Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
U(z)bekistan: anatomia upadku

Rządzący Uzbekistanem od ćwierćwiecza Islam Karimow jest w bardzo ciężkim stanie. Prezentujemy reportaż Macieja Falkowskiego z Uzbekistanu: „Niewiele jest wizerunków Karimowa w przestrzeni publicznej. Niewidoczny, niedostępny tyran jest tym bardziej groźny i przerażający. Bohaterem Uzbeków, którego ideowym spadkobiercą najwyraźniej czuje się Karimow, jest Tamerlan".

Reportaż pochodzi z numeru 3/4-2016 NEW. Więcej o numerze.

Fot. Helene C. Stikkel (domena publiczna) commons.wikimedia.org

 

Pierwsze wrażenie nie jest złe, szczególnie jeśli przyjedzie się do Taszkentu z któregoś z innych państw posowieckich. W stolicy Uzbekistanu, podobnie jak w Mińsku, mieszkańcy Ukrainy, Armenii czy Kirgistanu wpadają w zachwyt na widok niewielkiej ilości śmieci na ulicach, działających świateł, w miarę uregulowanego ruchu ulicznego, braku watah bezdomnych psów i kotów, kabli wiszących nad jezdniami i rynien kończących się na wysokości głowy, schludnie wyglądających autobusów zatrzymujących się na… przystankach. Takie właśnie jest centrum Taszkentu. Trudno również nie wydać okrzyku zachwytu na widok najsłynniejszych zabytków Samarkandy, Buchary czy Chiwy. Sęk w tym, że większość turystów na tym okrzyku poprzestaje,zwiedzają Uzbekistan w zorganizowanych grupach. Trudno im się dziwić, że wolą fotografować piękne meczety czy medresy niż odrapane sowieckie bloki i bardziej interesują ich ubiory rodem z uzbeckiej cepelii niż nacjonalnyj uzbekskij kostium z przełomu XX i XXI wieku, to znaczy dres z napisem „Adidas" bądź „Russia". Bo mieszkańcy Zachodu – także Polacy – zafałszowują obraz krajów Azji Centralnej czy Kaukazu, podświadomie wyolbrzymiając tamtejszą egzotykę stanowiącą nierzadko kroplę w morzu obmierzłej sowieckości.

 

Regres

Kilkaset metrów od centrum Taszkentu, samarkandzkiego Registanu czy bucharskiej twierdzy Ark zaczyna się nieupudrowany uzbecki świat. Rozsypujące się domy, dziurawe jezdnie, wysypiska śmieci na każdym kroku, ścieki płynące ulicami, wszędzie pełno wszelakiego żelastwa i betonu o trudnym do odgadnięcia przeznaczeniu. Jak to w Sojuzie. Po wsiach osiołki, lepianki, furmanki… Infrastruktura publiczna jest w zatrważającym stanie. Niewymieniane i nieremontowane od dziesiątków lat wodociągi, linie elektryczne, rury kanalizacyjne ulegają stopniowemu rozkładowi.

 

W równie tragicznym stanie są drogi, w tym główne takie jak Taszkent-Samarkanda czy Taszkent-Fergana. Często brakuje wody w kranach, energii elektrycznej, a wielogodzinne kolejki przed stacjami benzynowymi są normą. W miarę dobrze trzymają się jedynie koleje, wybudowane w czasach sowieckich w myśl zasady gniotsia nie łamiotsia. Turyści mogą nawet przejechać się nowoczesnymi pociągami Afrosijob, Szark czy Nasaf do Samarkandy, Buchary i Szahrisabzu – miejsca urodzin Tamerlana. Podróżując po byłym Związku Sowieckim, zawsze zadaję sobie pytanie, czy tamtejsza brzydota była równie brzydka przed rozpadem ZSRS, czy wyraźnie zbrzydła po 1991 roku. W jakim stopniu wszechogarniające dziadostwo odwiecznie było dziadostwem, a w jakim stało się nim w konfrontacji z rzeczywistością spoza sowieckiego świata? Sowiecki „raj na ziemi" najwyraźniej nigdy nie wyglądał zachęcająco (wystarczy uważniej przyjrzeć się starym fi lmom i fotografi om z tamtego okresu albo posłuchać opowieści pokolenia pięćdziesiąt plus), a trwający permanentnie rozkład zaczynał się w dniu wybudowania czegokolwiek sowiecką metodą. Upadek imperium spowodował jednak gwałtowne załamanie całego systemu, co doprowadziło nie tylko do zahamowania i tak już marnego rozwoju, ale odwróciło procesy modernizacyjne wspak. Postęp został zastąpiony regresem.

 

Rozkład infrastruktury to jednak tylko jedna strona medalu. Drugą jest gigantyczny regres cywilizacyjny: obniżenie stopy życiowej, pauperyzacja ludności, ogromne bezrobocie wymuszające masową migrację zarobkową do Rosji, degradacja służby zdrowia i systemu edukacji (zarówno szkół, jak i uniwersytetów), a w efekcie regres intelektualny społeczeństwa przejawiający się w półanalfabetyzmie lub wtórnym analfabetyzmie, szczególnie młodych osób, czy wzroście patologii społecznych (z narkomanią i przemocą domową na czele). Sytuację pogarsza masowy, trwający od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku odpływ ludności rosyjskojęzycznej, stanowiącej miejscową elitę techniczną i intelektualną. Może takie spojrzenie jest europocentryczne i niezbyt poprawne politycznie. Po co jednak silić się na poprawność, kiedy rzeczywistość krzyczy… Podobne procesy zachodzą na całym obszarze posowieckim, a czytając w mediach o przykładach degrengolady społecznej, można zastanawiać się, czy nie przoduje w niej Rosja – kraj z pogardą patrzący na „zgniły" Zachód i szczycący się rzekomymi duchowymi skrzepami (jak w 2012 roku powiedział Putin – miał na myśli takie cechy jak miłosierdzie, dobro).

 

Strach

Sąsiedzi, w szczególności nienawidzący Uzbeków Kirgizi i Tadżycy, śmieją się sarkastycznie, że typowy mieszkaniec współczesnego Uzbekistanu donosi sam na siebie. Niestety niewiele w tym przesady. Rozbudowana inwigilacja i donosicielstwo są podstawą systemu stworzonego przez siedemdziesięcioośmioletniego prezydenta Islama Karimowa. Opiera się on na wszechwładnych służbach specjalnych kierowanych przez najmroczniejszą postać współczesnego Uzbekistanu – szefa Narodowej Służby Bezpieczeństwa Rustama Inojatowa. Drugim filarem jest instytucja mahalli, usankcjonowanej przez państwo wspólnoty terytorialnej obejmującej najczęściej kilka ulic. Mahalla ma pozytywne strony: zapewnia sąsiedzką pomoc, w jej ramach można rozwiązać podstawowe problemy bytowe. Człowiek nie czuje się sam. Nawet gdy chce być sam. Poza pozytywnymi funkcjami mahalla służy państwu do sprawowania niemal totalnej kontroli społecznej nad jednostką. Jest wymarzonym instrumentem autorytarnego reżimu, polegającym w uproszczeniu na tym, że wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich i uprzejmie donoszą o tym agentom rozlokowanym w mahalli. Anonimowość można zachować co najwyżej w toalecie, choć biorąc pod uwagę uzbeckie warunki mieszkaniowe, też nie zawsze.

Spacerując ulicami uzbeckich miast ma się wrażenie, że ktoś cały czas odprowadza cię wzrokiem. Jeśli nie stójkowy, to siwobrody dziadek siedzący na progu. Jeśli nie dziadek, to czyjeś natarczywe spojrzenie zza zasłonki. Neutralna obserwacja przeradza się w czynną inwigilację w okolicach dworców, stacji metra, przede wszystkim meczetów. Naczelną zasadą jest podejrzliwość i nieufność. Dla obcokrajowca jest to męczące (choćby każdorazowa rewizja torby przed wejściem do metra), ale niezbyt groźne. Ciągłe życie w takiej atmosferze musi być jednak psychiczną udręką. I pewnie taki jest cel systemu. Upodlenie ludzi poprzez nieustanne kontrole, maksymalne skomplikowanie najprostszych czynności (na przykład kupienia benzyny, załatwienia czegokolwiek w urzędzie czy wymiany waluty – oficjalny kurs jest znacznie niższy od czarnorynkowego, ludzie wymieniają więc pieniądze nielegalnie) ma sprawić, aby każdy podświadomie czuł się przestępcą, nie zaprzątał głowy wywrotowymi myślami tylko jak najczęściej robił rachunek sumienia. To dlatego ludzie boją się rozmawiać, a obcokrajowców notorycznie posądzają o szpiegostwo. Jeśli już zdecydują się na szczerość, to tylko w cztery oczy. Natychmiast milkną, gdy na horyzoncie pojawia się ktoś trzeci. Perspektywa spędzenia połowy życia w kolonii karnej na karakałpackiej pustyni jest mało kusząca. Uzbekistanem rządzi strach.

 

Azja

Totalna inwigilacja społeczeństwa nie jest bynajmniej wynalazkiem Karimowa i siepaczy Inojatowa. Nie jest również dziedzictwem sowieckim, choć z pewnością KGB-owskie know-how to dla współczesnych agentów cenne źródło. Oparty na strachu system totalnej kontroli nad społeczeństwem, terroru państwowego, bezdusznego despotyzmu, okrucieństwa i braku szacunku do człowieka sięga znacznie głębiej w przeszłość. Na tych „wartościach", będących synonimem azjatyckości i antytezą Europy, przez wieki opierały się tamtejsze państwa, począwszy co najmniej od najazdów Czyngis-chana (XIII wiek), a kończąc na pogrążonych w „barbarzyństwie i ciemnocie", jak donosili ówcześni europejscy i rosyjscy podróżnicy, dziewiętnastowiecznych państewkach: Emiracie Buchary, Chanacie Chiwy, Chanacie Kokandu. W Uzbekistanie (a w mniejszym stopniu również w krajach ościennych) mamy do czynienia z procesem upiornego odradzania się tamtych systemów społeczno-politycznych. Czym innym, jeśli nie odrodzeniem niewolnictwa, są na przykład przymusowe prace przy zbiorach bawełny na państwowych plantacjach, do których zapędzana jest ludność?

Mające swoje źródła w despotycznych systemach istniejących przed wiekami w Azji Centralnej upodlenie i zniewolenie mieszkańców Uzbekistanu ma jeszcze jeden perwersyjny wymiar. Jest nim kult jednostki. O dziwo, gloryfi kacja nie dotyczy jednak żyjącego władcy, lecz mitycznego ojca założyciela Uzbekistanu – Tamerlana. Wbrew oczekiwaniom Karimow nie jest eksponowany w przestrzeni publicznej, jak Ilham Alijew w Azerbejdżanie czy Gurbanguły Berdymuhammedow w Turkmenistanie. Niewiele jest billboardów z jego wizerunkiem, portretów w (nielicznych) księgarniach czy cytatów z jego światłymi wypowiedziami. Może jest to działanie celowe? Niewidoczny, niedostępny tyran jest tym bardziej groźny i przerażający.

Bohaterem Uzbeków, którego ideowym spadkobiercą najwyraźniej czuje się Karimow, jest Tamerlan, Timur Chromy – budzący postrach z powodu okrucieństwa władca imperium ze stolicą w Samarkandzie obejmującego na przełomie XIV i XV wieku ogromną część kontynentu azjatyckiego. Jego łupieżcze wyprawy do Iranu, Indii, na Kaukaz i Bliski Wschód, podczas których kazał usypywać piramidy z głów zabitych wrogów, budziły przerażenie. Dziś nie ma chyba miasta w Uzbekistanie, w którym nie byłoby ulicy i pomnika Tamerlana. Uzbecy mają być nie tylko pokorni, ale i dumni z własnego upodlenia. I są. Despocja idealna…

 

Proszczaj Jewropa!

Choć z polskiej perspektywy może wydać się to dziwne, czasy sowieckie były dla Azji Centralnej ogromnym postępem cywilizacyjnym. By to zrozumieć, wystarczy spojrzeć na sąsiedni Afganistan z 62-procentowym analfabetyzmem i energią elektryczną docierającą do około 10 procent gospodarstw domowych. Postęp do Azji Centralnej przyniosła Rosja, będąca dla tamtego obszaru jedyną dostępną namiastką Europy. Choć świadczy to nie tyle o europejskości Rosji, ile o „azjatyckości" Azji, fakt pozostaje faktem. Rosjanie, w tym ci mieszkający w regionie, byli jedynym łącznikiem pomiędzy regionem a Europą.

Dziś ten łącznik praktycznie nie istnieje, zarówno w wymiarze społecznym, jak i politycznym. Z kraju wyjechały rosyjskie i blisko współpracujące z Rosją elity (pozostały niedobitki w postaci działaczy kultury czy obrońców praw człowieka, których można policzyć na palcach jednej ręki), a trudno oczekiwać, aby europejskie wartości odnajdowali i przenosili do kraju z moskiewskich budów i ulic uzbeccy budowlańcy czy dozorcy. Na arenie międzynarodowej Taszkent prowadzi politykę izolacjonistyczną, kontakty z Europą i, szerzej, Zachodem są minimalne.

W tej sytuacji pewną aberracją jest patrzenie na takie kraje jak Uzbekistan przede wszystkim przez pryzmat posowiecki, to znaczy (w domyśle) rozpatrywanie ich jako odległej części europejskiego kręgu kulturowego, przynajmniej w znaczeniu politycznym. Przykładem takiego spojrzenia jest członkostwo Uzbekistanu w OBWE, do której w 1991 roku hurtem włączono wszystkie państwa powstałe na gruzach ZSRS. Na tej samej zasadzie jako kraje pośrednio europejskie można by traktować Algierię, Gujanę czy Gwineę Bissau. One też były koloniami państw europejskich, a ich granice i tożsamość zostały stworzone sztucznie, odgórnie – albo przez kolonizatora, albo w wyniku walki przeciwko niemu. Traktowanie Uzbekistanu czy Tadżykistanu głównie przez pryzmat posowiecki (a co za tym idzie, mówienie o nich z wykorzystaniem narracji transformacyjnej stosowanej do całego obszaru postkomunistycznego), a nie postkolonialny, wypacza rzeczywistość. Nie oznacza to, że obszar posowiecki przestał istnieć. Bynajmniej! Sęk jednak w tym, że posowieckość przestaje być wspólnym mianownikiem dla Gruzji i Uzbekistanu, Litwy i Turkmenistanu, tak jak „austro-węgierskość" przestała być w pewnym momencie kluczowym czynnikiem dla Czech i Małopolski, nie znikając zupełnie z ich mentalnego i cywilizacyjnego krajobrazu.

* * *

Paradoksalnie Europa w jej szczątkowej, przybranej w barwy rosyjskie formie skończyła się w Azji Centralnej wraz z rozpadem Związku Sowieckiego. Kraje takie jak Uzbekistan czy Tadżykistan zaczęły wracać do azjatyckich, najczęściej despotycznych lub – jak w przypadku Kirgistanu – anarchicznych korzeni. Czy jest jakaś alternatywa dla tego procesu? Wątpliwe. Jedyne, co przychodzi na myśl, to kalifat, który z uwagi na postępującą reislamizację i radykalizację młodzieży zachodzącą mimo okrutnych represji, nie wydaje się zupełnie nierealną perspektywą. Najpierw musiałoby jednak zapaść się państwo, a służby wypuścić ster z rąk, na co jednak chyba się nie zanosi. Reżim, ze starym chanem czy nowym, realnie rządzącym czy figurantem, będzie więc prawdopodobnie trwał jeszcze długo.

 

Maciej Falkowski jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia.

 


Polecamy inne artykuły autora: Maciej Falkowski
Powrót
Najnowsze

Gruzja - sezon polityczny w pełni

27.06.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Polska-Białoruś. By historia nie dzieliła

26.06.2017
Czytaj dalej

Międzymorska „geoideologia”

21.06.2017
Kamil Całus
Czytaj dalej

Podwodny świat

20.06.2017
Kazimierz Popławski
Czytaj dalej

Być z Zachodem i przeciwko Zachodowi

15.06.2017
Kaja Puto Lilia Szewcowa
Czytaj dalej

Nieistniejąca Kamczatka

13.06.2017
Michał Milczarek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu