Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Piotr Kępiński

Piotr Kępiński – poeta, krytyk literacki, eseista, juror Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej - Silesius. Pracował m.in. w „Czasie Kultury”, „Newsweeku”, „Dzienniku”. Współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”. Mieszka w Rzymie.

Umowa suwalska
2015-08-11
Piotr Kępiński

Historia bywa banalna i prowincjonalna. I może mieć zapach łopianu z podwórka a nie wielkich miast w których podpisywane są ważne traktaty. Taka jest historia konfliktu polsko-litewskiego z początków dwudziestego wieku.

Bitwa o zapyziałe prowincje Europy, wsie, folwarki, rzeczki i miasteczka, przypomina bardziej konflikt Kargula i Pawlaka, aniżeli poważne batalie o strategicznie położone ziemie, bogate majątki i skarbce.

Oto dwóch dawnych sojuszników wzięło się za łby, tuż po tym jak te dwa łby szarpał jeden wspólny wróg: carska Rosja. Tak zawzięcie dawni sojusznicy zaczęli się szarpać, że w zasadzie do dzisiaj nie mogą przestać. Słowo za słowo, argument za argument, groźba za groźbę.

Nie zliczę ile esejów, dokumentów i reportaży przeczytałem na ten temat. Nie mam zielonego pojęcia ile dyskusji poświęcono temu tematowi. 

Dzięki Bogu, że w tej patowej sytuacji, w której politycy nie robią literalnie nic, do roboty wzięli się historycy; zresztą nie od dzisiaj i nie od wczoraj, oni zawsze działali, zawsze starali się kompetentnie tłumaczyć swoim społeczeństwom najbardziej nawet niewygodne fakty, o czym świadczy publicystyka Alfredasa Bumblauskasa i Krzysztofa Buchowskiego, chociażby. 

Naturalnie, nie wszystko zostało jeszcze przedyskutowane dogłębnie, na swój czas czekają chociażby Ponary, schowane na Litwie w ciemnej szafie. 

Ale z Umową Suwalską poszło już lepiej. A przecież i ten temat rozognia do czerwoności polsko-litewskie głowy. Szczęśliwie jednak historycy zebrali się w sobie, przyjechali w 2010 roku do Suwałk i uczciwie pogadali. 

Z tych dyskusji powstała ciekawa książka: „Umowa Suwalska: fakty i interpretacje" pod redakcją Ceslovasa Laurinaviciusa i Jana Jerzego Milewskiego. 

I co? Aż przyjemnie czytać i słuchać rzeczowych argumentów, wyzbytych z nacjonalistycznej retoryki. Jak dobrze mieć do czynienia z dyskursem spokojnym, takim który tłumaczy a nie podżega.  

Zupełnym przypadkiem, kiedy czytałem „Umowę Suwalską" zacząłem też przeglądać, kupioną już bardzo dawno temu w warszawskim antykwariacie „Granicę polsko-litewską w terenie" Stanisława Gorzuchowskiego z roku 1928. 

Ta zapomniana praca znanego przed drugą wojną naukowca [byłego członka PPS-u, absolwenta SGH, fascynata geografii , profesora, uczestnika wyprawy do „masywu górskiego Ruwenzori położonego na granicy Ugandy i Konga, którego najwyższe szczyty osiągają 5 tys. metrów nad poziomem morza. Stanisław Gorzuchowski odbył tę wyprawę wspólnie z antropologiem Edwardem Lothem, botanikiem Tadeuszem Wiśniewskim oraz doświadczonymi alpinistami Tadeuszem Bernadzikiewiczem i Tadeuszem Pawłowskim". (Joanna Żelazko, „Uczony, którego zabrakło")] wprowadza nas, po części, w atmosferę sporów litewsko-polskich. Napisana już po zamrożeniu sporów, prezentuje racje polskie z pozycji piłsudczykowskich. 

Pełno tu naturalnie odniesień patriotycznych, czasami od propagandowej retoryki ręce opadają: marszałek Piłsudski, generał Żeligowski - bohaterzy. Litwini? Raczej nieudacznicy, gotowi za cenę awantury rozbijać Europę. Ekonomicznie słabi, politycznie nieodpowiedzialni, nie gotowi na własną niepodległość. 

Ale wybaczmy profesorowi, owe wstawki. Nie one są w tej książce najważniejsze. To co stanowi istotę tej publikacji to…statystyki. 

Obok interesujących danych (statystyczno-politycznych tyczących np. Litwinów, Żydów i Polaków) bowiem, natrafimy w jego pracy na urocze zestawienia dotyczące na przykład hodowli krów w rejonie wileńskim czy kowieńskim; co do jednego zwierzęcia: i tak; pogłowie bydła rogatego w okolicach Wilna liczyło (na początku lat dwudziestych) dokładnie 10, 100 sztuk; kiedy na Kowieńszczyźnie tylko 1,727.  Barany z kolei były na Wileńszczyźnie zdecydowanie mniej popularne niż na wschodzie regionu (23 barany kontra 104), świnie z kolei musiały być dumą Wilna, bo hodowano ich tutaj w nadmiarze - 5,899, kiedy w okolicach Kowna tylko 471. Praca Gorzuchowskiego zdaje się być kopalnią wiedzy o  kulturze materialnej obu narodów. 

I co najważniejsze, świadczy ona także o tym, jak biedne i marginalne były nasze społeczeństwa. I jak bardzo nieuprzemysłowione. Siłą rzeczy nie przeczytamy u Gorzuchowskiego o wielkich fabrykach budowanych w okolicach Wilna, Kowna czy Białegostoku. Brak tu informacji o napływie wielkiego kapitału. Obroty portowe? Liche. Innowacyjność (posługując się dzisiejszym terminem) - żadna. Tylko krowy, drewno, żelazo i dachówki. 

Przytaczając te zabawne, z dzisiejszego punktu widzenia dane, miałem przed oczyma fragment jednego  z esejów zamieszczonego w „Umowie Suwalskiej". 

Tam, proszę wybaczyć, śmiałem się z jednego, poniekąd całkiem poważnego wywodu: „ Na zakończenie gen. Katche zaproponował, by linia demarkacyjna między armiami polską i litewską biegła na Suwalszyźnie linią ustaloną 8 grudnia 1919 roku, potem biegiem Niemna do folwarku Uciecha, następnie do mostu kolejowego na rzece Uła (na północ od stacji Marcinkańce) i dalej przez stacje Bastuny, Dziewieniszki, Granżiszki, Oszmiana, Szurany, Domiszewo do Iłży".

Wiem, wiem, doskonale. Umowa Suwalska to była bardzo poważna sprawa. Mam świadomość, że Polacy nie bardzo się wtedy popisali, grając i lawirując, jakby Litwinów, po prostu wykiwać. Można dzisiaj dywagować, dopatrywać się niuansów, zarówno ze strony litewskiej jak i polskiej; ale sprawa była prosta i jedna i druga strona jak najwięcej chciała ugrać - zwłaszcza jeżeli chodzi o terytoria. W końcu nie tylko Polska chciała Wilno, Litwini też mieli apetyt na kilka hektarów ziemi. 

Ale nie o to mi chodzi w tym momencie. Rozbawił mnie z jednej strony opis pogłowia rogatego u Gorzuchowskiego, tak dokładny i drobiazgowy jakby chodziło autorowi o spis majątku porozwodowego rodziny z okolic Trok. A z drugiej strony, w „Umowie Suwalskiej" szczegółowy opis bliżej nieznanych np. Wielkopolaninowi folwarków, mostów i posiółków, jakby był to opis podziału ziem dwóch skłóconych rodzin chłopskich. Ten folwark biorę ja,a tamten ty. Ale mostu nie dam. A i cztery domy na górce zachowam. Wara tobie od tego. 

Pachnie groteską i niezłą literaturą? Rzecz jasna. Bo spory polsko-litewskie to największa groteska dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Śmialiby się dzisiaj z nas magnaci i szlachcice polsko-litewscy z wieku szesnastego i siedemnastego. Śmialiby się i pukali w czoło. O co wy się kłóciliście? 

Bardzo prowincjonalnie wyglądają spory litewsko-polskie widziane z perspektywy czasu. Mogę tak napisać, bo wybrzmiały już raz na zawsze militarne ale - powiedzmy sobie szczerze - nieliczne spory. Kto dzisiaj w Polsce pamięta o Powstaniu Sejneńskim? Kto pamięta jaka była geneza tego epizodu w dziejach tego regionu? Jak do niego doszło? Czy to faktycznie w roku 1919 do oporu wobec Polaków, podczas swojej wizyty w mieście, podżegał premier Litwy Mikolas Slezevicius? Czy Polacy poczuli, że Sejny wymykają się im spod kontroli i wykorzystując przewagę liczebną swoich wojsk zaatakowali Litwinów? Jestem pewien, że obie strony przedstawiłyby odmienne stanowiska w tej marginalnej przecież historii. Nie chcę bagatelizować strat, nie mam ochoty umniejszać żadnej śmierci, niemniej jednak trzeba pamiętać, że w tej małej bitwie zginęło 37 Polaków (straty litewskie nie są znane). Akcja trwała zaledwie pięć dni. 

Umowa Suwalska, to naturalnie ważny fragment naszych stosunków. I nie można niej zapominać, to jasne jak słońce. Ta konferencja, która rozpoczęła się 29 września i trwała do 7 października 1920 roku miała uporządkować nasze spory o Wilno i inne terytoria. 

Dziewięćdziesiąt lat po tym historycznym wydarzeniu w Suwałkach znowu spotkali się Polacy i Litwini, aby tym razem przedyskutować historię na zimno i być może trochę ją na nowo również uporządkować.

Książka która po konferencji powstała, a o której wspomniałem na samym początku, to w istocie doskonałe kompendium wiedzy o Umowie Suwalskiej ale nie tylko.

Zresztą, nic w tym zaskakującego. W końcu naukowcy, którzy do Suwałk przyjechali to pierwsza liga zarówno litewska jak i polska. W efekcie możemy przeczytać zajmujący esej Ceslovasa Laurinaviciusa relacjonujący „kwestie sporne w historii stosunków litewsko-polskich w roku 1920, szkic Rimantasa Myknysa opisującego reakcję Michała Roemera na Umowę Suwalską, wywody Haliny Łach i Vladasa Sirutaviuciusa zastanawiających się nad konsekwencjami Umowy i dzisiejszymi relacjami na linii Warszawa-Wilno, czy też znakomitą rozprawę Alvydasa Nikżentaitisa o pamięci historycznej. 

Nikt się tu nie kłóci, jasna sprawa. Niemniej jednak różnice w rozumieniu i definiowaniu historii widoczne są tutaj jednak gołym okiem. Litewscy historycy „lubią" zapominać o grzechach własnych, Polacy „lubią" usprawiedliwiać swoje przewinienia. 

 Dlatego z największą przyjemnością czytałem, najlepszy bodaj esej zamieszczony w tej książce, autorstwa Krzysztofa Buchowskiego z Uniwersytetu Białostockiego - „Obraz konfliktu z Litwą w powojennej świadomości historycznej okresu międzywojennego". Buchowski, znany specjalista z tej dziedziny, autor tak znakomitych książek jak m.in. „Szkice polsko-litewskie czyli o niełatwym sąsiedztwie w pierwszej połowie XX wieku, (Toruń 2005),„Litwomani i polonizatorzy. Mity, wzajemne postrzeganie i stereotypy w stosunkach polsko-litewskich w pierwszej połowie XX wieku", (Białystok 2006),„Polityka zagraniczna Litwy 1990-2012. Główne kierunki i uwarunkowania", (Białystok 2013), nadzwyczaj kompetentnie i bez emocji, nie opowiadając się po żadnej ze stron, przeanalizował nie tylko „Umowę Suwalską" wytykając Polakom i Litwinom ich „niegodziwości" ale także świetnie zdefiniował charakter tego konfliktu, nazywając go po prostu - regionalnym. Bo taki też i był. Znakomicie w końcu opisał rolę generała Żeligowskiego w tym konflikcie zdejmując z niego maskę demona i lidera, którym również w istocie nie był. 

 Nie jestem historykiem i nie będę szkicował gruntownie podłoża historycznego, które Umowę Suwalską poprzedziło. Niemniej jednak kilka faktów przytoczyć tutaj trzeba. 

Po bitwie warszawskiej polskie wojska we wrześniu 1920 roku pojawiły się na Suwalszczyźnie i to wtedy właśnie rozpoczęły się dosyć gwałtowne starcia z Litwinami. Jak pisze Buchowski „sporne tereny przechodziły z rąk do rąk. Zwaśnione strony podjęły wreszcie rokowania w Suwałkach. W układzie podpisanym 7 października ustalono warunki zawieszenia broni i demarkacji. Przyjęta formuła zawieszenia broni w praktyce potwierdzała pozostawienie Wileńszczyzny w litewskich rękach. Jednak na polecenie marszałka Józefa Piłsudskiego generał Lucjan Żeligowski stanął na czele oddziałów, które oficjalnie wypowiedziały Polsce posłuszeństwo i wkroczył do Wilna 9 października".

Wtedy to powstał twór nazywany Litwą Środkową; twór posiadający „wszelkie atrybuty suwerenności", w praktyce totalnie uzależniony od Warszawy. 

Dla Polaków Umowa Suwalska nie miała zbyt wielkiego znaczenia, uznawano ją tylko za wojskowy rozejm. Litwini także i dzisiaj, stanowisko polskie i późniejsze wypadki traktują jak zdradę i złamanie zasad. 

Polacy do dzisiaj skłonni są udowadniać racje Żeligowskiego i Piłsudskiego, akcentując przede wszystkim kwestie historyczne i etnograficzne; Litwini niezmiennie poruszają sprawę Wilna jako stolicy kraju. Polacy chętnie mówią o tym, że akcja Żeligowskiego nastąpiła w momencie, w   którym Umowa Suwalska nie weszła jeszcze w życie zatem nie doszło do żadnego pogwałcenia zobowiązań. Dla Litwinów takie argumenty to tylko dialektyka, nic więcej. Obie strony wyrzucają sobie (w zasadzie także do dzisiaj), złe traktowanie obywateli przez wojska litewskie jak i polskie. Polacy mają za złe Litwinom „alians" z bolszewikami, Litwini mają nam za złe kolonizacyjne zapędy mające na celu zdławienie świeżej państwowości. Przypominają, nie bez racji, że przecież w 1919 roku polski wywiad planował a nawet rozpoczął próbę przewrotu polityczno-wojskowego. Zorganizowano w Kownie struktury, które na celu miały powołanie nowego rządu, bardziej propolskiego. W akcji, o czym kilkakrotnie przypominał Czesław Miłosz brał udział jego ojciec. Litwini spisek jednak wykryli i wszystko spaliło na panewce.

I w gruncie rzeczy, nikt dzisiaj z tymi faktami nie dyskutuje. Tak było. Polacy w Warszawie kompletnie nie rozumieli litewskiej chęci odseparowania się od Polski, raz na zawsze. Litwini również nie byli w stanie zrozumieć, że w takim czasie i w tamtym miejscu gwałtowne odcięcie Polski od Wileńszczyzny, którą traktowano jako wspólne litewsko-polskie dziedzictwo epoki jagiellońskiej, dla mieszkańców Warszawy czy Krakowa stanowi nazbyt wielki szok. Przecież ta ziemia uważana była niemalże za rdzeń państwowości. A teraz mamy ją oddać komuś innemu? Co zrobić z Mickiewiczem, Słowackim i Piłsudskim?

Polacy chcieli dzielić się z Litwinami tą podwójną spuścizną za cenę państwa federacyjnego, w którym rolę wiodącą miała odgrywać, naturalnie, Warszawa. Starszy brat proponował układ braterski, będący niejako odwzorowaniem Rzeczypospolitej Obojga Narodów. A Litwini na początku XX wieku nie byli już tym zainteresowani. 

Oczywiście, na kresach zachodnich, w Poznaniu, czy też w Małopolsce i na Śląsku nie był to problem pierwszorzędny. Tam ludzie  żyli zupełnie inną przeszłością. Niedawno skończyło się Powstanie Wielkopolskie, trwały Powstania Śląskie. Wojna w której poległo kilkudziesięciu żołnierzy (z całym szacunkiem dla wszystkich ofiar) nikogo za bardzo nie obchodziła. 

A jednak, gdyby wtedy robiono badania opinii publicznej, to stanowisko Piłsudskiego i akcję Żeligowskiego, zdaje się, poparłaby większość społeczeństwa, niezależnie od tego jak politycznie byłaby zorientowana. Wilno za głęboko siedziało w polskiej pamięci historycznej. A państwo litewskie zadawało się być wtedy bytem cokolwiek abstrakcyjnym i jakby nie na miejscu, w obliczu polskich pragnień. 

I tak oto małe folwarki i rzeczki,  na które ochotę mieli Litwini zostały w Polsce. Prowincjonalna bieda została podzielona na długie lata i niektórym stoi kością w gardle do dzisiaj. 

Dzisiaj? Choć miedza już dawno ustalona to dawne kompleksy sprawiają, że nawet profesor biologii (spotkałem takiego w Wilnie) w ciągu sekundy zmienia się w „kompetentnego" historyka, dziennikarz sportowy cytuje z pamięci dokumenty, a chemik staje się znawcą problemu polsko-żydowskiego Wilna z lat trzydziestych. 

Każdy z nich jednak dysponuje wachlarzem stałych argumentów anty-polskich; podobnie zresztą jak każdy Polak ma na podorędziu żelazny zestaw swoich „prawd wiary". Nikt na krok nie ustąpi. Byłem wielokrotnie świadkiem takich dyskusyjnych starć. „Poczytaj jak nie wiesz". „Czytałeś nie to co trzeba". „Litwini byli tam od wieków". „Polacy mają prawo do ziemi, bo też". „Litwini nas oszukali". „Polacy są nielojalni". 

Śmieszne? Jak najbardziej. Ale trochę i straszne. Bo nic na razie nie zapowiada końca tych pojedynków. 

 



Powrót
Najnowsze

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Co łączy Birmę i rosyjski Kaukaz?

05.09.2017
Julia Wiszniewska
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu