Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wartości i geopolityka
2016-05-10
Piotr Oleksy

Mołdawia upodabnia się do prozachodnich satrapii z Bliskiego Wschodu. USA legitymizują mołdawskie patologie władzy, UE je krytykuje.

Fot. Saeima (cc by-sa 2.0) commons.wikimedia.org

W Mołdawii wytworzył się system rządów, który jest oparty na szemranych wpływach jednego, niepełniącego żadnej istotnej funkcji publicznej człowieka – Vlada Plahotniuca. W tym niewielkim kraju jak w soczewce skupiają się różnice między amerykańskim i unijnym podejściem do polityki zagranicznej. Dla Waszygtonu liczy się przede wszystkim geopolityka więc mołdawski system rzadów nie jest dla Amerykanów problememem, tak długo jak Mołdawia formalnie jest prozachodnia. Dla promującej europejskie wartości i ducha demokracji Brukseli proeuropejska satrapia ze stolicą w Kiszyniowie staje się prawdziwą bolączką.

Przymykanie oka

Vlad Plahotniuc, oligarcha-hegemon, wkroczył z impetem na amerykańskie salony. Umożliwił mu to udział w majowej imprezie, organizowanej przez blisko współpracujący z Departamentem Stanu think-tank Atlantic Council. W trakcie wizyty w USA Plahotniuc uzyskał zapewnienia o poparciu Waszyngtonu dla mołdawskiego rządu od Victorii Nuland, doradcy sekretarza stanu ds. Europy i Eurazji. Spotkał się również z dyrektorem wykonawczym Międzynarodowego Funduszu Walutowego Menno Snelem.

Wizyta Plahotniuka w USA miała szczególne znaczenie. Oligarcha reprezentował Mołdawię w oficjalnych rozmowach na wysokim szczeblu, choć nie pełni żadnych funkcji państwowych. Mimo że oficjalnie na czele delegacji stał wicepremier i minister gospodarki Octavian Calmic, to doniesienia medialne nie pozostawiały wątpliwości, że pierwsze skrzypce grał Plahotniuc: to on relacjonował spotkania z Nuland czy Snelem, to on prowadzil rozmowy, on pojawiał się na wszystkich fotografiach.

Ranga wizyty była niejasna. Niejasny był też status oligarchy. W końcu okazało się, że Plahotniuc jest „koordynatorem wykonawczym" rady koalicji rządzącej. Zarówno o istnieniu tej rady, jak i funkcji jej koordynatora, mołdawska opinia publiczna wcześniej nie miała pojęcia. Pierwszy raz Plahotniuc tak jawnie pokazał Mołdawianom oraz społeczności międzynarodowej, kto faktycznie rządzi w Kiszyniowie. Oligarcha formalnie jest jedynie wiceprzewodniczącym głównego ugrupowania koalicji, Partii Demokratycznej.

Waszyngton ustami Victorii Nuland już nie pierwszy raz zapewnił o swym poparciu dla obozu władzy w Mołdawii, legitymizując w ten sposób istnienie alternatywnego ośrodka władzy, który nie ma mandatu demokratycznego i nie ponosi odpowiedzialności konstytucyjnej. Podobna sytuacja miała miejsce w połowie stycznia, gdy amerykańska dyplomatka w trakcie wizyty w Bukareszcie wyraziła poparcie dla (utworzonej poprzez szantaż i korupcję, lecz prozachodniej) większości parlamentarnej. Deklaracja Nuland podcięła skrzydła szykujacej się do masowych protestów opozycji.

Stanowisko amerykańskiego Departamentu Stanu eksperci tłumaczą geopolityką. Dla Waszyngtonu najważniejsze jest to, że Vlad Plahotniuc gwarantuje stabilną większość parlamentarną, jednoznacznie opowiadającą się za prozachodnim kursem – pozostałe kwestie to niuanse. Stany Zjednoczone będą zajmowały takie stanowisko dopóty, dopóki w Mołdawii nie wykształci się prawdziwa prozachodnia alternatywa, zdolna do pokonania nie tylko obecnie rządzacych, ale przede wszystkim prorosyjskiej konkurencji.

Hegemon

Rok 2015 sprawił, że nie możemy mówić już o Mołdawii jako o „historii sukcesu" integracji europejskiej na wschodzie kontynentu. Kiszyniowskim rządom nie sposób odmówić determinacji w utrzymaniu prozachodniego kursu w latach 2009-2015 oraz kilku znaczących sukcesów, takich jak zniesienie wiz do UE czy podpisanie Umowy stowarzyszeniowej. Niemniej jednak ubiegły rok pokazał, że pod przykrywkądążeń do integracji z Unią Europejską w Mołdawii rozwinął się oligarchiczny system, opierający sie na korupcji, zawłaszczeniu państwowych instytucji, żerowaniu na pieniądzach obywateli oraz nieustającej wojnie oligarchnicznych klanów.

Ta wojna doprowadziło do wyeliminowania z życia politycznego i społecznego jednego z dwóch największych oligarchów i byłego premiera, Vlada Filata. Aresztowanie go za udział w „kradzieży stulecia" (wyprowadzenie miliarda dolarów z trzech mołdawskich banków) umożliwiło jego konkurentowi – Vladowi Plahotniukowi – przjęcie kontroli nad prawie wszystkimi organami państwa. W ten sposób zakończył sie okres mołdawskiej oligarchii, gdyż Plahotniuc nie ma już ani konkurentów, ani wspólników. Stał się hegemonem.

 

Unijny bół głowy

Unia Europejska nigdy nie była projektem stricte geopolitycznym i dlatego Brukseli trudniej pogodzić się z tym, co się dzieje w Mołdawii. W lipcu 2015 roku Komisja Europejska podjęła decyzję o wstrzymaniu dotacji celowych na reformy mołdawskiego państwa. Unijni dyplomaci i urzędnicy nie szczędzili krytycznych słów pod adresem mołdawskiego rządu.

Podobnego zdania od dawna jest stojący na czele delegacji UE w Mołdawii Pirkka Tapiola. Gdy w styczniu 2016 roku prezydent Nicolae Timofti podjął próbę zablokowania powstania kontrolowanego przez Plahotniuka rządu, mówiło się, że namawiali go do tego „europejscy dyplomaci". Jeśli to prawda, Tapiola musiał odegrać znaczącą rolę. Unijny polityk nie szczędził również słów krytyki wobec mołdawskiego sądownictwa w związku ze sprawą „grupy Petrenki" oraz sprawą mera Tarakliji Sergieja Filipowa.

Grigore Petrenco jest sądzony (wcześniej przez bardzo długi czas był przetrzymywany w areszcie – dłużej niż pozwala na to prawo) za zaatakowanie policjantów oraz stworzenie zagrożenia dla bezpieczeństwa państwowego podczas organizowanej przez siebie manifestacji (która liczyła co najwyżej kilkudziesięciu uczestników). Petrenco jest politykim prorosyjskim, byłym członkiem Partii Komunistów, obecnie znajduje się na marginesie sceny politycznej. Sprawa „grupy Petrenki" jest potrzebna mołdawskiej władzy z przyczyn poropagandowych: Kiszyniów pokazuje w ten sposób, że zagrożenie ze strony Rosji jest realne.

Sympomatyczna jest także sprawa Sergieja Filipowa, byłego mera Tarakliji. To małe miasteczko na południu Mołdawii, zamieszkiwane w większości przez ludność bułgarską. Filipov został decyzją sądu odsunięty od pełnionej funkcji. Oficjalnie przyczyną było nielegalne wycięcia drzew, jednak również w tym przypadku wyrok był najprawdopodobniej motywowany politycznie. Filipov już kilka lat temu, w czasach gdy był jeszcze deputowanym, miał zadrzeć z Partią Demokratyczną i klanem Plahotniuka.

Pirkka Tapiola wyrok w sprawie Filipowa otwarcie nazwał „motywowanym politycznie". Europejski dyplomata został za to skrytykowany przez Stowarzyszenie Mołdawskich Sędziów, które w otwarym liście zarzuciło mu wtrącanie się w pracę wymiaru sprawiedliwości oraz wywieranie nacisku na sądy. Stowarzyszeniu wtórowały kontrolowane przez Plahotniuka media (Tapiola znajduje krytyków również w samej Unii, szczególnie w Rumunii).

W ten sposób na jakiś czas szef delegacji UE stał sie wrogiem numer jeden Plahotniukowskiej machiny propagandowej. Rzecz nie do pomyślenia jeszcze kilka miesięcy temu.

 

Na Wschód? Zachód? Do przodu!

Rządzący Mołdawią nie boją się już jawnie krytykować unijnych dyplomatów. Podkreślają, że mołdawska „suwerenność" jest ważniejsza niż europejskie wartości. Oparcie znajdują w Waszygntonie. Model ten coraz bardziej przybliża Mołdawię do prozachodnich satrapii z Bliskiego Wschodu.

Oczywiście Mołdawia nie stanie się kością niezgody pomiędzy USA a Unią Europejską. Jej przykład pokazuje jednak, jak odmienne podejście do świata mają dwaj najważniejsi zachodni gracze: Waszyngton bezwzględnie kieruje się zasadami realpolitik, a Bruksela jest zagubiona. Unia Europejska zastanawia się, co zrobić z państwem formalnie prozachodnim, jednak łamiącym demokratyczne zasady, skoro wiadomo, że całkowite cofnięcie poparcia dla kiszyniowskiego rządu może grozić przejęciem władzy przez siły prorosyjskie.

Pirkka Tapiola stwierdził niedawno, że nie ważne czy Mołdawia idzie na Zachód, czy na Wschód – ważne by szła w przód (w znaczeniu: wybór geopolityczny jest mniej ważny niż stabilne instytucje i dobrobyt obywateli). Dobrze powiedziane. Rolą Unii Europejskiej powinno być przede wszystkim stanie po stronie Mołdawian, a nie mołdawskiej władzy. Tym bardziej, że jeśli Bruksela zrezygnuje z demokratycznych pryncypiów na rzecz geopolityki, może stracić serca i dusze wielu Mołdawian. A utrzymanie czy wręcz odbudowa wiarygodności Unii poza jej granicami jest ceną, dla której warto zaryzykowac doraźne interesy geopolityczne. O stan relacji między Brukselą i Kiszyniowem powinna martwić się jednak głównie Mołdawia.

Sceptyk powie, że Unii Europejskiej łatwo dbać o wartości, gdy za plecami ma zabezpieczający interesy geopolityczne Waszygton. Być może na tym polega siła Zachodu?

 

Piotr Oleksy jest adiunktem w Instytucie Kultury Europejskiej UAM w Gnieźnie i stałym współpracownikiem „Nowej Europy Wschodniej".


Powrót
Najnowsze

Książka Pawła Kowala nominowana do Nagrody Moczarskiego 2019

21.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Protesty na Ukrainie – tymczasowy kryzys czy nowy Majdan?

21.10.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Kaukaz a turecka inwazja w Syrii

17.10.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

16.10.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Warszawa: Tango śmierci. Spotkanie z Jurijem Wynnyczukiem i Bohdanem Zadurą

15.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Donikąd. Podróże na skraj Rosji

14.10.2019
Michał Milczarek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu