Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Kuba Benedyczak
Spuścizna Rosji, czyli Putin w ONZ
2015-09-30
Kuba Benedyczak

Przez cały poniedziałek prasa rosyjska pisała wyłącznie o przemówieniu Władimira Putina w nowojorskiej siedzibie ONZ. I słusznie, z wielu powodów.

Wystąpienia w ONZ, niegdyś pierwszych sekretarzy ZSRR, a potem prezydentów Rosji mają bogatą, widowiskową tradycję (ich chronologię wraz z wideo przygotował Kommiersant), zatem show był więcej niż pożądany. Szczyt ONZ zostanie z pewnością odnotowany w podręcznikach historii, chociażby dlatego, że w 70 rocznicę założenia Organizacji Narodów Zjednoczonych do Nowego Jorku przybyli najważniejsi przywódcy naszej planety. Prezydent Rosji próbuje ostatnio zamienić negocjacje z Zachodem na realną współpracę (tzw. izolacja Rosji jest fikcją, nie ma tygodnia, by nie doszło do spotkania przedstawicieli obydwu stron), licząc na stopniowe znoszenie sankcji. To właśnie tu Władimir Putin miał złożyć światu propozycję rozwiązania gordyjskiego węzła Syrii, Libii oraz Iraku. Wreszcie, choć to banał, w świecie dzieje się nienajlepiej i przywódcy mocarstw powoli dochodzą do ściany w odwlekaniu wspólnej decyzji, co począć z problemami dotyczącymi nas wszystkich.

Niestety, ten kto liczył na show przeżył rozczarowanie. Nikt nie zdjął sandała, nie gwizdano, Putin trzymał nerwy na wodzy, i nawet kilku Ukraińców z rozwieszoną flagą Iłowajska posłużyło raczej prasie zachodniej niż zdezorientowało prezydenta Rosji, ponieważ ten ze względu na ułożenie sali nie mógł nic zobaczyć. Samo przemówienie wypadło przeciętnie. Władimir Władimirowicz znany z ciętego języka i poczucia humoru (10 najlepszych wystąpień Putina według TV Dożd'), wygłosił swoje przemówienie z wdziękiem źle opłacanego wykładowcy. Nieco ożywienia wniosła krytyka zachodniego wsparcia syryjskich rebeliantów, kiedy powiedział: „Szanowni Panowie, macie do czynienia z ludźmi twardymi, nie głupszymi i nie bardziej prymitywnymi od Was. I jeszcze nie wiadomo kto kogo wykorzystuje do swoich celów". Jednak atmosfera pozostała senna- przynajmniej na ekranie komputera.

Przywódca Rosji nie zakomunikował też chyba nic zaskakującego. Jeszcze w zeszłym tygodniu Charlie Rose z telewizji CBS przeprowadził godzinny wywiad z Putinem, którego treść choć wyemitowana dopiero w niedzielę, wcześniej przeciekła do Internetu. Zgromadzeni w Nowym Jorku usłyszeli tezy podobne do tych z programu Rose'a A brzmiały one następująco: zwiększyć współpracę w ramach ONZ, zamiast jednego centrum narzucającego światu swój system ideologiczny potrzebujemy świata wielobiegunowego, koalicja przeciwko Państwu Islamskiemu oparta głównie o kraje muzułmańskie, zatrzymanie potoku uchodźców poprzez odbudowanie struktur państwowych w Iraku i Syrii, sprzeciw wobec rozszerzenia NATO na wschód, włączenie republik Ługańskiej i Donieckiej w procesy decyzyjne na Ukrainie oraz wsparcie rozwoju ekologicznego (Rosja do 2030r. znacząco zmniejszy emisję gazów cieplarnianych).

Tego samego dnia doszło do spotkania Baracka Obamy z prezydentem Rosji za zamkniętymi drzwiami. Jeszcze zanim panowie zniknęli na 55 minut, Amerykanie poprosili, by nie ujawniać szczegółów rozmowy. Poza tym Obama i Putin, mówiąc delikatnie, nie pałają do siebie sympatią, stąd po spotkaniu nie oczekiwano cudów Wiadomo jedynie, że „połowa z nich dotyczyła Syrii, a połowa Ukrainy". Więcej analitycy mogli wywnioskować z wystąpień obydwu podczas zgromadzenia ogólnego. I tak przywódcy zgadzają się, co do tego, że coś z Syrią trzeba zrobić oraz w warstwie deklaracji wyrażają gotowość współpracy na Bliskim Wschodzie, choć Putin uprzedził, iż Rosja może uczestniczyć wyłącznie w nalotach, natomiast nie ma mowy o wojskach lądowych. …I to by było na tyle. Ogólniki? A jakże, a jakże!

Dla Amerykanów nie do przejścia jest zgniecenie Państwa Islamskiego na rzecz Baszszara al-Asada, którego określają mianem tyrana i mordercy. Rosjanie z kolei mówią o nim jako o gwarancie państwowości i spójności terytorialnej. Jak w czasach zimnej wojny każdy posiada „swojego sku***syna". Na razie jednak Waszyngton nie przedstawił swojego, mówiąc jedynie o przekazaniu władzy w ręce „syryjskiej opozycji", cokolwiek by to miało oznaczać. W prasie za oceanem i tekstach ekspertów Al Jazeera krążą opinie, iż Amerykanie gotowi są zagwarantować syryjskiemu dyktatorowi i jego rodzinie bezpieczeństwo w zamian za odstąpienie władzy. Nawiasem mówiąc, nie zazdroszczę- choć nie współczuję- Asadowi. Jego los przypomina piłkę tenisową w czasie meczu. Jeśli obydwie strony się dogadają, wówczas odłożą piłkę do składnicy przedmiotów zużytych. Póki co jednak rakiety walą w nią z całej siły.

W wystąpieniu Putina za najciekawszy uważam fragment dotyczący eksportu demokracji. Przytaczam w całości, ponieważ w polskiej prasie wyjmowano zazwyczaj jedno zdanie.

„Nie wolno nam zapominać o przeszłości. My pamiętamy przykłady z historii Związku Radzieckiego. Eksport eksperymentów socjalistycznych opartych na własnej ideologicznej konstrukcji i próby przyspieszania zmian w obcych krajach często przynosiły tragiczne skutki. Prowadziły nie do postępu a degradacji. Zdaje się jednak, że nikt nie wyciąga lekcji z cudzych błędów, tylko je powtarza. Kontynuowany jest eksport tak zwanych rewolucji, nazywanych obecnie demokratycznymi. Przyjrzyjmy się sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce, o czym wspominali moi przedmówcy. Oczywiście, polityczne i społeczne problemy tych regionów dojrzewały od dawna, a ludzie oczekiwali zmian. Ale co otrzymali? Agresywna interwencja z zewnątrz zamiast reform doprowadziła do bezceremonialnej destrukcji państwowych instytucji i układu społecznego. Triumf demokracji i postępu zastąpiła przemoc, nędza i społeczna katastrofa, a prawa człowieka, w tym prawo człowieka do życia, nie są przestrzegane. Wypada spytać tych, którzy do tego dokonali, czy chociaż rozumiecie do czego doprowadziliście? Boję się, że to pytanie pozostanie bez odpowiedzi, ponieważ wciąż nie zrezygnowano z polityki, w której centrum leży przekonanie o własnej wyjątkowości i bezkarności".

Niby temat to znany, przewałkowany, a jednak w naszym kręgu cywilizacyjnym, naiwnie podniosły. Większość rozmów o Egipcie, Tunezji, Syrii, Libii, Iraku, Chinach, Rosji (i wielu wielu innych) zaczynamy od pytania: czy możliwe jest zbudowanie tam demokracji na wzór zachodni? Jakby to było najważniejsze, nie czy pod bombami giną ludzie, czy dzięki rzekomo bardziej humanitarnym dronom nie można przypadkiem „zabijać ludzi, nie dając im szansy odpowiedzi- i zabijać ich z takiego oddalenia, że zabójca swych ofiar nie widzi i nie musi (nie może nawet) policzyć trupów" (Zygmunt Bauman w „Etyce ponowoczesnej"), czy przynoszona na czołgach, lotniskowcach i samolotach ponaddźwiękowych ideologia w jakikolwiek sposób odpowiada ludziom mieszkającym tysiące kilometrów od nas, czy może istnieje jakaś (nie wiem która już z kolei), droga którą te społeczeństwa zechcą dla siebie wypracować. Zamiast troski o podstawową wartość życia ludzkiego i wyciągnięcie wielkich połaci społeczeństwa z biedy, zwykliśmy pytać, w jaki sposób dokonać transplantacji naszego modelu, by zabieg ten odniósł sukces. Demokracja no matter what.

Paradoksalnie, wypada przytoczyć tu słowa Richarda Pipes'a ze Wstępu do być może najwybitniejszego dzieła tego historyka pt. „Rewolucja Rosyjska: „Rewolucje, które wybuchały po 1789 roku, dotyczyły najbardziej fundamentalnych problemów etycznych: czy w imię wyidealizowanych ustrojów godzi się burzyć instytucje budowane przez całe wieki metodą prób i błędów; czy ktoś ma prawo poświęcać dobrobyt, a nawet życie współczesnych w imię jeszcze nie narodzonych pokoleń; czy człowieka można ukształtować jako istotę doskonale cnotliwą."? Demokracja w krajach islamskich stanowi, przynajmniej na razie, „wyidealizowany ustrój jeszcze nienarodzonych pokoleń". Stan ten, rzecz jasna, może w przyszłości ulec zmianie.

W naszej części Europy funkcjonują dodatkowo dwa niby to znane, ale w rzeczy samej w ogóle nieuświadomione zjawiska. Demokracja również zabija i jej eksport pochłonął dostateczną liczbę ofiar, byśmy zapłonęli wstydem. Stanisław Lem, którego chyba tylko skończony kretyn posądziłby o trollowanie na rzecz Kremla, w 1994 roku powiedział „ (…) historia Francji od Napoleona do de Gaulle'a i Ameryki od Waszyngtona do Johnsona pokazuje, że w imię humanitarnych zasad i praw człowieka można mordować nie gorzej niż w imię Mahometa albo Chrystusa". Wystarczy spojrzeć na nasze milenium, aby zrozumieć, że na Lyndonie Johnsonie się nie skończyło. W dodatku, my- nowa polska demokracja!- z radością rzuciliśmy swe marne siły do Afganistanu i Iraku, w tym drugim tworząc strefę okupacyjną i stawiając na naszej dopiero-co-demokratycznej ziemi katownie CIA. Przy, co znamienne, entuzjastycznym poparciu niejednego autorytetu moralnego. Wówczas to Daniel Cohn-Bendit nazwał swego przyjaciela Adama Michnika zwolennikiem „bolszewików demokracji". Etykietka ta należy się zresztą nie tylko redaktorowi naczelnemu „Gazety Wyborczej", ale wielu skądinąd zasłużonym Polakom.

Po drugie, Rosja zaanektowała Krym i doprowadziła do katastrofy humanitarnej we wschodniej Ukrainie. Takie są fakty. Czy jednak zakazuje nam to sięgania do jej dziedzictwa i pobierania z niego nauki? Nie ze słów Władimira Putina, bowiem on jak każdy polityk, używa ich w interesie dla niego żywotnym, ale ze spuścizny kraju, który przeżył tragiczną historię i eksportując (pozostańmy przy tym słowie) tragizm poza własne granice stał się demiurgiem tragizmu innych narodów. Emerytowany już Borys Jelcyn pisał we wspomnieniach: „To, co u nas określa się enigmatycznymi słowami 'pierestrojka' czy 'reformy rynkowe', w zachodniej prasie nazywają prosto i jasno: rewolucja demokratyczna. Ale u nas takie określenie okresu przejściowego jakoś zupełnie się nie przyjęło. Wytłumaczenie tego fenomenu jest zarazem i proste, i skomplikowane. Rosja ma dosyć rewolucji. Ma dosyć już samego słowa, które oznacza bunt albo totalny kataklizm społeczny. My jesteśmy przeciwko rewolucji. Nasyciliśmy się nimi już w XX wieku".

Czy nie zakrawa na absurd odrzucanie a priori doświadczeń wielkiego kraju po przejściach, który tak wiele wnosząc do sztuki, nauki, polityki i myśli ludzkiej, sprokurował sobie jednocześnie rewolucje takie, śmakie i owakie? Terrorystyczne, kapitalistyczne, komunistyczne, demokratyczne, narcystyczne.

Pytanie, jakie stoi dziś przed przywódcami najpotężniejszych państw, dotyczy tego, jaką lekcję wyciągną z budowania/wspierania/eksportowania demokracji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. I wcale nie chodzi o powrót dawnych „sku***synów" do władzy, ale o całkowicie nową formułę i realne przeciwdziałanie zagrożeniom, które z  wyjątkiem Antarktydy, dotyczą ludzi na wszystkich kontynentach. I spokojnie. „Sku***synów" chętnych do władzy jest zawsze wielu, ktoś się na pewno znajdzie.



Powrót
Najnowsze

Odszedł Zbigniew Brzeziński

27.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Czy Giedroyc jest aktualny?

25.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Kresentymentalizm

25.05.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

V Forum Europejskie

24.05.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Spotkanie: Wojna, która nas zmieniła

22.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Europa Wschodnia – polska specjalność?

18.05.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu