Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Granie podziałami
2010-08-01
Piotr Andrusieczko
„Pozostawiając szansę ukraińskiej przyszłości, należy brać pod uwagę taką opcję (oddzielenia się Krymu i Donbasu – przyp. aut.). Jeśli kiedyś na Ukrainie wydarzy się cud i znowu wygrają pomarańczowi, trzeba będzie dać Krymowi i Donbasowi możliwość odseparowania się. Teraz tego nie zrobią, bo dzisiaj to ich ludzie siedzą u władzy” – powiedział niedawno Jurij Andruchowycz w wywiadzie udzielonym agencji UNIAN.

Temat podziału, rozpadu Ukrainy powraca niczym bumerang od początku niepodległości. Warto wspomnieć chociażby raport CIA z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, który wskazywał na duże prawdopodobieństwo rozpadu Ukrainy i przyłączenia jej południowo-wschodniej części do Rosji. O podziale/podziałach Ukrainy sporo swego czasu napisał Mykoła Riabczuk. Postawione przez niego tezy i pytania wywołały żywą dyskusję na temat „Ile jest Ukrain?”. Patrząc na toczący się od wielu lat dyskurs, nasuwa się wrażenie, że staliśmy się zakładnikami „zderzenia cywilizacji” Samuela Huntingtona i trudno poza ten „przeklęty krąg” wyjść.

W 2004 roku temat podziału Ukrainy został z premedytacją wykorzystany przez specjalistów od politycznego PR jako jedna z technologii wyborczych. W konsekwencji mieliśmy zjazd w Siewierodoniecku i w odpowiedzi komentarze typu: „A może naprawdę niech się odłączą, może tak będzie lepiej”. Później była szansa, by zniwelować ten podział, ale nowa władza nie potrafiła jej wykorzystać. Spece od politycznych technologii uznali, że jest to najprostsze i najskuteczniejsze narzędzie zmobilizowania elektoratu po dwóch stronach budowanej barykady. Kwestie języka, historii, NATO stały się elementami gry politycznej, w której interes państwowy znajdował się, wbrew hucznym oświadczeniom, na dalekim planie.

Francuski filozof André Glucksmann w jednym z wywiadów udzielonych tygodnikowi „Ukrajinśki tyżdeń” na pytanie: „Czy można zachować niepodległość bez zachowania swojego języka, który jest identyfikatorem tożsamości?”, odpowiedział: „Uważam język za jeden z warunków wstępnych, jednak na pierwszym miejscu, mimo wszystko, jest demokracja”. To właśnie jest kluczowy problem, z którym związane są porażki Ukrainy w ostatnich latach.

Ocena prezydentury Leonida Kuczmy nie budzi większych kontrowersji. Opozycja w kraju i obserwatorzy zagranicą mówili o autorytaryzmie ówczesnej władzy. Dzisiaj niektórzy mogą powiedzieć, że z punktu widzenia ukraińskiej niezależności Kuczma nie okazał się taki zły, bo jednak nie wyprzedał Ukrainy Rosji, którą potrafił nawet zwodzić. Przyjął nowoczesny model rozwoju według schematu: państwo-naród-język. Jednak w modelu opartym na idei obywatelskiej zabrakło jednego, za to najważniejszego elementu – demokracji.

Po 2004 roku politycy wyniesieni do władzy hasłami Majdanu potraktowali demokrację wybiórczo, czyli tak, jak im było wygodnie. Można powiedzieć, że próbowali zastąpić autorytarny system Kuczmy właśnie modelem demokracji wybiórczej. Owszem, dawali wolność wyboru, ale w ramach partyjnego systemu polityczno-oligarchicznego. Paradoksalnie to za pomarańczowych doszło do wzmocnienia systemu oligarchicznego, który według obietnic danych na Majdanie miał być zlikwidowany. Wystarczy porównać liczbę przedstawicieli wielkiego biznesu wybranych do parlamentu w latach 2006 i 2007 z poprzednimi kadencjami, aby zrozumieć, jak było realizowane hasło oddzielenia polityki od biznesu. Wprawdzie pojawiła się wolność słowa, tyle że w dużej mierze w granicach wyznaczonych przez różnicę interesów ścierających się grup oligarchicznych, dzielących między sobą rynek mediów. A wolność wystąpień została w dużej mierze zdewaluowana przez system przedpłacanych mityngów.

Wiktorowi Juszczence bliski był nacjonalistyczny model państwa według schematu język-naród-państwo. Juszczenko pogrążył się w koncepcjach polityki historycznej i „odtwarzaniu” narodu ukraińskiego. Dodajmy do tego permanentne „wojny na górze”, nieudane manewry w polityce zagranicznej, dziwne wolty polityczne w kraju – i mamy obraz kadencji poprzedniego prezydenta

Zabrakło natomiast reform, które stworzyłyby podstawy do uzdrowienia przewlekle chorego systemu. Nie przeprowadzono reformy sądowej, która ustanowiłaby porządek prawny i równość obywateli wobec niego. Nie było reformy samorządowej. Nie doszło do uporządkowania systemu polityczno-partyjnego, w którym polityka przestałaby być traktowana jako przedsięwzięcie czysto komercyjne o najwyższej stopie zwrotu. Władza nie walczyła z korupcją, ponieważ była zajęta udoskonalaniem już istniejącego systemu korzyści. Wielu liderów Majdanu de facto poszło na kolaborację z poprzednim systemem, przeciwko któremu przecież występowali.

Można więc raczej mówić o elementach demokracji, które pojawiły się za prezydentury Wiktora Juszczenki. Zresztą, jak udowodniły ostatnie miesiące, elementy te okazały się bardzo kruche, a nowi włodarze Ukrainy, wykorzystując je do objęcia władzy, obecnie stopniowo je likwidują.

Nowa władza próbuje adaptować do ukraińskich warunków rosyjski model tak zwanej demokracji sterowanej. Prezydent Wiktor Janukowycz nie tylko popełnia podobne błędy jak jego poprzednik. Monopolizacja władzy i styl, w jakim jest to przeprowadzane, prowadzi do dalszej polaryzacji społeczeństwa i wzmacnia ryzyko wybuchu nowych konfliktów. Zabranianie wystąpień, cenzura i kontrola dziennikarzy, nowa polityka historyczna, podsycanie konfliktu z Tatarami Krymskimi oraz specjalne traktowanie jednej z trzech Cerkwi nie zyskają powszechnej akceptacji wszystkich regionów. Jak napisał kiedyś Leonid Kuczma, „Ukraina to nie Rosja”.

Wielki sąsiad Ukrainy nie próżnuje. Stosując zasadę „dziel i rządź”, podsyca istniejące konflikty, a niekiedy prowokuje powstawanie nowych. Widać to zwłaszcza na Krymie. Ten region wymaga specjalnej uwagi, niepoświęconej mu za prezydentury Juszczenki. Teraz Kijów gra krymskimi kartami w sposób zapewniający Partii Regionów władzę na półwyspie, co w konsekwencji może doprowadzić do zaostrzenia sytuacji.

Jeśli obecna władza (i każda następna) nie uświadomi sobie, że nie ma jedynej słusznej wizji Ukrainy (czy to „lwowskiej”, czy „donieckiej”), i będzie grała mnożonymi podziałami, konflikt będzie się przedłużał. W systemie demokratycznym różnorodność Ukrainy mogłaby być jej siłą. Demokracja nie chroni w pełni przed konfliktami społecznymi, nie ma jednak lepszego systemu, w którym problemy różnic etniczno-kulturalno-językowych można rozwiązywać.

Ukraina ma więc dwie drogi rozwoju. Albo elity polityczne i wyborcy zrozumieją, że dla zachowania jedności niezbędna jest pełna demokratyzacja i że nie można traktować struktur państwa jak spółek z bardzo organiczną odpowiedzialnością, z których zmieniający się właściciele i akcjonariusze starają się wycisnąć jak najwięcej, albo dla obu Ukrain – zachodniej i wschodniej – najważniejsze będzie skupienie się na kultywowaniu swojej jedynie słusznej prawdy i wizji, a wtedy Ukraina będzie skazana na wybór, o którym mówi Andruchowycz. Tylko czym politycy w podzielonym już kraju będą się wtedy zajmować? Kiedy zabraknie mitycznych wrogów – „banderowców” i „donieckich” – przyjdzie pora na rozwiązywanie konkretnych problemów. A to wymaga o wiele większego wysiłku, a tym samym innych ludzi w polityce.

Piotr Andrusieczko

Polecamy inne artykuły autora: Piotr Andrusieczko
Powrót
Najnowsze

Polskie „chamy” i ukraińskie „pany”. Rewolucja na rynku pracy?

03.06.2020
Dariusz Szymczycha
Czytaj dalej

Ukraińskie kino. Dzieje sukcesu pewnej reformy

29.05.2020
Andrij Lubka
Czytaj dalej

W poszukiwaniu złotego wieku  

22.05.2020
Ola Hnatiuk
Czytaj dalej

Rozmowa online z Olą Hnatiuk. Koniec złotego wieku?

20.05.2020
Czytaj dalej

Nowa Europa Wschodnia 1-2/2020 - Zapowiedź

12.05.2020
Czytaj dalej

Życzenia świąteczne

10.04.2020
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu