Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
„Grzybnia” Jeleny Czyżowej: prezentacja
2016-09-05
Jelena Czyżowa (tłum. Agnieszka Sowińska)

Grzybnia to najnowsza książka rosyjskiej pisarki Jeleny Czyżowej, która ukaże się 21 września nakładem Wydawnictwa Czarne. NEW objęła pozycję patronatem. Prezentujemy fragment powieści w przekładzie Agnieszki Sowińskiej.

 

Fragment: Ptaki, ryby, owady
(piątek)

 

Tylne klapy się otworzyły. Ciężarówki zawarczały, prostując zdrętwiałe plecy. Drewno, piasek, granit ześlizgiwały się bezgłośnie. Skrzynie, uwolniwszy się od ładunku, zamarły. Tylko tylne klapy się huśtały. Nagle zrozumiał: to nie klapy, to żelazne ogłoszenia. Żeby znaleźć robotnika, trzeba oderwać… Uczepiwszy się jej oburącz, pociągnął klapę ku sobie. Blacha się nie poddawała…

Wpadł w rozpacz i otworzył oczy.

Leżał, wyganiając z pamięci ostatnie obrazy męczącego snu, wsłuchując się w poranne odgłosy. Spuścił nogi, znalazł kapcie. Przelotnie zerknął na zegarek – wpół do dziesiątej: „Zaspałem, niewybaczalnie zaspałem”. Działał energicznie i w skupieniu, ubrał się: skarpetki, koszula, spodnie – przezornie wsunął do kieszeni komórkę.

Drzwi do kuchni były zamknięte.

No – kiwnął głową z zadowoleniem, jak zapobiegliwy gospodarz, który przedsięwziął odpowiednie kroki i osiągnął pożądany rezultat. Rzucił okiem na termometr przybity do podłużnej deseczki: – Już jest dwadzieścia osiem. Co będzie później…?”

Światło, bezwzględne i gorące, jakby to nie był ranek, złociło szczyty sosen, zalewało podwórko, wkradając się na ganek.

Mech – nawet on nie wytrzymuje, drobne włochate kępki, które obrosły głaz narzutowy, pożółkły i wyschły. – Jednak jest coś dziwnego w powietrzu… Niezwyczajnego…”

Zanim jeszcze wszedł do kuchni, zrozumiał: to ptaki. Rano zazwyczaj świergolą. Pewnie zdążyły się ukryć przed skwarem.

Na kuchence stały letnie konfitury. Zajrzał i zobaczył gładką powierzchnię, jakby zaciągniętą błoną. Z garnka sterczała łyżka. Spróbował ją wyjąć. Nitki krzepnącej patoki ciągnęły się niby korzonki jakiejś dziwnej rośliny. Pokręcił łyżką, przyglądając się lepkiej masie: „No i co mam z tym zrobić…?” – odgryzł mały kawałek.

Szczęki momentalnie się zlepiły. Napiął się, pokonując kleistą siłę. W ustach zachrzęściło, ale jakoś zdołał je otworzyć. Podstawił dłoń, wypluł purpurową grudkę. Językiem wymacał ostre korzenie – w miejscu koronki. „Jak to się stało…? Trzeba jakoś wstawić, przykleić… – paznokciem próbował zeskrobać patokę. – Będę chyba musiał jechać do miasta… Boże… – przypomniał sobie. – Zamek. Jak zamknę, więcej go nie otworzę. A jeśli nie zamknę? Co się może stać przez parę dni? Zadzwonić do majstra? Powiedzieć, że wyjeżdżam? Potem w ogóle się nie doproszę…” – czując jakąś senną rozpacz, jakby znów ciągnął żelazną klapę, która zmieniła się w ogłoszenie, zjadł śniadanie, starając się ostrożnie żuć, i poszedł na strych.

Z tymi konfiturami strasznie głupio wyszło: nie dość, że trzeba będzie jechać…

To jeszcze pewnie zedrą… Z tysiąc to już na pewno! Żebytylko! Pewnie z półtora…

Uważacie, że dentysta powinien pracować za darmo?” – zapytał, choć dobrze wiedział, co odpowiedzą: w naszychczasach lekarze pracowali nie dla pieniędzy

To ciekawe, a po co?” – zdawał sobie sprawę, że oni w istocie mają rację: wcześniej i on sam…

tylko w imię miłości do swojego zawodu.

Aha – kiwnął głową, czując słonawy posmak krwi. Chyba jednak skaleczył się w język. – Nawiasem mówiąc, mnie też się to zdarza. Z samej miłości się nie utrzymasz”.

Teraz powinni byli powiedzieć: to twój wybór. My cię tego nie uczyliśmy – ale milczeli. Pewnie się obrazili.

Z tymi konfiturami strasznie głupio wyszło”.

A głupio – teraz odezwała się tylko matka. – Po pierwsze,owoce trzeba hodować, a nie kupować. Po drugie, mógłbyśzapytać sąsiadkę. To dobra dziewczynka, przychodziła pokwiaty…

Dziewczynka – chrząknął. – Teraz to już nie dziewczynka…”

Dla nas zawsze będzie dziewczynką. A ty zawsze chłopcem.

Wczoraj ścięli drzewo… – poskarżył się, jakby naprawdę wciąż był chłopcem, który nie ma się komu wyżalić, poza rodzicami. – Teraz je spalą…”

Widzieliśmy. Szkoda, ale nic nie zrobisz. To drzewo trafido piekła.

Drzewo?” – zmieszał się.

Oczywiście – rodzice potwierdzili chórem. – Piekło jestdla wszystkich.

A raj? Ciekawe, jak wygląda ten raj dla drzew?”

Zadbana działka. Taka jak kiedyś nasza. Dopóki ty wszystkiegonie zapuściłeś, nie przestałeś pielić, opryskiwać, podlewać,sadzić nowych krzewów w miejsce starych…

Ale to niesprawiedliwe… – przerwał tę listę prac ogrodowych, które zdaniem rodziców zmieniają zwykły kawałek ziemi w rajski ogród. – Czym zawiniło to nieszczęsne drzewo? Rosło sobie spokojnie. Marzyło, by stać się masztem na okręcie. Albo chociaż domem…”

O domu wspomniał celowo. Miał nadzieję, że rodzice, pamiętając ceny dobrego drewna, poprą go. Próżne nadzieje: oni już nie słuchali, bębnili swoje:

Do raju trafia to, co było hodowane z miłością. Rośliny,które hodowaliśmy, trafiły do raju…

Uśmiechnął się: rośliny, które oni hodowali, trafiły do szklanych słoików. Już następnego lata słoiki były puste…

 

Jest tam kto? – przez okno dobieg z dołu czyjś krzyk.

Majster… – momentalnie zapomniał o rodzicach i rzucił się do okna. Na dole stał chłopak, sądząc z wyglądu, pewnie z Kaukazu. – Czyżby majster też był Azjatą…?”

Tu jestem! – krzyknął na cały głos.

Dzień dobry. Zbieramy złom – stojący przy płocie chłopak uśmiechnął się wstydliwie, tak jak uśmiechają się ludzie niesamodzielni.

Jaki… złom?

Niepotrzebne rzeczy – chłopak mówił z akcentem. – Stara wanna. Może pan wymieniał?

Wannę? – zapytał ze zdumieniem: komu przyszłoby do głowy zmieniać wannę na działce?

No… Albo łóżka metalowe… takie z siatką… Jeśli pan nie potrzebuje, mamy samochód.

Nie mam nic takiego.

Chłopak znów się uśmiechnął i wrócił do odrapanej ciężarówki. Ze skrzyni sterczały szkielety rozebranych łóżek: oparcia, ciemne metalowe siatki.

Niech pan zapyta u sąsiadów. Może oni mają… – podpowiedział niezbyt głośno. Chłopak już wsiadł do kabiny, więc i tak by go nie usłyszał.

Załadowana szkieletami łóżek ciężarówka podczas zawracania wjechała tylnym kołem do dziury. Oparcia łóżek przerzuciło na prawą stronę. Prawe tylne koło zawisło nad zagłębieniem, próbowało utrzymać się na krawędzi. Zryw. Kolejny… Przy trzeciej próbie samochód się w końcu wydostał i konwulsyjnie podskakując, jakby zrzucając z siebie przeżyty strach, ruszył przed siebie.

Z jakiegoś powodu czekał, że oparcia łóżek przerzuci z powrotem, ale skrzynia zdawała się pusta. Jakby łóżka, z którymi ich właściciele się rozstali, wykorzystały sytuację i zniknęły w dziurze – byleby tylko uniknąć przetopienia.

Raz jedni, raz drudzy… Jakby się zmówili” – wymruczał i wrócił do maszynopisu leżącego na stole.

 

Kapitan przyglądał się fotografii na ekranie głównego monitora pokładowego: jezioro – dość głębokie, zarys dna był ledwo widoczny – wprost kipiało od ryb. Jakby właśnie tu się rozmnażały i z powodu jakiegoś nieporozumienia albo zbiegu okoliczności zapełniły nie morze i nawet nie rzekę, tylko stojącą wodę jeziorną, z której, choćby nie wiem jak się starały, za nic nie wyskoczą. Pozostaje im tylko skrzyć się w słońcu lub też na moment pokonać granicę wody i powietrza, by po chwili z powrotem opaść, pójść w dół, na dno. Jezioro otaczały wysokie drzewa. Na obrazie ukazanym z góry – wierzchołki skierowane były ku niebu. W tym ujęciu nie rozróżniało się ani liści, ani gałęzi.

Fotografia została zrobiona przez ich poprzedników, którzy znaleźli się na tej planecie w niepamiętnych czasach. Z jakiejś niejasnej przyczyny – którą, jak również pewne inne okoliczności, Rada Uczonych utajniła – załoga i tak nie zdołała wówczas wylądować, ograniczyła się do sesji zdjęciowej oraz do pobrania próbek wody, ziemi i masy roślinnej. Właśnie w tych próbkach odkryto zarodniki grzybów.

Przez długi czas trzymano je w kapsułach, nie przywiązując do nich szczególnej wagi. Pewnego razu, z powodu niedopatrzenia nowego laboranta, do jednej z kapsuł dostała się woda. Pojawiły się wówczas ogólnodostępne ciekawe publikacje, ale wkrótce temat został utajniony. Chodziły słuchy o jakiś szczególnych właściwościach.

Kapitan patrzył na jezioro – okrągłe, przypominające talerz. Nagle, jakby przejrzał na oczy, uświadomił sobie prawdziwy cel ekspedycji: spotkanie z istotami rozumnymi to zasłona dymna. Tak naprawdę chodzi właśnie o grzyby…

 

Kilka następnych akapitów przetłumaczył bez zaglądania dosłownika. Włożył do maszyny nową kartkę, ale, spojrzawszyna zegarek, zorientował się, że jest za siedem jedenasta. Telefondrzemiący w kieszeni spodni milczał. To dobry znak:gdyby majster przełożył przyjście, dyspozytorka już by zadzwoniła.Tak jak wczoraj, gdy przegapił jej telefon.

Wyszedł za furtkę, dłonią osłonił oczy od słońca i spojrzałna pustą ulicę. Jedenasta zero trzy. „Majster to nie pociąg…Pewnie ma jakieś pilne sprawy…” – jego wzrok padł na pieńleżący na skraju lasu: wszystko, co zostało po sośnie. Naświeżym cięciu pojawiły się krople żywicy. Obok walają sięjakieś skorupy. Pewnie dzieci sąsiadów przyniosły to z domu,w tajemnicy, ma się rozumieć. Kuca, szuka w trawie. Trafiana kawałek baletki. Obraca go w ręku, po czym wyjmujeodtłuczoną główkę, fragment pozbawionego rąk tułowia,kawałek prawej nogi.

Trzeba to posprzątać, nie wszystko, przynajmniej największekawałki. Jeszcze ktoś boso nadepnie…” – podchodzi dodołu pozostałego po martwym drzewie, którego nasiona niewydadzą już żadnego owocu; rozgląda się: czuje się tak, jakbypatrzył na niego ktoś ukryty w lesie. To mogą być tylko dzieci,które rozbiły porcelanową baletnicę. Najpewniej się przyznają,w ostateczności powiedzą: bawiłyśmy się i zostawiłyśmyfigurki w trawie. Potem, gdy się ściemniło, szukałyśmy,ale nie znalazłyśmy. Rodzice: skoro tak, poszukajmy razem,gdzie się wczoraj bawiłyście? Tam – dzieci machną rękomajak skrzydłami. – Na skraju lasu, gdzie ścięto drzewo, którenie trafi do raju. Rodzice przychodzą, szukają – nic tu nie ma.

 

 

Jelena Czyżowa (urodzona w 1957 roku w Leningradzie) to rosyjska powieściopisarka i eseistka, absolwentka Petersburskiego Państwowego Uniwersytetu Ekonomicznego. Dyrektorka petersburskiego oddziału PEN Clubu. Tłumaczka z języka angielskiego. Mieszka w Petersburgu. Rodzinne miasto oraz kobiety to główni bohaterowie jej twórczości. Jej powieść Czas kobiet była nominowana do nagrody Angelus (2013), a także zdobyła nagrodę Rosyjskiego Bookera 2009.

 

Z opisu wydawcy:

On i ona w zamkniętej przestrzeni daczy. On – niespełniony tłumacz, pogrążony w pracy intelektualista, który przez tydzień nie jest w stanie naprawić zepsutego zamka. Ona – kobieta sukcesu, aktywna i rzutka, przyzwyczajona do samodzielności, odkąd skończyła piętnaście lat. Są jak istoty z innych planet. Ale choć różnią się wszystkim, równocześnie są tacy sami, bo powstali z tej samej grzybni.

Grzybnia to plątanina pod powierzchnią codziennego życia. To przeszłość, z której wyrastamy: nasz kraj, miasto, rodzina. Jest w nas, jest nami, a próba oderwania się od niej sprawia ból i zwykle kończy się klęską.

On i ona zamknięci we własnych historiach, w nieustannym dialogu z przeszłością, rodzicami, ze wspomnieniami. Bardzo, bardzo powoli skrada się ku nim katastrofa…

 

 


Powrót
Najnowsze

V Forum Europejskie

26.04.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Niebezpieczne związki

24.04.2017
Dominik Wilczewski
Czytaj dalej

Spotkania z Maciejem Jastrzębskim w Krakowie

21.04.2017
NEW
Czytaj dalej

Stać po stronie ofiar

21.04.2017
Zbigniew Rokita Grzegorz Motyka
Czytaj dalej

Donbas: taktyka zamiast strategii

20.04.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

Czas bić na alarm

19.04.2017
Zbigniew Rokita Małgorzata Nocuń Paweł Kowal Bartłomiej Sienkiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu