Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Piotr Kępiński

Piotr Kępiński – poeta, krytyk literacki, eseista, juror Nagrody Literackiej Europy Środkowej - Angelus. Pracował m.in. w „Czasie Kultury”, „Newsweeku”, „Dzienniku”. Współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”. Mieszka w Warszawie i w Rzymie.

Litwini, Polacy, Rosjanie i tutejsi
2016-05-28
Piotr Kępiński

 

We wrześniu w wydawnictwie Kolegium Europy Wschodniej ukaże się książka Piotra Kepińskiego "Litewski spleen".  Poniżej wstęp, za tydzień pierwszy rozdział. 

 

Także i dzisiaj we współczesnym Wilnie można poczuć atmosferę wielokulturowości. Zwłaszcza w święta, kiedy przy ulicy Aušros Vartų (Ostrobramskiej) modlą się prawosławni i katolicy, a przy ulicy Vokiečių (Niemieckiej) odbywają się nabożeństwa protestanckie. Przy ulicy Pylimo (Zawalnej) w nowej Synagodze Chóralnej zbierają się żydzi.  

Ale to oczywiście tylko namiastka tego, co było. Dzielnica żydowska w Wilnie praktycznie nie istnieje. Resztki Starej Synagogi, zwanej też Wielką albo Główną, zniszczyli Rosjanie. Świątynię wybudowano w połowie XVII wieku, ale jej korzenie sięgają jeszcze wieku XVI. To w niej skupiało się kulturalne, religijne i naukowe życie przedwojennego żydowskiego Wilna. Dość powiedzieć, że w 1886 roku Matiyahu Straszun założył przy synagodze słynną bibliotekę, w której mieściło się cenne archiwum gromadzące materiały do dziejów Żydów w Polsce. W 1927 roku Biblioteka Publiczna Żydowska im. Straszuna liczyła 19 tysięcy woluminów. 

Tomas Venclova w jednym ze swoich tekstów przypomina, że budynek świątyni podczas wojny został zniszczony, ale nie na tyle, żeby nie być odbudowanym. Jednak władze sowieckie w roku 1948 kazały zrównać go z ziemią. Dzisiaj w miejscu synagogi znajduje się przedszkole. Wokół pusty plac.

Po roku 1968 władze sowieckie zniszczyły też dzielnicę tatarską na Łukiszkach. Najpierw zburzono meczet, potem cmentarz. Część pomników wywieziono na Rossę i Cmentarz Bernardyński, gdzie – jak pisała Honorata Adamowicz w „Kurierze Wileńskim" (20.09.2012) – z płyt pomnikowych zrobiono schody. Dzisiaj w miejscu dzielnicy, zwanej też wioską tatarską, znajduje się Instytut Fizyki. 

W Wilnie przetrwał tylko barok. Choć oczywiście nie w formie nienaruszonej. Do dzisiaj w centrum miasta stoją zdewastowane kościoły Augustianów i Wniebowstąpienia (Misjonarzy). Jednak większość świątyń władze niepodległej Litwy przywróciły do dawnej świetności. Po roku 1991 przebudowano kościół św. Kazimierza. Świątynia ta, wzorowana na rzymskim Il Gesu, wzniesiona w latach 1604–1618 jako wotum po kanonizacji Kazimierza Jagiellończyka, jest doskonałym przykładem polityki władz carskich, niemieckich i sowieckich wobec mieszkańców. W 1832 roku kościół przekształcono w cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja (skuto wtedy rokokowe rzeźby i dobudowano prawosławne kopuły). Podczas okupacji niemieckiej odbywały się tutaj nabożeństwa protestanckie. W 1966 roku utworzono w kościele muzeum ateizmu, wielki posąg Lenina stanął w miejscu ołtarza. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości świątynię starannie odnowiono i zwrócono jezuitom.

Tak jak zmieniał się kształt kościoła św. Kazimierza, tak przez wiek XX zmieniał się skład narodowościowy Wilna i całej Litwy – tej niepodległej, przedwojennej ze stolicą w Kownie,  powojennej – wchodzącej w skład ZSRR i tej dzisiejszej – znów wolnej. 

Wystarczy przyjrzeć się statystykom. Pierwszy spis powszechny przeprowadzono w Wilnie w 1873 roku. Miasto liczyło wtedy 96 tysięcy mieszkańców, ponad połowę stanowili Żydzi. Według spisu władz niemieckich z roku 1916 mieszkało tu około 75 tysięcy Polaków (54 procent), 57 tysięcy Żydów (41 procent), 3 tysiące Litwinów (2 procent). Ogółem w Wilnie żyło wtedy 140 tysięcy ludzi. W roku 1931 Polacy stanowili prawie 66 procent mieszkańców, Żydzi – 28 procent, Rosjanie – 4 procent, Litwini – 0,8 procent. 

Tak jak kształt kościołów w Wilnie nigdy nie był ostateczny i pewny, tak i dane statystyczne bywały tutaj płynne i niejednoznaczne. Te niewinne z pozoru badania rozpalały (przedwojenne) litewskie i polskie głowy. Najwięcej, jak się zdaje, kontrowersji wzbudził spis ludności z roku 1931. Historycy litewscy twierdzili, że polscy badacze chcieli wykorzystać go propagandowo, wskazując na niewielką liczbę obywateli litewskich stanowiących według nich nawet około 10 procent. Skąd tak wielka różnica? Litwini uważają, że wynikała ona przede wszystkim ze strachu do przyznawania się do narodowości litewskiej. Warto bowiem podkreślić, że ówczesna polityka władz polskich wobec Litwinów nie była – mówiąc oględnie – przyjazna. Podobnie jak polityka władz ówczesnej Litwy wobec Polaków. Spis grzechów wzajemnych został dokładnie opisany, a na długiej liście represji dominują zabieranie ziemi (Polakom na Litwie) i zamykanie szkół (Litwinom w ówczesnej Polsce).

Ową bitwę na statystyki przedstawił Stanisław Gorzuchowski w publikacji Granica polsko-litewska w terenie (wydana w 1928 roku nadbitka z czasopisma „Prace Instytutu Badania Stanu Gospodarczego Ziem Wschodnich"). Badania litewskie z 1926 roku wskazują, że na Litwie przedwojennej mieszkało 80 procent Litwinów, 7 procent Żydów i 3 procent Polaków. Jednak „statystyka narodowościowa Litwy, zestawiona na podstawie danych do głosowania do Sejmu, a opracowana według urzędowych danych statystyki wyborczej przez Centralny Polski Komitet Wyborczy w roku 1926",pokazuje trochę inny obraz. Wynika z niej, że na Litwie mieszkało wtedy 76 procent Litwinów, 10 procent Polaków i 9 procent Żydów. Jak widać, rozbieżności były zawsze i dotyczyły nie tylko badań w Polsce, ale także na Litwie. 

Jak jest dzisiaj? Wilno ma ponad pół miliona mieszkańców, z czego Litwini stanowią 63 procent, Polacy – 16 procent, Rosjanie – 12 procent, Białorusini – 3,5 procent, Żydzi – 0,4 procent. 

Ostatnia wielka zmiana struktury narodowościowej po II wojnie światowej, podczas której wymordowano 90 procent litewskich Żydów, nastąpiła w latach 1945–1946. Sowiecką Litwę opuściło 200 tysięcy Polaków, a w latach 1956–1959 na mocy umowy międzyrządowej podpisanej przez PRL i ZSRR wyjechało około 48 tysięcy Polaków. 

Chociaż od tego exodusu minęło sześćdziesiąt lat, a dzisiejsza Litwa przeżywa równie znaczące wyludnienie spowodowane emigracją zarobkową najmłodszego pokolenia (w ciągu ostatnich kilkunastu lat kraj opuściło ponad pół miliona ludzi), to owa historia kładzie się ciągle cieniem na litewskiej teraźniejszości. Polityka władz w stosunku do mniejszości narodowych wciąż pozostaje w związku z minionym. Zajęcie Wilna przez Żeligowskiego, polskie ultimatum dla Litwy w 1938 roku – to stałe punkty odniesienia. A jeśli chodzi o dane statystyczne, to historycy zarówno z Wilna, jak i z Warszawy ciągle nie mogą dojść do porozumienia. Historia trwa w najlepsze. 

 

****

 

Historyczne spory podsycają czasami miejscowi Polacy. Jak w pamiętnym roku 1990, kiedy 11 marca Litwa ogłosiła Akt przywrócenia państwa litewskiego. (Akt ów podkreślał odnowienie i prawną kontynuację państwa litewskiego z okresu międzywojennego, które znalazło się pod okupacją Związku Sowieckiego i utraciło niepodległość w czerwcu 1940 roku. Litwa jako pierwsza z republik radzieckich proklamowała niezależność od chylącego się ku upadkowi Związku Radzieckiego). W tym samym czasie grupa litewskich Polaków pod przywództwem między innymi Jana Ciechanowicza ogłosiła utworzenie Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego. Miał to być polskojęzyczny okręg autonomiczny ze stolicą w Nowej Wilejce, z polską flagą i z własnym hymnem (Rotą). Został on zatwierdzony nawet specjalną uchwałą Rady Najwyższej Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, jednak litewskie władze samorządowe ustanowiły zarząd komisaryczny. Nie ma odpowiednich dokumentów, ale podobno pomysł utworzenia polskiego okręgu popierał generał Wojciech Jaruzelski. 

Wyobraźmy sobie analogiczną sytuację w Polsce. W roku 1989 mniejszość litewska jednostronnie ogłasza autonomię. Wszyscy przyjęliby to ze spokojem? Nie. Tak więc dla państwa, które po okresie sowieckim budziło się do życia, musiał to być niemały szok. Wydaje się, że po zajęciu Wilna przez generała Lucjana Żeligowskiego w roku 1920 był to cios największy. Niestety, owo wydarzenie zbudowało najtrwalszą granicę między wschodnimi okręgami Litwy a Wilnem. Granica ta istnieje do dzisiaj. Litwini nie jeżdżą do Solecznik, Polacy z tego regionu nie mają przyjaciół w Wilnie. 

W stolicy Litwy sytuacja wygląda znacznie lepiej. Polacy zajmowali ważne stanowiska w rządzie Algirdasa Butkevičiusa (ministrem energetyki w latach 2012–2014 był Jarosław Niewierowicz), w mieście działa wiele restauracji polskich – Sakwa na Antokolu prowadzona przez polskiego biznesmena Witolda Rudziańca i Gabi przy ulicy sv. Mykolo na Starym Mieście, wychodzą polskie gazety z „Kurierem Wileńskim" na czele (a także „Magazyn Wileński", „Rota", „Tygodnik Wileńszczyzny"), działa rozgłośnia radiowa Znad Wilii wraz z ciekawym portalem zw.lt. 

Do roku 2010 zdawało się, że mimo historycznych zaszłości i współczesnych animozji budowanie państwa wielonarodowościowego na Litwie idzie w dobrym kierunku. Sytuacja mniejszości rosyjskiej też nie budziła wtedy większych kontrowersji. Litwa w przeciwieństwie do Łotwy i Estonii nie miała z nią poważniejszych zatargów. Prawdopodobnie dlatego, że rosyjscy autochtoni, emigracja międzywojenna, a także ludność, która napłynęła na Litwę po roku 1945, nie byli skonsolidowani. To wewnętrzne rozbicie sprzyjało integracji przy zachowaniu przywilejów mniejszości. 

„Obecnie na Litwie mieszka około 219 tysięcy Rosjan (szacuje się, że 2/3 z nich to osoby, które przybyły na Litwę po II wojnie światowej lub ich potomkowie), co stanowi 6,2 procent ogółu mieszkańców.Co prawda, 14 tysięcy ludzi podających się za Rosjan za swój język ojczysty uważa język litewski. Według danych z 2007 roku na Litwie działa 26 szkół z rosyjskim językiem nauczania i 30 mieszanych. Jest zarejestrowanych 68 rosyjskich społecznych i kulturalnych organizacji. Rosjanie mają dwie partie: Związek Rosjan Litwy oraz Rosyjski Sojusz (który w ostatnich wyborach startował razem z AWPL), jednak w porównaniu z polską partią pozycja ich na litewskiej scenie politycznej jest o wiele słabsza. Obecnie nie mają żadnego przedstawiciela w Sejmie. Na szczeblu samorządowym też nie jest najlepiej. Przykładowo w Wisagini, gdzie większość mieszkańców stanowią Rosjanie lub rosyjskojęzyczni, mieszkańcy głosują w większości na litewskie partie" (Antoni Radczenko, Rosjanie na Litwie, „Kurier Wileński", 25.06.2010).

Rosjanie mają dostęp do rosyjskiej i rosyjskojęzycznej telewizji. Nowości książkowe i gazety codzienne są praktycznie w każdej księgarni. Wychodzi duża gazeta „Litowskij Kurier", niezwykle popularny jest tygodnik „Express niediela". Rosjanie zamierzają zbudować Moskiewski Dom – wielkie centrum mające promować kulturę rosyjską (na razie inwestycja została wstrzymana). I wszystko to dzieje się niezależnie od sytuacji politycznej na Ukrainie – niezależnie od padających w Seimasie propozycji, by zlikwidować albo ograniczyć wydawanie gazet rosyjskojęzycznych (pomysł posła Kęstutisa Masiulisa z marca 2014 roku), jako powód podaje się szerzenie kremlowskiej propagandy. Na razie litewski sąd zablokował emisję na terenie Litwy rosyjskiego kanału NTV Mir. W jednym z programów dopatrzono się „treści, które można określić mianem wojskowej propagandy". 

Z polskiego punktu widzenia wspomniany rok 2010 był nieco ważniejszy. Wtedy właśnie zlikwidowano Urząd do spraw Mniejszości Narodowych i Emigracji (dzisiaj wszystkie kwestie będące w gestii tej instytucji rozstrzyga Ministerstwo Kultury). Przestała też obowiązywać istniejąca od roku 1989 Ustawa o mniejszościach narodowych –na razie nie bardzo wiadomo, kiedy skończą się prace nad następną. Seimas odrzucił wówczas projekt liberalizujący zasady pisowni nazwisk. Jeżeli dodamy do tego nierozwiązane problemy związane z odzyskiwaniem przez litewskich Polaków ziemi na Wileńszczyźnie, zobaczymy wyraźnie, że polityka narodowościowa stanęła w miejscu. 

Od tego roku można obserwować, banalizowane przez Litwinów, objawy radykalizmu w dyskursie medialnym i społecznym. Hasła „Litwa dla Litwinów" pojawiające się w gazetach (celował w tym nieistniejący dzisiaj dziennik „Respublika" – pismo konserwatywne, mające dwa wydania – litewskie i rosyjskie) nie były niczym nadzwyczajnym. Na manifestacjach do głosu dochodzili radykałowie. W 2012 roku na wyborczym wiecu zorganizowanym w Wilnie na Zielonym Moście lider Litewskiego Związku Narodowców krzyczał: „Mam nadzieję, że tej jesieni wspólnymi siłami wyczyścimy Seimas, a później wszystkie samorządy z czerwonego, tęczowego i biało-czerwonego gnoju". Oczywiście, na podobnych działaczy można natknąć się wszędzie, także w Polsce. Problem polega na tym, że na Litwie istnieje delikatne przyzwolenie na poniżanie innych narodów. Dowcipy antysemickie, antypolskie i antyrosyjskie w mediach nie są powszechne, niemniej jednak się pojawiają. I nikt z tego powodu nie protestuje. Kinga Dudzińska pisała w „Biuletynie PISM" (nr 69, 2010): „Choć większość członków elit litewskich zapewne nie podziela skrajnych haseł swoich kolegów, obecnie rzadziej wyrażają oni wobec nich dezaprobatę".

Tak jest i dzisiaj. W mediach toczy się nieustannie spór o polskie nazwiska, szkolnictwo i ziemię. Każda ze stron ma swoje argumenty, które od lat powtarza niczym mantrę. A wszystkie rządy litewskie, jak się zdaje, niewiele zrobiły w tej kwestii. Elżbieta Kuzborska w książce Ochrona prawna mniejszości narodowych na Litwie (Vilnius 2011) pisała: „Obecnie żaden akt prawny nie reguluje szczegółowo reguł pisowni imion i nazwisk w aktach stanu cywilnego i dokumentach oficjalnych. Dotychczas w mocy pozostaje rozporządzenie Rady Najwyższej RL z 31 stycznia 1991 roku w sprawie pisowni imion i nazwisk w dowodzie osobistym obywatela RL, według której w litewskich dowodach imiona i nazwiska osób narodowości nielitewskiej pisane są z użyciem alfabetu litewskiego. Na pisemne żądanie obywatela jego imię i nazwisko jest pisane: 1) na podstawie wymowy w formie zlituanizowanej niegramatycznej (bez końcówek litewskich) lub 2) na podstawie wymowy w formie zlituanizowanej gramatycznej (z końcówkami litewskimi)".

Wydawać by się mogło, że ów zapis powinien wystarczyć litewskim Polakom. Niestety, w rozporządzeniu jest jeden haczyk: „Państwa będą stosowały to postanowienie przy uwzględnieniu ich własnych, szczególnych okoliczności".

W praktyce sytuacja wygląda tak, że nazwiska polskie zapisywane są w zlituanizowanej formie gramatycznej. Chociaż brakuje tu konsekwencji, albowiem w pismach literackich, na przykład w tygodniku „Literatūra ir menas", nazwiska autorów, których teksty tłumaczone są z języka polskiego, zapisywane są w formie polskiej, a nie zlituanizowanej – a więc traktowane są w zasadzie jako cytaty z języka obcego. Ale już w tygodniku „Veidas" nazwisko Piotr Kępiński zabrzmi Piotras Kępinskis. 

I żadna ze stron, ani Litwini, ani litewscy Polacy, niewiele w tej kwestii robi.  Oprócz przepychanek i wzajemnych oskarżeń brak poważnych dyskusji chociażby o historii. W gazetach i telewizji królują ostre komentarze. 

Wystarczy przejrzeć jakikolwiek numer „Kuriera Wileńskiego", by zobaczyć, że kurs konfrontacyjny nie jest obcy także i polskiej stronie. Niemało kontrowersji wzbudzają też działania Akcji Wyborczej Polaków na Litwie (AWPL). Trzynastego stycznia 2014 roku, podczas obchodów Dnia Obrońców Wolności, który na Litwie celebruje się z wielką powagą, bo wydarzenia z 1991 roku ciągle są tam żywe, odbyło się uroczyste posiedzenie Seimasu. Kiedy zaczął przemawiać Vytautas Landsbergis, pierwszy przywódca niepodległej Litwy i honorowy przewodniczący konserwatystów, salę parlamentu opuścili posłowie AWPL. Chcieli w ten sposób zaprotestować przeciw ukaraniu grzywną w wysokości 43 tysięcy litów (około 12 tysięcy euro) Bolesława Daszkiewicza, dyrektora Samorządu Rejonu Solecznickiego, za „nieusunięcie tablic z dwujęzycznymi nazwami ulic z posesji prywatnych".

Fakt, tablice zostały wywieszone zgodnie z prawem wiele lat temu, kiedy obowiązywała Ustawa o mniejszościach narodowych. Fakt, Landsbergis znowu prowokował, mówiąc: „Warto przyjąć kilka poprawek, by wyeliminować ze służby państwowej osoby, które nie przestrzegają ustaw" (cyt. za „Kurierem Wileńskim"). Fakt, kara była bardzo wysoka i trochę bezsensowna, bo przecież Polacy na Litwie są tak samo uparci jak Litwini i żadna grzywna ich nie przestraszy – i nie wierzę w to, żeby powstrzymała dalsze tego typu akcje (myślę tutaj o wywieszaniu dwujęzycznych tablic). Sprawę dokładnie opisały gazety i portale internetowe zarówno polskie, jak i litewskie. Przez trzy dni informacje o wydarzeniu w Seimasie nie schodziły z pierwszych stron. Litwini generalnie Polaków krytykowali, a Polacy bronili się, twierdząc, że ich akcja nie była wymierzona przeciwko Dniu Obrońców Wolności.

A jednak źle się stało. Przede wszystkim dlatego, że ważny dla wszystkich obywateli Litwy dzień został spostponowany. Tak się nie robi. Można nie zgadzać się z Landsbergisem, którego retoryka drażni nawet niektórych Litwinów. Ale nie można w taki sposób dyskutować. 

To tylko jeden z wielu incydentów z ostatnich kilku lat. Nie da się ukryć, że spirala niechęci zaczyna eskalować. Marszałek Senatu RP Bogdan Borusewicz podczas wizyty w Wilnie w kwietniu 2014 roku mówił: „My w Polsce nie możemy zrozumieć, o co tu chodzi. To są drobne sprawy, czy problemem jest pisanie »w«, czy tabliczki, wszędzie poza Litwą to jest stosowane. Mieliśmy olbrzymie problemy historyczne z Niemcami, a teraz są najlepszym sojusznikiem".

W roku 2014 w litewskim rządzie zasiadali również Polacy. Żaden z ważniejszych ministrów czy wiceministrów jednak nie uczynił nic, by krok po kroku naprawiać sytuację. Nikt nie mówił o zacofaniu gospodarczym rejonu solecznickiego. Dopiero w roku 2015 zaczęto nieśmiało o tym przypominać. Bo dla Waldemara Tomaszewskiego, przewodniczącego AWPL, problemu nie było ani nie ma. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" (15.11.2014) mówił: „AWPL oprócz spraw, o których rozmawiamy, robi na Litwie całą masę innych ważnych spraw. Nasze regiony są sprawnie i uczciwie zarządzane. Nie jesteśmy zadłużeni. Sporo inwestujemy, dużo budujemy. A Wilno niestety jest zadłużone. W ciągu ostatnich 25 lat wybudowano w stolicy tylko jedno przedszkole. W naszym regionie (gdzie współrządzimy, czyli na Wileńszczyznie) powstało pięć. Pomagamy realnie rolnikom. Subsydiujemy w regionie wileńskim 25 procent ceny za ogrzewanie, które na Litwie jest bardzo drogie. Nasze działania zaczynają doceniać także Litwini. I dlatego, jak już wspomniałem na początku naszej rozmowy, głosują na nas. (…)

Jak zaczyna nam się powodzić, to trzeba nas propagandowo zgnębić. Podkreślę: w naszym regionie mieszka ok. 900 tys. mieszkańców, to znaczy, że jest to jedna trzecia mieszkańców całego kraju. (…)

Mamy ponad 60 mandatów w samorządach. To jest duża przewaga. Jeżeli dodam do tego, że w naszym regionie skupia się ok. 60 procent litewskiej gospodarki, to o czym mówmy? I chyba taka sytuacja wielu politykom nie jest na rękę. Zwłaszcza tym nacjonalistycznym. Bo oni szczując na nas swoich wyborców, cementują swój elektorat. My do tego ręki nie przykładamy. My scalamy nasze społeczeństwo. Jesteśmy niezwykle aktywni. Mamy zespoły sportowe, taneczne, teatralne. W innych regionach Litwy tak nie jest". 

Warto jednak przypomnieć, że w Wilnie oprócz ciekawego Studium Teatralnego nie ma polskiego środowiska literackiego (Alicja Rybałko, poetka i tłumaczka mieszkająca zresztą obecnie w Berlinie, czy Romuald Mieczkowski i Aleksander Radczenko, autor książki Cień Słońca. Inne opowiadania, sprawy nie rozwiązują). Nie widać żadnego wybitnego polskiego talentu literackiego, który zaistniałby także w literaturze litewskiej. 

Dlaczego? Dlaczego np. podczas konkursu dla młodzieży licealnej, kiedy pojawi się ktoś proponujący spojrzenie wybiegające poza patriotyczny schemat, albo schemat krytykujący, zostaje uznany za wroga? Wiem, co piszę, bo raz w życiu byłem w jury konkursu na film prezentujący ideę powstania styczniowego. Zwyciężył chłopak, który mówił, że powstanie to mało ciekawa prehistoria. Obie strony konfliktu walczyły „nawalone",a rycerskości nie było za wiele ani po jednej, ani po drugiej stronie. Nie miał prawa tak mówić? Miał. I dostał nagrodę. Niestety, dostał też po nosie. Jury również się oberwało. Bo takich postaw nie wolno promować. 

Na Wileńszczyźnie, ale też i na całej Litwie, brakuje „otwarcia", ryzyka i krytyki. Nie ma też pomysłów, jak zbliżać do siebie narody, omijając historyczne zaszłości. 

Owszem, ukazuje się wiele ważnych publikacji, w Wilnie działa Polsko - Litewskie Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia.  Intelektualiści litewscy i polscy bez trudu znajdują wspólny język. Problem pozostaje na płaszczyźnie oficjalnej. Wydaje się, jak pisała Kinga Dudzińska w „Biuletynie PISM" (nr 69, 2010), że działania władz litewskich „uzasadnione zarówno sytuacją budżetową, jak i zmianami demograficznymi oraz koniecznością integracji mniejszości narodowych, mogą spowodować, szczególnie w dłuższej perspektywie, pogorszenie się dotychczasowego położenia poszczególnych grup narodowych. Litwa gwarantuje mniejszościom narodowym podstawowe prawa, a jej polityka wobec tych grup zmierza, jak się wydaje, w kierunku stricte integracyjnym. Wynika to głównie z postawy władz odrzucających wiele postulatów mniejszości narodowych, przy czym na postawę tę wpływają również stereotypy i uprzedzenia wobec mniejszości, które dominują w mediach oraz często występują w opiniotwórczych środowiskach biorących udział w debacie publicznej".

Od czasu do czasu mamy do czynienia z intensyfikacją działań, które do niczego dobrego nie doprowadzą. Trzy lata temu czterdziestu pięciu litewskich pisarzy wyraziło swoje oburzenie w związku z zamiarem uprawomocnienia oryginalnej pisowni nazwisk. 

„Zdaniem autorów listu, w związku z zezwoleniem oryginalnej pisowni nazwisk do języka litewskiego trzeba będzie dodać około 150 nowych liter i znaków diakrytycznych. To wywoła całkowite zamieszanie i w wymawianiu, i w zapisywaniu nazwisk. Jednakowo zapisane nazwiska będą wymawiane różnie, a jednakowo wymawiane – różnie zapisywane. Tylko jednostki podołają nauczeniu tylu nowych liter i znaków diakrytycznych, zostanie zakłócona działalność instytucji i spółek" – argumentowali litewscy pisarze, między innymi Vidmantė Jasukaitytė, Jonas Mikelinskas, Vytautas Rubavičius, Arvydas Juozaitis, Jurgis Gimberis, Julius Keleras, Rimvydas Stankevičius (Delfi.lt).

Litewski politolog Laurynas Kasčiūnas w wywiadzie dla radia Laisvoji Banga nazwał rejon solecznicki rezerwatem. Nie był wyjątkiem. To inwektywa używana nader często przez litewskich polityków. Politolog sugerował, żeby zamiast zmieniać nazwiska, Polacy zajęli się wreszcie sprawami ekonomicznymi i socjalnymi. Ma rację absolutną, tylko że popełnił podstawowy błąd logiczny: podzielił Litwę na dwa twory, jeden przynależny Litwie właściwej, a drugi – Polakom. W ten sposób nie skonsolidował kraju, ale go pokroił. Niepotrzebnie. Bo po wydarzeniach na Krymie i na wschodzie Ukrainy w relacje polsko-litewskie jeszcze bardziej ingeruje Rosja. Zręcznie wykorzystując wzajemne animozje, stara się przyciągnąć do siebie a to Polaków, a to Litwinów (w rosyjskojęzycznych gazetach na Litwie ukazują się od czasu do czasu analizy historyczne wskazujące na Polaków jako sprawców rozpoczęcia II wojny światowej, a także jako autorów zbrodni popełnionych na Litwinach podczas okupacji hitlerowskiej). 

Najbardziej przeraża świat stereotypów, w jakim żyją zarówno Polacy na Litwie, jak i Litwini. Brak tu jakiejkolwiek próby przełamania. Polacy? Wieczni krzywdziciele i uzurpatorzy, dawni właściciele. Litwini? Niewłaściciele, uparci i mściwi. Kompromisu brak. Pocieszające jest tylko to, że wojny też nie będzie. 

Bywa, że pojawiają się iskierki nadziei. Jakiś czas temu litewski minister spraw zagranicznych Linas Linkevičius wyraził przekonanie, że ustawodawcy rozstrzygną kwestię pisowni imion i nazwisk z użyciem łacińskich liter, których nie ma w litewskim alfabecie, na przykład x czy w. „Pójdźmy na Rossę i zobaczymy tam, że na nagrobku Basanavičiusa jest literka »w«.Tu nie chodzi o relacje z Polską czy z polską mniejszością na Litwie, tu chodzi cywilizowane podejście [do sprawy]. Zresztą, na ile zrozumiałem orzeczenie Sądu Konstytucyjnego, to kwestii tej nie reguluje konstytucja, ale tylko ustawy".

Czy problem feralnej litery „w" zostanie rozwiązany? Tego oczywiście nie wie nikt. Wiadomo jedno: dobrze byłoby, gdyby inne narody miały tylko takie problemy. Choć jeszcze lepiej byłoby, gdyby nawet i takich nie było. Znacznie lepiej byłoby też, gdyby obie strony darowały sobie semantyczny ping-pong, z którym mamy nieustannie do czynienia. Spójrzmy na przykład na kłótnie o tzw. tutejszych. 

 

***

Zawsze byłem ciekaw, jak na określenie „tutejszy" reaguje mniejszość polska na Litwie. Interesowało mnie też, dlaczego niektórzy Litwini w ogóle używają tego terminu, skoro w oficjalnych statystykach taka grupa społeczna nie istnieje. Kim jest tutejszy? To Polak? Czy Białorusin? A może trochę Polak, trochę Białorusin? A może ktoś, dla kogo punktem odniesienia nie jest Litwa, tylko na przykład Rosja? Czy tutejszy to prosty chłop z Solecznik? Czy może nim być Polak z Wilna nieposługujący się biegle językiem litewskim? Albo Białorusin spod Wilna mówiący łamanym polskim? Tutejsi to ludzie bez właściwości i korzeni? Tutejsi to nie-Litwini, którzy w przyszłości mogą się stać Litwinami właśnie dlatego, że nie mają swoich korzeni?

Gdyby zrobić odpowiednie badania, pewnie otrzymalibyśmy setki definicji. W Wilnie wszyscy wiedzą, że tutejsi gdzieś istnieją, ale jak wyglądają – nie wie nikt. A może tutejszy to stan umysłu? To obywatel Litwy, który do Londynu nie poleci przez Frankfurt, tylko przez Moskwę? Wydaje się, że dla części Litwinów tutejszy to ten, który sytuuje siebie bliżej granic wschodnich niż północnych i zachodnich. Dotyczy to także mentalności. 

Jeszcze bardziej interesująca jest kwestia, dlaczego Litwini wpychają tzw. tutejszych w objęcia „tuteizmu", odmawiając im prawa do samookreślenia. Prawdopodobnie dlatego, że tak jest łatwiej, bo w ten sposób na przykład prawa mniejszości polskiej zostają zepchnięte na dalszy plan. Mówicie o mniejszości polskiej, ale przecież oni sami nie wiedzą, kim są – takie opinie też słyszałem. 

Mniejszość polska na Wileńszczyźnie ma jednak świadomość przynależności narodowej. Jednak nie zawsze z ich punktu widzenia spoiwem łączącym z Polską musi być dzisiaj język. Oni wiedzą doskonale, że są obywatelami Litwy; wiedzą doskonale, że są Polakami; mają też świadomość, że ich język różni się od języka używanego w RP. Z litewskiego punktu widzenia to język jest najważniejszy. Z polskiego punktu widzenia – niekoniecznie. 

Jakiś czas temu pisałem o badaniach dotyczących postrzegania Polaków przez Litwinów i narzekałem, że nie były dość profesjonalne. Ponad dwa lata temu ukazał się wreszcie solidny raport Badania nad identyfikacją tożsamości mniejszości polskiej na Litwie przygotowany przez Instytut Nauk Politycznych na Uniwersytecie Michała Römera. Badania – jak podawał portal zw.lt – były prowadzone od listopada 2012 do lipca 2013 roku. Ogółem rozdano 570 ankiet, z których zwrócono 411. Kwerendę przeprowadzono w Wilnie, rejonie wileńskim i solecznickim, czyli na terenach zamieszkanych przez mniejszość polską.

Co wynikało z badań? Ano to, że „36,7 procent [przedstawicieli mniejszości] uważa siebie za Polaka, 24,6 procent odpowiedziało »jestem Polakiem mieszkającym na Litwie«, 11,2 procent nazwało siebie litewskimi Polakami, a 12,9 – Polakami z Wileńszczyzny. »Termin litewski Polak wśród miejscowych Polaków raczej nie jest popularny. Mówią o sobie po prostu Polak« – skomentował [w portalu zw.lt] dr Gediminas Kazėnas. Tylko 5,8 procent nazwało siebie Litwinem polskiego pochodzenia, a 1,2 Polakiem litewskiego pochodzenia".

Okazało się też, że 50 procent respondentów używa języka polskiego w domu, 4,6 procent posługuje się językiem rosyjskim, 10,1 procent – litewskim, 14,6 procent – rosyjskim i litewskim. 

Podczas dyskusji nad raportem padło pytanie: czy miejscowi Polacy nie uważają siebie za tutejszych lub „zakamuflowanych Białorusinów"? „Pytanie o »tutejszych« respondenci odbierali jako obrazę, że jest to termin wymyślony przez Litwinów. (…) Na granicy z Białorusią ten termin jest odbierany bardziej neutralnie. Generalnie spotkałem się z wypowiedziami, że »tutejszymi« byli nasi dziadkowie. To już jest raczej historia" – wytłumaczył dr Gediminas Kazėnas.

Święte słowa, chciałoby się napisać. Warto o nich pamiętać w każdej dyskusji o mniejszości polskiej na Litwie. Ludzie mają prawo do samookreślenia. I jeżeli dodam tylko, że zdecydowana większość polskiej mniejszości na Litwie nie ma nic przeciwko językowi litewskiemu i chce się go uczyć; jeżeli dodam, że większość Polaków uważa się za lojalnych obywateli litewskiego państwa – to czego chcieć więcej? Może trzeba to po prostu zauważyć? Że to nie „tutejsi", tylko obywatele Litwy pochodzenia polskiego. 

I jeszcze jedna uwaga. Córka mojego przyjaciela Polaka z Wilna chodzi do przedszkola (polskiego). Pewnego dnia pani poprosiła, by dzieci narysowały swoją flagę narodową. I co dzieci (polskie) narysowały? Flagę polską? Błąd. Wszystkie przedszkolaki jak jeden mąż narysowały flagę litewską. Jak na tutejsze dzieci przystało.

 



Powrót
Najnowsze

Czy Giedroyc jest aktualny?

25.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Kresentymentalizm

25.05.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

V Forum Europejskie

24.05.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Spotkanie: Wojna, która nas zmieniła

22.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Europa Wschodnia – polska specjalność?

18.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Political fiction rodem ze średniowiecza

18.05.2017
Maxim Rust
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu