Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Blog Piotr Kępiński

Piotr Kępiński – poeta, krytyk literacki, eseista, juror Nagrody Literackiej Europy Środkowej - Angelus. Pracował m.in. w „Czasie Kultury”, „Newsweeku”, „Dzienniku”. Współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”. Mieszka w Warszawie i w Rzymie.

Sabaliauskaite i Šlepikas w półfinale Angelusa
2016-08-07
Piotr Kępiński

Do półfinału Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus zakwalifikowały się dwie litewskie książki: Kristiny Sabaliauskaite „Silva rerum" i Alvydasa Slepikasa „Mam na imię Maryte". Jakiś czas temu już o nich pisałem w Nowej Europie Wschodniej i na moim blogu - dzisiaj przypomnienie.

 

Kristina Sabaliauskaitė: Silva rerum

Kristina Sabaliauskaitė jest dzisiaj na Litwie prawdziwą gwiazdą literatury. Chociaż jeszcze dziesięć lat temu jej nazwisko znali tylko czytelnicy największej wileńskiej gazety „Lietuvos rytas", bo tam głównie pisarka zamieszczała swoje korespondencje z Londynu, gdzie mieszka na stałe.

Sukces przyszedł niedawno. Sabaliauskaitė zadebiutowała w roku 2008 powieścią Silva rerum. Początkowo krytycy literaccy podchodzili do niej ostrożnie i z dystansem. Redaktorzy w wydawnictwie wileńskim, jak przyznaje sama autorka, mówili, że książka bardzo im się podoba, ale chcieli z niej wykasować wszystkie polonizmy. Chwilę później posypały się nagrody, tłumaczenia, ordery…

Do ubiegłego roku autorka opublikowała trzy części swojej sagi, którą na Litwie znają dzisiaj chyba wszyscy, a jej fani potrafią z pamięci recytować fragmenty książki (tylko trochę przesadzam). W Wilnie organizowane są obecnie wycieczki śladami bohaterów Silva rerum. W wywiadzie dla PAP (14.09.2015) Sabaliauskaitė mówiła: „Wileńskie biuro turystyczne zauważyło, że turyści pytają o miejsca akcji moich książek. Przygotowałam więc trzy marszruty według trzech tomów – to są teraz najpopularniejsze trasy turystyczne w Wilnie. Partnerami tych wycieczek są Biblioteka Uniwersytetu Wileńskiego i Muzeum Narodowe w Wilnie. Ludzie mogą więc zobaczyć [też] te książki, które studiowali Kazimierz i Jan Kirdej – Geographia Blaviana Johannesa Blaeu czy Odkrycie Ameryki Théodore'a de Bry i zachowane przedmioty z epoki". 

Jak się stało, że ta „dekoracyjna" opowieść z XVII wieku stała się bestsellerem, którego sława już dawno przekroczyła litewskie granice? Jak się stało, że statyczna i pozornie nudna powieść uwiodła dziesiątki tysięcy czytelników, którzy podobno czytają tylko katalogi Ikei, tabloidy i kryminały? 

Na Litwie sukces Sabaliauskaitė łatwo wytłumaczyć. Czytelnicy z Wilna i Kowna od dawna czekali na opowieść historyczną, która w sposób przystępny definiowałaby obecność Litwinów, Polaków i Żydów na Wileńszczyźnie: bez politycznych tez, bez publicystycznego zadęcia, bez narodowych fanfar i udowadniania tego, czego udowodnić się nie da. Sabaliauskaitė mówi wprost: mieszkaliśmy obok siebie, w pewnych momentach mówiliśmy po polsku, polonizowaliśmy się, ale jednocześnie akceptowaliśmy siebie, nie bez urazów, nie bez konfliktów, niemniej jednak zawsze z (umiarkowanym) szacunkiem. 

Zapewne dlatego te nie zawsze zrozumiane na Litwie treści zrobiły teraz zawrotną furorę. W Polsce Silva rerum przebijała się trudniej, bo powieść historyczna obejmująca podobne zagadnienia w kraju istniała i istnieje. Niemniej jednak nie było chyba żadnej recenzji negatywnej, a według nieoficjalnych informacji wydawnictwa Znak sprzedaż sięgnęła prawie dwudziestu tysięcy egzemplarzy.

Akcja powieści jest prosta i skonstruowana jak klasyczna saga. Czytelnik śledzi losy rodziny Narwojszów, która wraca do tej „wielkiej metropolii litewskiej" (bo tak o tym mieście myśleli ówcześni prowincjusze i chyba nawet do dzisiaj uważają podobnie). Jest rok 1659. Miasto podnosi się po kozackiej nawałnicy, podczas której spalono wiele kościołów i pałaców, splądrowano majątki. Zamordowano tysiące ludzi, gwałty i rozboje były na porządku dziennym. Wilno w jednej chwili z miasta aspirującego do kulturalnej stolicy Europy zmieniło się w wielkie ognisko, w którym żywcem płonęła przeszłość i teraźniejszość. 

Kiedy Narwojszowie wkraczają do miasta, w powietrzu czuć jeszcze swąd spalenizny. Ludzie chcą jednak wierzyć, że to już koniec dramatów i nastaje właśnie czas pokoju. Ojciec rodziny Jan Maciej Narwojsz, erudyta, miłośnik ekonomii, myśli przede wszystkim o Urszuli i Kazimierzu – swoich dzieciach. Chciałby zapewnić im jak najlepszą przyszłość. Pragnąłby, żeby żyły w spokoju, choć ma jednocześnie świadomość, że czasy i okolice temu nie za bardzo sprzyjają.

Piękna Urszula postanawia pójść do klasztoru. Chociaż w dziewczynie podkochuje się pół miasta, a szczególnie niejaki Jan Kirdej Biront, słynny wileński playboy, córka Narwojsza opuszcza doczesny świat, by zanurzyć się w barokowym mistycyzmie. Jak wszystko w Silva rerum, tak i ten konstytutywny dla książki wątek nie jest jednoznaczny. Podczas uroczystych obłóczyn dochodzi do pewnego niepokojącego wydarzenia (opisanego przez Sabaliauskaitė koncertowo): 

„I wtedy Biront, sam nie wiedząc, co go naszło, wypuścił z dłoni gładką srebrną gałkę swej laski, i laska, stukocząc, łomocząc, spadła na kamienną posadzkę, i było to jak trzask gromu w zupełnej ciszy kościoła, w której błądziła tylko pod sklepieniem samotna pieśń śpiewana z empory czyimś anielsko pięknym głosem, i ludzie poruszyli się niespokojnie, zasyczeli, i przez kościół przeszedł szmer oburzenia, i oczywiście hałas był taki, że Urszula Narwojszówna rozejrzała się, chcąc zobaczyć, co tak zastukało, i ma się rozumieć, dostrzegła tego nieznajomego mężczyznę, którego nigdy jeszcze nie widziała, a który z jakiegoś powodu siedział wraz z jej rodziną na honorowym miejscu w pierwszej ławce, i Urszula gniewnie spojrzała mu w oczy: co on za jeden i jak śmie przeszkadzać w takiej chwili, i wtedy jakby rozpoznała te szare oczy, poczuła, że gdzieś je widziała, w snach albo w marzeniach, i nie mogła przestać w nie patrzeć, nie mogła się od nich oderwać, jakby ktoś związał ją z nimi niewidzialną nicią, i poczuła, że te oczy ją głaszczą i pieszczą, że ją opłakują, że okrywają się żałobą po niej, jakby chciały się z nią pożegnać na zawsze, choć dopiero ją odnalazły, i zrozumiała, że kosmyki obcinanych włosów, które spadły na jej ramiona i na podłogę, są dla tego mężczyzny jak uderzenia młotka zabijającego trumnę, a jej spojrzenie jest dla niego jak śmierć, ale on chyba nie boi się śmierci, widać to po jego oczach…".

Silva rerum, jak w barokowym poemacie, brzydota przeplata się z pięknem, śmierć z miłością, ciało ociera się o krzyż, ziemia miesza się z niebem, czerń nachodzi na czerwień, nic nie potrafi być jednoznaczne, tak więc i wybór Urszuli jest pełen wątpliwości, jak życie zwyczajnych wilnian.

Pisarce udało się jednak uniknąć patosu i mentorstwa. Wszystkie te opozycje naszkicowała delikatnie. Podobnie zresztą jak partie powieści dotyczące inności i społecznego wyobcowania (świetny opis kłopotów Kazimierza – syna starego Narwojsza, który na czas karnawału przebiera się za Murzyna i za to zostaje wyklęty). Żadnej nachalności i gry pod publiczkę. 

Wileńska egzystencja, według Sabaliauskaitė, jest do bólu normalna. Również dlatego, że autorka celowo w swojej powieści ominęła tropy książęce. W wywiadzie dla Polskiego Radia mówiła: 

„Nie chciałam pisać o dworze królewskim. Chciałam pokazać średnio zamożną szlachtę. Sam pomysł zrodził się, gdy siedziałam w archiwach i czytałam teksty źródłowe z tamtej epoki. Pomyślałam: o Boże, to takie ciekawe, dlaczego nikt nie napisze powieści historycznej [o tych czasach]". 

W efekcie przeprowadzając drobiazgową kwerendę, litewska pisarka skomponowała obraz szaroburego barokowego Wilna, w którym jedyną rozrywką bywają bójki studentów albo obłóczyny zakonnic. Ale zarazem zarysowała obraz miasta, w którym ścierają się idee, budzą się do życia uniwersytety, powstają ciekawe książki. 

W przeciwieństwie do Olgi Tokarczuk, która doszukała się w Silva rerum atmosfery marquezowskiej, i do wileńskich krytyków nazywających Sabaliauskaitė Mozartem i Salmanem Rushdiem prozy – twierdzę, że lepiej zostawić Sabaliauskaitė z Sabaliauskaitė (albo z Sobolewską, bo pisarka ma pochodzenie polskie i tak w naszym języku brzmi jej nazwisko). W jej powieści jest tyle Márqueza co kot napłakał, a Mozarta w ogóle nie ma. Trzeba jednak podkreślić, że jest to powieść perfekcyjnie napisana i ciekawie skonstruowana. Sabaliauskaitė chyba tylko raz się pomyliła, twierdząc, że imię Theodorus jest proweniencji łacińskiej. Poza tym Silva rerum to popis warsztatowej maestrii i historycznej wiedzy uzupełniony przez nietuzinkową wyobraźnię pisarki. Ale tak jak w szlacheckich sylwach nie natrafimy tutaj na fajerwerki akcji i wulkany atrakcji. Znajdziemy za to wiele ciekawych detali z życia, które czasami potrafią bardziej intrygować niż niezwyczajne wydarzenia. 

Dla Sabaliauskaitė liczą się przede wszystkim zdania, idee i obrazy. Odkopane przez syna Narwojsza truchło kota Maurycego, które na nowo ożywa i porusza się z powodu gazów zgromadzonych w martwym ciele, to fantastyczna metafora tej książki. Oglądamy świat żywych, którzy egzystują na nieostygłych jeszcze kościach przodków. Ludzie tańczą i bawią się na wulkanie, jednak ich śmiech jest przytłumiony. Szarość, czerń i biel to kolory dominujące w Silva rerum. Niezwykle ciężka atmosfera przeplatana bywa ironią, antypatosem i delikatnym dowcipem. 

Sabaliauskaitė nakreśliła w swojej książce drobiazgowy sztych, którego nie powstydziłby się Kraszewski, gdyby teraz opisywał historię Litwy i Wilna. Zrobiła to pewną kreską. Żeby nie zaciemniać obrazu świata, zrezygnowała z dialogów na rzecz mowy zależnej. Efekt miejscami jest olśniewający, gdzieniegdzie powstały jednak tasiemcowate zdania – niekiedy nadto ozdobne i wielokrotnie złożone, będące narratorskim komentarzem do wydarzeń. Osłabiają tempo opowieści, sprawiają, że czas staje w miejscu, bez żadnego uzasadnienia. A przecież świat Silva rerum gna do przodu, w Wilnie wiele się dzieje, buzuje życie studenckie, naukowe, kulturalne i uczuciowe. Trzeba jednak podkreślić, że najlepsze partie tej książki ocierają się o doskonałość. I wtedy w lekturze nic nie przeszkadza. Fragmenty dotyczące kota Maurycego, studenckich bójek i romansów Bironta (który podrywa panny na pęczki, nie gardząc nawet mężatkami, żonami rektorów czy dziekanów, choć w duchu wielbi oczywiście Urszulę) można czytać wielokrotnie, bez znudzenia. Co ciekawe: czytanie wyrywkowe nie niszczy tej książki, a nawet sprawia, że czytelnik widzi więcej. Dzięki narracyjnej i narodowościowej polifonii powieść nie błyszczy ani nie umizguje się do czytelnika, ale wiele od niego wymaga. A potem oddaje po wielekroć więcej. Dlatego trzeba ją czytać nie tylko linearnie i wyrywkowo, ale też wielokrotnie. Jak Kraszewskiego, Mickiewicza i – niech będzie – jak Márqueza też.

Kristina Sabaliauskaitė, Silva rerum, tłum. Izabela Korybut-Daszkiewicz, Znak, Kraków 2015. 

Kristina Sabaliauskaitė (w oficjalnych biogramach autorka nie podaje daty swoich urodzin) jest doktorem historii sztuki. Od 2002 roku mieszka w Londynie. W 2008 roku debiutowała powieścią Silva rerum. Książka okrzyknięta literackim wydarzeniem, zyskała na Litwie tytuł Książki Roku 2009. Szlakiem akcji powieści oprowadza się dzisiaj po Wilnie wycieczki.

(Cyt. za: Wikipedia)

  

Alvydas Šlepikas: Mam na imię Marytė

 O „wilczych dzieciach" w Polsce sporo się już pisało. Nie jest to temat zapoznany i niechciany. Bynajmniej. 

Siedem lat temu w polskiej edycji „Newsweeka" ukazał się ciekawy reportaż opisujący losy niemieckich dzieci tułających się po wojnie na terenach Litwy, w poszukiwaniu domu i jedzenia. Wiele z nich zostało przygarniętych przez kowieńskie czy wileńskie rodziny. Wiele po odzyskaniu przez Litwę niepodległości wróciło do Niemiec. Obecnie na Litwie mieszka jeszcze około stu „Wolfskinder":„Większość nie włada ojczystym językiem, ale prawie wszyscy śpiewają wciąż po niemiecku i pamiętają niemieckie wierszyki z dzieciństwa".

O takich historiach opowiada znakomita książka Alvydasa Šlepikasa* „Mam na imię Maryte" (KEW), która swoją premierę miała na krakowskich targach książki.

Ten znany na Litwie poeta i scenarzysta, swoją przejmującą powieść oparł na prawdziwych historiach wilczych dzieci i ich krewnych. 

Šlepikas w reportażowym, prawie suchym stylu, kontrapunktowanym tylko od czasu do czasu poetyckimi „migawkami" relacjonuje losy małej Renaty, która koczuje w lesie i ukrywa swoje niemieckie pochodzenie. W czasie wojny dziewczynka straciła rodziców. Znajomi i krewni zniknęli. A ona, już po 1945 roku zostaje adoptowana, dostaje nowe, litewskie imię - Maryte - i zaczyna nowe życie. 

Jednak między opuszczeniem rodzinnego domu a adopcją, chociaż to tylko kilka lat, Renata przeżyła prawdziwe piekło. 

Jak to opisać, żeby nie zbanalizować? Ta sztuka udaje się tylko nielicznym i zdaje się, że należy do nich także Alvydas Šlepikas, który swoją powieść naszkicował bardzo delikatną kreską. Nie ma tutaj wielkich słów ani niepotrzebnego patosu. Litewski autor wzorem Borowskiego czy Nałkowskiej tylko i wyłącznie opisuje to co usłyszał. Żadnych zbędnych zdań i ocen. 

Bo świata w którym żyła Renata ocenić nie sposób. Źli byli prawie wszyscy: Niemcy, Rosjanie ale także Litwini, którzy niekiedy „wilcze dzieci" traktowali jak wrogów. 

W „Newsweeku" tak swoją historię opisywała Luise Quitsch, która dorastała w Kownie jako Alfreda Pipireite. „Jej przybrani litewscy rodzice, szewc i nauczycielka, mieli dwoje dorosłych dzieci. Niemieckiej dziewczynki nie rozpieszczali.

Gdy była nieposłuszna, mówili, żeby pakowała manatki i dalej żebrała. Nigdy jednak nie spełnili groźby. Quitsch trafiła do miejscowej szkoły, szybko nauczyła się litewskiego i innych języków. Zakazany niemiecki z czasem zapomniała. Poślubiła Litwina, dostała pracę w Wilnie i w końcu była niemal przekonana, że niemieckie lata jej życia były tylko snem.

Któregoś dnia w 1985 roku przechodziła koło sklepu z zabawkami. Na wystawie wisiał drewniany pajacyk. Nazwała go odruchowo po niemiecku: Hampelmann. To był moment, kiedy odkryła swoje korzenie. - Po upadku komunizmu odnalazłam w Niemczech rodzeństwo i zaczęłam na nowo uczyć się ojczystego języka - mówi "Newsweekowi". Myślała nawet o przeprowadzce do Niemiec, ale do tego nie zdołała już przekonać męża.

Innym się udało. W latach 90. większość Wolfskinder, które lepiej znały język, wyjechała do kraju swojego dzieciństwa, teraz już demokratycznego i zamożnego. Odnalezione rodziny nie zawsze przyjmowały ich z otwartymi rękami. Niektórzy bali się, że będą musieli utrzymywać ubogich krewnych ze Wschodu."

Na Litwie, po wojnie, również nie mieli lekko. Zawsze wyobcowani, zawsze na marginesie, zawsze obok społeczeństwa. 

Šlepikasowi świetnie udało się opisać, nie tylko losy tych ludzi ale także ich „stan umysłu" - i to wydaje się być, najważniejszym i najciekawszym elementem jego powieści. Czytelnik nie ma jednak wrażenia, że wchodzi butami w obce życie. 

Przeciwnie, dzięki narracyjnemu taktowi Šlepikasa z ciekawością słucha i niemo przygląda się dziejącej się tragedii. 

 

Alvydas Šlepikas (ur. 1966) – litewski poeta, powieściopisarz, dramaturg i aktor. Ukończył aktorstwo i reżyserię w Akademii Muzycznej w Wilnie. Pracował w Państwowym Wileńskim Tetrze Małym. Wydał dwa tomiki poezji, zbiór prozy oraz powieść Mam na imię Marytė. Jego utwory zostały przetłumaczone na dziesięć języków, między innymi angielski, rosyjski i niemiecki. Jest członkiem Związku Pisarzy Litewskich. Przez cztery lata był redaktorem naczelnym tygodnika kulturalnego „Literatūra ir menas". Obecnie kieruje w nim działem literatury współczesnej i tłumaczeń.



Powrót
Najnowsze

Gruzja - sezon polityczny w pełni

27.06.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Polska-Białoruś. By historia nie dzieliła

26.06.2017
Czytaj dalej

Międzymorska „geoideologia”

21.06.2017
Kamil Całus
Czytaj dalej

Podwodny świat

20.06.2017
Kazimierz Popławski
Czytaj dalej

Być z Zachodem i przeciwko Zachodowi

15.06.2017
Kaja Puto Lilia Szewcowa
Czytaj dalej

Nieistniejąca Kamczatka

13.06.2017
Michał Milczarek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu