Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Nie będzie nowego początku
2015-09-23
Eugeniusz Smolar

Na agresywną retorykę stać publicystów, a nie odpowiedzialnych polityków. Utrzymanie takiego podejścia, choćby wobec Niemiec, doprowadzi do utraty wpływów, które Polska zdobyła w minionych latach. Ogłaszanie apriorycznych warunków przyszłych dobrych stosunków jest głupstwem.

Fot. Olek Remesz (cc) commons.wikimedia.org

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze NEW.

 

W świecie publicznej retoryki między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością pojawią się bez wątpienia różnice, głównie ze względu na intensywne pragnienie zwolenników PiS odróżnienia się we wszystkim od polityki prowadzonej w minionych latach przez PO. Ich język objawia pragnienie pojawienia się wreszcie Polski wielkiej, równej najpotężniejszym państwom (szczególnie Niemcom), rozdającej europejskie co najmniej karty. Równie szlachetna co tradycyjna to wizja, która ma niewiele wspólnego z realiami.

Nie spodziewam się jednak większych zmian w polityce i dyplomacji. Powodów jest wiele, a większość z nich nie wynika z pragnień polskich polityków czy publicystów. Leszek Kołakowski w jednym ze swoich esejów, przedstawiając nadzieje wszelkich radykałów, pisał, że nie istnieje coś takiego jak „nowy początek". Kontynuacja jest wynikiem licznych elementów, jak też i tego, że poza niechęcią (nienawiścią) są w środowisku PiS osoby zdające sobie sprawę z realiów i rozumiejące, mam nadzieję, że nie stać Polski na zantagonizowanie sojuszników i osamotnienie wobec Rosji. A jeśli nie zdają sobie z tego sprawy, to zostanie im to szybko uświadomione. Tak w Europie, jak i w Waszyngtonie. Anne Applebaum umieściła ostatnio na Twitterze znamienną uwagę: „@anneapplebaum: question I am most often asked here in DC: „is the new Polish president going to be as bad as Victor Orban – or worse?".

 

Bliski i doceniany partner

Polska jest liczącym się państwem: i ze względu na swój potencjał, i na sukcesy gospodarcze w warunkach kryzysu gospodarczego, i na aktywność dyplomatyczną wynikającą z konieczności odgrywania czynnej roli w polityce międzynarodowej.

Polska jednak nie ma możliwości prowadzenia skutecznej samodzielnej polityki wobec Rosji. Nikt tym nie dysponuje, poza USA i Chinami. Politycy, dyplomaci czy analitycy zaliczają Polskę do jastrzębi, mimo stonowanych publicznych wypowiedzi rządu Tuska–Sikorskiego, a potem Kopacz–Schetyny. Opinia ta wynika ze znajomości prowadzonej polityki na forach Unii Europejskiej i NATO, a nie słów wypowiadanych na użytek części polskiej opinii publicznej. Wobec postawy wielu rządów, które najchętniej by zniosły sankcje wobec Rosji i zapomniały o Ukrainie, ewentualny rząd PiS powinien docenić utrzymanie prawdziwie bezcennej jedności europejskiej w polityce sankcji.

Nasz wpływ na politykę Unii Europejskiej był rezultatem przekonania sojuszników do naszych racji. Zewnętrzni obserwatorzy, nawet tacy jak Krzysztof Szczerski czy Witold Waszczykowski, nie mają wielu istotnych informacji, związanych z bieżącymi działaniami Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wiele z poczynań jest niewidocznych – związane są z dyskretnymi rozmowami z partnerami, w planie bilateralnym i wielostronnym, oraz z podjętymi działaniami. Liczni krytycy rządu Platformy nie dostrzegają i nie doceniają na przykład regularnych międzyrządowych konsultacji z Hiszpanią, które tak dobrze nam posłużyły zarówno w walce o najlepszą dla Polski nową perspektywę finansową, jak i o utrzymanie sankcji wobec Rosji. Innym przykładem jest ponawiana na forum NATO wspólna z Norwegami inicjatywa Radosława Sikorskiego, dotycząca przyszłości w Europie rakiet jądrowych średniego zasięgu: ponad 6000 rosyjskich i ponad 200 amerykańskich… Przykładów takich jest znacznie więcej.

Z drugiej strony nie ma i nie będzie zgody na wojnę z Rosją do ostatniego Niemca, Francuza czy Amerykanina. Na agresywną retorykę stać publicystów, a nie odpowiedzialnych polityków czy dyplomatów. Utrzymanie takiej retoryki, choćby wobec Niemiec, doprowadzi błyskawicznie do utraty tych niemałych wpływów, które Polska zdobyła w minionych latach. Ogłaszanie apriorycznych warunków przyszłych dobrych stosunków jest jest więcej niż błędem – jest głupstwem.

Stosunki z Niemcami stanowią wyzwanie dla niemal wszystkich państw w Unii. Różnice w kwestiach przyszłości energetyki czy umieszczenia stałych baz amerykańskich w Polsce i w państwach bałtyckich nie zmieniają faktu, że Warszawa jest bliskim i docenianym partnerem Berlina. A w ostatnich latach także Paryża.

Wszyscy w Europie zdają sobie sprawę, że po aneksji Krymu oraz wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy pojawiło się rosyjskie zagrożenie dla ładu europejskiego, choć nie wszyscy chcą wyciągnąć dalej idące z tego wnioski. Na czoło wysunęło się bezpieczeństwo, w tym konieczność uporania się z kryzysem gospodarczym oraz przeciwstawienie się antyeuropejskim siłom populistycznym. Cele te są zdecydowanie ważniejsze niż demokracja, prawa obywatelskie czy projekty transformacyjne we wschodnim sąsiedztwie w obliczu groźby konfliktu zbrojnego z nieprzewidywalną Rosją. Paradoksalnie integracji posłużyły też walki zbrojne w Afryce Północnej, zagrożenie radykalnym islamem oraz rosnąca fala uchodźców z południa. Rządy europejskie zdają sobie sprawę, że nie będą w stanie uporać się z tym samodzielnie, że potrzebują Unii Europejskiej i NATO.

Stany Zjednoczone konsekwentnie przypominały, że Europa musi bardziej aktywnie zająć się kwestią bezpieczeństwa w swoim sąsiedztwie, także zwiększając nakłady finansowe. Zagrożenie totalną destabilizacją na Bliskim Wschodzie przez Państwo Islamskie oraz wojskowe posunięcia Moskwy zmieniły sytuację. Obudzenie się USA pomogło po latach dryfu w umocnieniu roli NATO i przyspieszeniu prac nad wypracowaniem wstępnych rozwiązań w Newport. Uznanie Rosji za poważne zagrożenie będzie miało długofalowe skutki. Umocnią one bezpieczeństwo Polski i państw bałtyckich, ale niekoniecznie wpłyną na zmianę sytuacji na wschodzie, gdzie inicjatywa, na dobre i na złe, spoczywa w rękach Moskwy. Moskwa jednak już wie, że będą tego konsekwencje. Szczególnie bolesna okazała się „utrata Niemiec", na których swoistą neutralność Rosjanie bardzo liczyli.

Z agendy zeszła perspektywa członkostwa w NATO Gruzji i Ukrainy. Polityka wschodnia Unii Europejskiej (Partnerstwo Wschodnie) uległa daleko idącej destrukcji ze względu zarówno na politykę Kremla, jak i procesy wewnętrzne w poszczególnych państwach partnerskich.

Ukraina walczy zbrojnie i musi jednocześnie modernizować państwo, stale borykając się z groźbą implozji gospodarczej i niewypłacalności. Nowe władze Gruzji stonowały retorykę i dążą nade wszystko do stabilizacji, także w stosunkach z Rosją, co Moskwa w swoisty sposób wykorzystuje, na przykład przesuwając granice czy zagrażając gazociągom. Niestabilna politycznie Mołdawia ledwo utrzymuje się na powierzchni.

Wszystkie te procesy nakazują określić obecną sytuację jako wysoce tymczasową, a być może wręcz jako ciszę przed burzą.

 

Nie mamy armat

Na szczycie NATO w Warszawie nie zapadnie decyzja o budowie stałych baz w Polsce. Opór Niemiec, a także Włoch oraz kilku innych państw członkowskich, które się chowają za plecami Niemców, jest zbyt duży. Londyn, mimo antyputinowskiej retoryki, nie prowadzi polityki wschodniej. Przy braku minimalnego zaufania do Moskwy nie ma jednak chętnych do wykopywania między nami a Rosją przepaści, której nie będzie można zasypać. Ryzyko konfliktu jest uważane za nazbyt realne i groźne. Niemcy i Francja nie zrezygnują z perspektywy, jakkolwiek odległej, swoistej nowej polityki odprężenia w relacjach z Rosją, opartej na przewidywalnych regułach. Wspiera ich w tym prezydent Barack Obama. Nowy amerykański prezydent nie będzie prowadził innej polityki.

Polska przyjaźń, solidarność i pomoc są wysoko cenione na Ukrainie. Niekoniecznie przełoży się to na istotną i trwałą rolę Warszawy jako jednego z najważniejszych negocjatorów. Ukraińcy zdają sobie bowiem sprawę, że decydującą rolę odgrywa Waszyngton i Berlin, i tam kierują swoje oczekiwania. Fakt, że mamy znakomite stosunki z Niemcami i Francją i że gramy w jednej europejskiej drużynie (mainstream!), tylko wzmacnia naszą pozycję.

Polska dyplomacja słusznie od kilku lat stara się pogłębiać współpracę regionalną z państwami nordyckimi oraz bałtyckimi, także w dziedzinie bezpieczeństwa. Problemem nie jest Polska i jej brak inicjatywy, lecz nasi partnerzy w regionie i ważne różnice między nimi.

Polska, działając samodzielnie, „nie ma armat". Zgłaszany przez PiS-owskich publicystów projekt nowego antyrosyjskiego aliansu państw „międzymorza" pozbawiony jest realnych podstaw. Przede wszystkim ze względu na brak chętnych. Wystarczy przyjrzeć się stanowisku Węgier czy Słowacji. Rumunia, jedyne państwo o zwiększającym się potencjale obronnym, ciesząc się amerykańską bazą antyrakietową, nie będzie tym zainteresowana. Polska dyplomacja ogromną wagę przykłada do pogłębienia współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej i zarzuty PiS w tej mierze pozbawione są podstaw. Wszystkie strony uzgodniły jednak, że Grupa Wyszehradzka nie powinna się redukować do polityki wobec Rosji, albowiem mamy wspólne inne interesy sektorowe: gospodarkę, transport, obronność i tym podobne. Po wstępnym zamieszaniu doszło do dostrzegalnego umocnienia się wewnętrznej spoistości Grupy i podkreślania znaczenia wspólnych interesów. Podstawą są stosunki polsko-czeskie i cierpliwa polska dyplomacja. Częste i systematyczne kontakty międzyministerialne sprawiły, że socjaldemokratyczny rząd w Pradze, wbrew wstępnym oświadczeniom, niekiedy o antynatowskim wydźwięku, poważnie usztywnił swoje stanowisko wobec Moskwy, wspierając sankcje.

Środowiska PiS-owskie krytykują rząd PO za politykę wschodnią. Partnerstwo Wschodnie, ogromne osiągnięcie Sikorskiego-Bildta, podobnie jak cała Polityka Sąsiedztwa Unii, ulega obecnie przewartościowaniu. Okazała się nieskuteczna. Nie z winy Polski, ale Rosji i niechęci transformacyjnej elit na Wschodzie z jednej strony oraz radykalizmu muzułmańskiego – z drugiej. I na Wschodzie, i na Południu odrzucano przez lata podstawową dla Unii zasadę warunkowości. Polska aktywnie uczestniczy w unijnych debatach nad dostosowaniem Polityki Sąsiedztwa do nowych warunków.

Warto też dostrzec fakt panowania w środowiskach PiS-owskich daleko idącego sceptycyzmu wobec Ukrainy, brak zainteresowania Mołdawią czy Gruzją po odejściu Micheila Saakaszwilego, nie wspominając o Białorusi. Częściej debatuje się nad zbrodnią wołyńską niż nad pomysłami, jak skutecznie pomóc Ukrainie. A zatem, czy ideą naczelną nowego rządu byłaby publicznie wyrażana wrogość wobec Rosji? Nikt nie ma złudzeń co do naszego stosunku do polityki Putina. Trudno sobie jednak wyobrazić s k u t e c z n ą politykę wobec Moskwy, inną od tej, jaka charakteryzowała działania rządu PO. Słowa mogą być inne, bardziej buńczuczne, ale realia polityczne się nie zmienią. Nieprzypadkowo, mimo wrogości wobec PO i prezydenta Bronisława Komorowskiego, nie słyszeliśmy z miarodajnych kół PiS-owskich postulatu dostarczenia Ukraińcom polskiej broni. Znamienna w tym kontekście była odmowa spotkania się prezydenta elekta Andrzeja Dudy z prezydentem Petrem Poroszenką. Oczekiwałby on bowiem od przyszłego prezydenta Polski wiążących deklaracji, a ten nie mógł ich udzielić. Trudno w tej sytuacji uznać za przypadkowe, że w orędziu prezydenta Dudy wygłoszonym 6 sierpnia Ukraina nie została w ogólne przywołana, jak też konieczność zapewnienia jej suwerenności oraz integralności terytorialnej.

Chyba że ewentualny rząd PiS zda sobie sprawę, że miejsce przy stole trzeba sobie kupić, na przykład zwiększając dziesięciokrotnie budżet pomocowy, choćby dla Ukrainy. Do tego jednak nie dojdzie. Dla kogoś takiego jak ja, który poświęcił szmat życia na organizowanie na Zachodzie pomocy dla Polski i Polaków, prawdziwie szokujący jest brak zrozumienia dla konieczności pomagania innym, znajdującym się dzisiaj w sytuacji takiej pomocy wymagającej.

Na czoło wysuwa się polskie, wspólne zadanie, by ewentualna przyszła „normalizacja" stosunków Zachodu z Rosją nie odbyła się kosztem Ukrainy, Mołdawii czy Gruzji. W ogromnym stopniu zależy to od determinacji i postępowania rządów tych państw. Zależeć to będzie także od utrzymania jedności sojuszników w Unii i w NATO. Polska ma tu ogromną rolę do odegrania. Ekscentryczna polityka w tym nie pomoże.

 

Eugeniusz Smolar jest specjalistą od spraw międzynarodowych. Były wieloletni dyrektor Sekcji Polskiej BBC, pracuje jako senior fellow w Centrum Stosunków Międzynarodowych.

 

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze NEW.

 


Polecamy inne artykuły autora: Eugeniusz Smolar
Powrót
Najnowsze

Okiem Kremla: jak Polska fałszuje historię

03.01.2020
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Kraków: Polacy w Petersburgu na przełomie XIX i XX wieku

29.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Wojtyła, czyli prometeizm w Watykanie

27.12.2019
Cornelius Ochmann
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

22.12.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Rusza nabór do Akademii Ziem Zachodnich i Północnych

19.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Gacharia sucharia i kurczaki, czyli o kolejnym miesiącu antyrządowych protestów w Gruzji

19.12.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu