekst i zdjęcia Wojciech Śmieja



 


Polecamy inne artykuły autora: Wojciech Śmieja
Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu