Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Sąsiedzi zza rzeki
2016-01-13
Maciej Falkowski

Tamta" strona zaczyna się kilkadziesiąt metrów poniżej. Jak na dłoni widać białe minarety, znacznie bardziej zadbane gospodarstwa i ciężarówki mknące drogą Igdir-Kars. Ostatnie domy armeńskiego Bagaranu od pierwszych domostw tureckiej wioski Halikiszlak oddziela szerokie na kilkanaście metrów koryto rzeki Achurian.

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej". Co jeszcze można w nim znaleźć? Kliknij tutaj.

 

Z obwodowego miasteczka Armawir, dawnego Hoktemberianu (nazwanego na cześć rewolucji październikowej; hoktember to po ormiańsku październik), które z powodzeniem mogłoby ubiegać się o palmę pierwszeństwa w konkursie na najbardziej koszmarne miasto byłego ZSRS, droga prowadzi na zachód, przez Równinę Araracką. Po obu stronach ciągną się bezkresne pola, na których rolnicy uprawiają warzywa oraz brzoskwiniowe i morelowe sady. Latem drogi zapełniają się załadowanymi do granic możliwości zdezelowanymi moskwiczami i wołgami dobrze pamiętającymi czasy sowieckiej „świetności". Przewożone w bagażnikach, na dachach i tylnych siedzeniach arbuzy, melony, bakłażany i różnokolorowa papryka sprzedawane są na lokalnych przydrożnych targowiskach bądź trafi ają do Erywania. Po kilku kilometrach na horyzoncie pojawia się stojący na niewielkim wzgórzu pośród spalonych słońcem pól monument zbudowany z czerwonego tufu: dwa skrzydlate byki i dzwonnica z dwunastoma dzwonami. Pomnik i muzeum bitwy pod Sardarapatem, ormiańskiego wariantu cudu nad Wisłą. W maju 1918 roku nieliczne oddziały niepodległej, „dasznackiej" Armenii (rządzonej przez nacjonalistyczno-socjalistyczną partię Dasznakcutiun) powstrzymały nacierającą armię turecką. Siły osmańskie, które po załamaniu się frontu rosyjsko-tureckiego w Anatolii wskutek dezerterujących masowo zdemoralizowanych rewolucją bolszewicką rosyjskich żołnierzy, zamierzały opanować Zakaukazie i dokonać prawdopodobnie rozpoczętego w 1915 roku dzieła „oczyszczenia" tamtych terenów z ludności ormiańskiej. Co roku pod koniec maja odbywają się tam uroczystości państwowe ku czci bohaterów, które są okazją do zademonstrowania waleczności i nieustępliwości Ormian.

* * *

Wprawne oko już z sardarapackiego wzgórza dostrzeże rozsiane po okolicy wieże strażnicze, których zieleń wyróżnia się na tle śnieżnobiałych lodowców Araratu zajmującego niemal całą południowo-zachodnią część horyzontu. Zaczyna się armeńsko-turecka strefa przygraniczna stanowiąca do niedawna jedyną (z wyjątkiem krótkiej granicy z Norwegią) bezpośrednią granicę sowieckiego imperium z państwami NATO. Pola ustępują miejsca kamiennym pustkowiom, których jedynymi gospodarzami są jadowite węże i skorpiony. Tylko wiosną na krótko tereny te pokrywa zieleń, z czego korzystają pasterze owiec, zanim na przełomie maja i czerwca nie schronią w wysokich górach stad przed bezlitosnym skwarem. Żadnej osady ludzkiej, żadnych drzew, żadnej wody. Po kilkunastu kilometrach niegościnny płaskowyż kończy się raptownie, a przed podróżnym rozpościerają się doliny płynącego z zachodu Araksu i wpadającej do niego od północy rzeki Achurian. Już po tureckiej stronie piętrzą się kolejne pasma górskie, którymi poprzecinana jest wzdłuż i wszerz cała Wyżyna Armeńska.

Wioski położone po obu stronach granicznego w tym miejscu Achurianu (dalej na południe, aż do azerbejdżańskiej enklawy Nachiczewan, granicę stanowi już Araks) wyglądają jak rajska oaza pośród pustyni. Choć po stronie armeńskiej zaniedbane domy, zbudowane w większości w czasach sowieckich, niczym nie różnią się od tych z pozostałej części kraju, ich przykryta spękanym eternitem brzydota ginie w morzu zieleni, a wiosną również bieli i różu kwitnących sadów. To tu, choć dziś trudno w to uwierzyć, w III wieku p.n.e. ormiański król Orontes VI założył swoją stolicę – miasto Jerwandaszat, zniszczone pięćset lat później podczas najazdu perskiego. Jego skromne pozostałości można podziwiać obok dzisiejszej wsi o tej samej nazwie.

Niemiłosiernie dziurawa droga schodzi łagodnymi serpentynami w dolinę Achurianu. Samochód wznosi tumany kurzu, kryjąc się przed czujnym okiem strażników przechadzających się wzdłuż płotu niewielkiej jednostki wojsk granicznych, która rozłożyła u wjazdu do całkiem sporej wioski Bagaran.

* * *

Siwowłosy, choć nie stary, Hajk, zobaczywszy rzadko zapuszczających się w te strony obcokrajowców, zaprasza na kawę, kierując się jak to zwykle bywa na Kaukazie mieszaniną gościnności i ciekawości. W przeciwieństwie do ludzi urodzonych już po rozpadzie Związku Sowieckiego, hasło „Polska" nie jest dla niego anonimowe. Standardowe opowieści o tranzycie pociągiem do jednostki wojskowej w NRD, gdzieodbywał służbę wojskową, jasnowłosych Halinkach i Irenkach, policjantach wymuszającychłapówki od „Ruskich" sprowadzających z Niemiec samochody w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, nie do końca zrozumiałej dla Ormian niechęci do Rosjan… I równie standardowe narzekanie na trudną rzeczywistość niepodległej Armenii, przemieszane z nostalgią za „starymi, dobrymi czasami", a wszystko solidnie podlane porcją „zdrowego" ormiańsko-posowieckiego nacjonalizmu.

Świeżo zaparzona kawa wyśmienicie smakuje w cieniu przytulonej do domu morwy. Pytany o to, z czego żyje, Hajk bez słów szerokim gestem prezentuje rozkwiecony sad. Na sporym podwórku rośnie kilkadziesiąt moreli, brzoskwiń, grusz i innych drzew owocowych. Latem, w czasie zbiorów przyjeżdżają handlarze, którzy skupują owoce od miejscowych sadowników niemających możliwości lub (jak w przypadku Hajka) chęci tłuc się do Erywania i samemu sprzedawać urodzaj. Kilkukrotnie wyższa cena, jaką mogliby tam uzyskać, nie jest jak widać wystarczającą zachętą. Czas wolny i możliwość spokojnego popijania kawy w cieniu morwy cenią sobie znacznie bardziej. Hajk dorabia zresztą jako traktorzysta, wynajmując się u innych rolników. Co bardziej zaradni nie sprzedają owoców w sezonie. Suszą je i magazynują, aby sprzedać w okolicach Nowego Roku – okresie największych obrotów handlowych.

* * *

– Zwabiłem gada baranią padliną. – Hajk dumnie prezentuje gigantycznego sępa, którego własnoręcznie zastrzelił z dubeltówki, po czym wypchał, przyozdabiając następnie salon swojego ogrzewanego „kozą" domku. – Przyleciał z tamtej strony. Gniazdują na tamtych skałach.

Tamta" strona zaczyna się kilkadziesiąt metrów poniżej. Jak na dłoni widać białe minarety, znacznie bardziej zadbane gospodarstwa i ciężarówki mknące drogą Igdir-Kars. Ostatnie domy armeńskiego Bagaranu od pierwszych domostw tureckiej wioski Halikiszlak oddziela szerokie na kilkanaście metrów koryto rzeki Achurian, którą bez problemu można przebyć w bród. W przeciwieństwie do większej części armeńsko-tureckiej granicy, zasieki z drutu kolczastego zostały tutaj rozebrane. Jeśliby nie wszędobylskie wieże strażnicze przejście na turecką stronę zajęłoby nie więcej niż minutę.

Mogę zrobić zdjęcie? – pytam, wskazując na bielejący po drugiej stronie meczet.

A rób! Chociaż czekaj! – Poznany przed chwilą sołtys wsi zawahał się. – Stań lepiej za tamtym drzewem. Czort wie, czy ten Ruski, co dyżuruje na wieży, nie patrzy akurat w naszą stronę.

W czasach sowieckich wioski nad Achurianem i Araksem, podobnie jak wszystkie przygraniczne miejscowości ZSRS, były zamkniętą strefą. Jedynie posiadając meldunek w którejś z nich lub specjalny propusk, można było się tam dostać. Ograniczenia przekoczowały do prawodawstwa armeńskiego, o czym świadczy używany jeszcze kilka lat temu, dziś już opuszczony posterunek leżący w pół drogi pomiędzy Bagaranem i Armawirem. Choć formalnie zakaz wjazdu został zniesiony, wpajana przez dziesięciolecia ostrożność pozostała. Po co mieć kłopoty. Tym bardziej, że granicy pilnują nie swoi, z którymi w razie czego zawsze można się dogadać, tylko spoglądający pogardliwie na miejscowych Rosjanie.

Miejscowi o granicy rozmawiają jednak chętnie. Obok sadów morelowych, bez których nie mogliby przeżyć, jest nie tylko towarzyszącą im od urodzenia codziennością. To część ich tożsamości. Mieszkańców Bagaranu, podobnie jak innych wiosek leżących przy granicy armeńsko-tureckiej trudno jednak nazwać ludźmi pogranicza. Kultury pogranicza nie mogą bowiem istnieć bez wzajemnego przenikania się ze swoimi odpowiednikami zza granicy. W Bagaranie o przenikaniu nie może być mowy. Od prawie stu lat. Z całego sowieckiego Kaukazu stanowiącego przecież jedną z dwóch, obok Azji Centralnej, południowych rubieży imperium, można było przekroczyć granicę jedynie w dwóch miejscach: w gruzińskim Batumi (granica z Turcją) oraz w azerbejdżańskiej Astarze (z Iranem). Cała długa granica zewnętrzna Armeńskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej pozostawała zamknięta. Po rozpadzie ZSRS jedynie na rok otwarto dwa przejścia armeńsko-tureckie. Jedno w Giumri, drugie w miejscowości Margara niedaleko Eczmiadzynu. Oba równie daleko od Bagaranu. Już w połowie 1993 roku Turcy ponownie opuścili jednak szlabany. W imię solidarności z Azerami, którzy podczas ormiańskiej ofensywy w Karabachu stracili rejon kelbadżarski.

Zobacz. – Sołtys wskazuje ręką okazały dom po drugiej stronie rzeki. – W zeszłym roku zrobił remont. A niedawno urodziło mu się dziecko. A tamten kupił nowy traktor.

Komuś innemu zmarła żona. Jeszcze inny zlikwidował sklep, który prowadził od wielu lat. W tym roku na tamtym polu posiał pszenicę, a w zeszłym ziemniaki.

Tylko do sadów nie wiedzieć czemu jakoś nie mają serca. Ale może to i dobrze. Mają za to dużo pszczół. Przylatują zapylać nasze morele. My mamy owoce, oni miód.

Wiedzą o sobie niemal wszystko. Oprócz imion. Nigdy też nie zamienili ze sobą słowa. Prawie jak większość mieszkańców warszawskich blokowisk. Niemi sąsiedzi zza rzeki…

* * *

Ja tam do nich nic nie mam. – Hajk wzrusza ramionami. – Nie lubię tylko, jak co chwila miauczą z tych swoich minaretów. Spać nie dają!

Dwa najsilniejsze uczucia, które żywi typowy Ormianin wobec Turków, to pogarda wobec „koczowniczych Azjatów o niższej kulturze" i paniczny, egzystencjalny, przekazywany niemal na poziomie genetycznym strach przed unicestwieniem. O dziwo, mieszkańcy Bagaranu nie boją się jednak, choć w przeciwieństwie do większości Ormian, czują obecność turecką każdego dnia. Nie epatują również nienawiścią. Kilka lat temu gościli nawet u siebie młodego Turka, który podróżował po świecie z plecakiem. Ponieważ znają piąte przez dziesiąte po azerbejdżańsku (przed wybuchem wojny o Karabach w okolicy mieszkało wielu Azerów), byli nawet w stanie się z nim dogadać. Do dziś wspominają suto zakrapiane szaszłyki, które piekli na jego cześć.

Choć większość Ormian (w szczególności tych z diaspory) postrzega otwarcie granicy z Turcją w kategoriach zagrożenia i chciałaby, aby jego warunkiem było uznanie przez Ankarę ludobójstwa z 1915 roku (tak jakby to Armenia mogła dyktować warunki), Bagarańczycy patrzą na tę sprawę inaczej. Upatrują w otwarciu granicy szansę na poprawę własnej sytuacji materialnej. Ktoś by zawsze przyjechał, coś kupił. Sami mogliby zająć się handlem (bądź przemytem) przygranicznym. Granica to zawsze szansa na zarobek, szczególnie w krajach biedniejszych. Jej zamknięcie (lub likwidacja) zawsze redukuje takie możliwości. Podobno w międzywojennej Polsce zauważalnie zubożały na przykład miejscowości wzdłuż dawnej granicy niemiecko- i austriacko-rosyjskiej, miejscowa ludność nie mogła już bowiem dorabiać na handlu i przemycie. Pewne znaczenie ma jednak również swego rodzaju oswojenie mieszkańców Bagaranu z Turcją i Turkami i zwykła ciekawość. Ileż można żyć obok kogoś i nie móc przyjrzeć mu się z bliska?!

* * *

W 2009 roku na chwilę pojawiła się nadzieja na otwarcie granicy. Umożliwiły to uwarunkowania wewnętrzne w Turcji (polityka „zera problemów z sąsiadami" partii AKP) oraz Armenii (poszukiwanie przez Serża Sarkisjana legitymacji międzynarodowej po krwawym stłumieniu demonstracji opozycji po wyborach prezydenckich w marcu 2008 roku) oraz sprzyjający klimat międzynarodowy (wsparcie USA, aprobujące milczenie Rosji). Choć w rzeczywistości zaczęło się od zakulisowych kontaktów i rozmów, publika dowiedziała się o planie normalizacji relacji turecko-armeńskich w związku z „dyplomacją futbolową". Wykorzystano fakt, że Turcja i Armenia znalazły się w jednej grupie eliminacyjnej do Mundialu 2010 i prezydenci obu krajów zasiedli na trybunach (najpierw Abdullah Gul w Erywaniu, potem Serż Sarkisjan w tureckiej Bursie). W Armenii, szczególnie zaś ormiańskiej diasporze na Zachodzie i Bliskim Wschodzie, polityka Sarkisjana wywołała burzę emocji (podczas wizyt Sarkisjana we Francji i Libanie doszło do gwałtownych protestów), nie zahamowało to jednak procesu. Jego zwieńczeniem było podpisanie w październiku 2009 roku w Zurychu protokołów zakładających między innymi nawiązanie stosunków dyplomatycznych i otwarcie granicy między oboma krajami. Poza ministrami spraw zagranicznych obu państw w uroczystości wzięli udział sekretarz stanu USA Hillary Clinton i szef rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Siergiej Ławrow. Podpisanie protokołów, które kosztowało tak wiele wysiłków dyplomatycznych, szybko jednak okazało się pustym gestem. Presja Azerbejdżanu (między innymi groźba wycofania azerbejdżańskich kapitałów z Turcji), postrzegającego proces jako turecką zdradę, doprowadziła do usztywnienia stanowiska Ankary, która jako warunek wcielenia w życie protokołów wysunęła postęp w negocjacjach pokojowych dotyczących konfliktu karabaskiego. Dla Erywania warunek ten równał się zerwaniu procesu.

Dziś o nieudanym procesie normalizacji stosunków armeńsko-tureckich pamiętają już chyba tylko historycy. Chwilowa szansa została utracona. Nawet pobieżny rzut oka na sytuację międzynarodową wskazuje, że powrót do stołu rokowań jest nierealny w najbliższych latach. Bliski Wschód pogrąża się w chaosie, sytuacja wewnętrzna w Turcji ulega destabilizacji, narasta kolejna rebelia kurdyjska, nikt nie ma pomysłu na pokonanie Państwa Islamskiego, na Kaukazie umacnia się Rosja, wpływy Zachodu topnieją. Wszystko wskazuje na to, że przez kolejne pokolenia jedynym „nośnikiem" kontaktów między mieszkańcami Bagaranu i wioski Halikiszlak wciąż będą… pszczoły.

* * *

 Dwadzieścia pięć kilometrów na północ od Bagaranu, po stronie tureckiej leży Ani – starożytne miasto ormiańskie, jeden z symboli Armenii, ormiańskiej kultury i dziedzictwa narodowego. Choć w świecie najbardziej rozpoznawalnym ormiańskim symbolem jest Ararat, w samej Armenii Ani w niczym mu nie ustępuje. Są hotele Ani, koniak Ani, korporacje taksówkowe Ani, jogurty Ani… Mimo że niemal doszczętnie zniszczona, stutysięczna niegdyś stolica rządzonej przez dynastię Bagratydów średniowiecznej Armenii wciąż zachwyca i budzi respekt. Położona pośród bezleśnych, pagórkowatych pustkowi, nad urwistym brzegiem Achurianu, na dawnym karawanowym szlaku łączącym Wschód z Zachodem imponuje rozmiarami. Do dziś zachowały się ruiny słynnej katedry przerobionej na meczet po zdobyciu Ani przez Turków seldżuckich i wyrżnięciu lub sprzedaniu w niewolę mieszkańców w 1064 roku. Do dziś podziwiać można pozostałości innych kościołów, murów, twierdzy i domów, które po upadku miasta w wyniku najazdów i trzęsień ziemi opuścili również przodkowie lwowskich Ormian.

Jeszcze kilka lat temu leżące na samej granicy z Armenią miasto było trudno dostępne dla turystów. Potrzebowali specjalnej przepustki, aby do niego dotrzeć. Dziś można tam dojechać bez problemu. Warto to zrobić nie tylko dlatego, żeby podziwiać ogrom dawnego miasta, kunszt ówczesnych architektów i kamieniarzy i przepiękne krajobrazy. Do Ani powinien pojechać każdy, kto chce zrozumieć współczesną Turcję. Z ormiańskim stosunkiem do Turków sprawa jest dość prosta: nienawidzą ich czystą nienawiścią za ludobójstwo, którego dopuścili się na Ormianach w 1915 roku. Z tureckim stosunkiem do Ormian jest znacznie trudniej. Wydawać by się mogło, że Armenia i Ormianie w tureckiej świadomości nie istnieją, nie są bowiem zauważalni. Nic bardziej mylącego! Ormianie są jak cierń, niegojąca się rana, wyparty choć niezapomniany, zbiorowy wyrzut sumienia niepozwalający spać spokojnie. Jak powracający co noc koszmar. Gigantyczny kompleks wobec starożytnego narodu z niepowtarzalną kulturą, który był tam na długo przed nimi i który został (wraz z tą kulturą) przez nich unicestwiony.

Ale cóż takiego jest w Ani, co może o tym świadczyć? Ano nic… Ani jednego słowa, ani jednej wzmianki, ani jednego zająknięcia się o Armenii i Ormianach. Było sobie piękne bogate miasto, gdzie mieszkali ludzie, mieli króla i kościoły. Potem przyszli nieustraszeni Seldżucy, zdobyli je i odtąd miasto stało się częścią Turcji. Kto miałby jakiekolwiek wątpliwości, niech spojrzy na gigantycznych rozmiarów turecką flagę powiewającą nad ruinami „seldżuckiego Ani".

Gdzie nie grzebniesz, spod ziemi wychodzą chaczkary (ormiańskie kamienne krzyże)… Tak Ormianie mówią o wschodniej Turcji, zwanej przez nich Zachodnią Armenią. I choć ich opętanie na punkcie historii i męczące każdego obcokrajowca nieustanne wałkowanie tematu ludobójstwa jest trudne do zniesienia, będąc w Ani, nie sposób nie przyznać im racji.

Do pojednania wciąż naprawdę daleko…

 

Maciej Falkowski jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia.

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej". Co jeszcze można w nim znaleźć? Kliknij tutaj.

 

 


Powrót
Najnowsze

Zachód: nie takie nam sankcje straszne

21.07.2017
Grzegorz Kaliszuk
Czytaj dalej

Litewsko-polski węzeł gordyjski

19.07.2017
Adam Balcer

 

Adam Balcer odpowiada na tekst Dominika Wilczewskiego na temat relacji polsko-litewskich.

Polsko-litewskie relacje od lat znajdują się w impasie. Jednak, trudno pogodzić się z tezą, że dojście do władzy PiS oraz wzrost w Polsce bezkrytycznego stosunku do Kresów nie miało na nie większego wpływu.

Czytaj dalej

„Russiagate”: sukces czy porażka Moskwy?

17.07.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Milczenie i czyny prezydenta

14.07.2017
Ewa Polak
Czytaj dalej

Mój własny Wschód

11.07.2017
Paulina Niechciał - tekst i zdjęcie
Czytaj dalej

"Gazeta Wyborcza" o "Nowej Europie Wschodniej"

10.07.2017
Wojciech Maziarski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu