Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Zmęczona Armenia
2016-09-21
Stepan Grigorjan, Kuba Benedyczak

Armenia obchodzi dziś 25-lecie niepodległości. Jakim jest krajem, z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć – z armeńskim politologiem Stepanem Grigorjanem rozmawia Kuba Benedyczak.

Fot. 23artashes (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org

 

KUBA BENEDYCZAK: W 2015 roku Armenia stała się członkiem Unii Eurazjatyckiej. Co zmieniło się w Pana kraju od tego czasu?

STEPAN GRIGORJAN: Większość obywateli Armenii chciała podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Nagle, w 2013 roku, prezydent Serż Sarkisjan ogłosił, że zamiast tego wstępujemy do Unii Eurazjatyckiej. To było dla nas szokiem, ponieważ przez cztery lata trwały zaawansowane negocjacje z UE. Jednak Rosja wywarła na nas presję, byśmy zerwali te rozmowy. „W porządku" – pomyślałem. – „Nie podpisaliśmy, trudno. Ale po co na złamanie karku mamy wchodzić do Unii Eurazjatyckiej?" Efekt jest taki, że nasza gospodarka jest dziś bliska załamania.

 

Dlaczego?

Po pierwsze, nie posiadamy granicy lądowej z żadnym z państw Unii Eurazjatyckiej więc nawet jeśli istnieje swobodny przepływ towarów między członkami organizacji, dla nas wzrastają koszty transportu. Musimy, na przykład, wozić towary do Rosji przez Gruzję po jej fatalnych drogach. Po drugie, wstępując do Unii wzięliśmy na siebie określone zobowiązania. W rezultacie nie możemy dziś podpisać nowej umowy o wolnym handlu z Iranem czy Gruzją, bo taki handel możemy prowadzić jedynie z członkami Unii. Tymczasem w tej ostatniej panuje kryzys, zwłaszcza w Rosji, sile napędowej projektu. Po trzecie, główne inwestycje w Armenii pochodziły z krajów UE i USA. Po naszej akcesji do Unii, zachodnie inwestycje zmalały. Po czwarte, póki co Unia istnieje wyłącznie na papierze, dopiero zaczyna działać.

 

Jednak, ze względu na położenie geopolityczne, niepodległość Armenii jest nieustannie zagrożona przez Turcję i Azerbejdżan. Ochronić was może wyłącznie Rosja. UE nie zagwarantuje bezpieczeństwa. Stąd wybór waszego prezydenta wydaje się logiczny – od bogactwa ważniejsze jest przetrwanie.

To kluczowe pytanie dla mojego kraju. A oto odpowiedź. Krytykom Unii Eurazjatyckiej takim jak ja mówiono, że wstępujemy do tej organizacji, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo i niepodległość. Kreml przekonywał nas, że co prawda Unia to organizacja gospodarcza, ale jeśli do niej dołączymy, będzie nas chronić. I co się stało? W kwietniu tego roku w Górskim Karabachu Azerbejdżan rozpoczął wojnę przeciw Armenii. Azerowie zabijali naszych żołnierzy nowoczesną bronią, którą zakupili od Rosjan. Jeśli Moskwa podeszłaby poważnie do swoich gwarancji, Azerbejdżan nigdy nie odważyłby się nas zaatakować.

 

A pozostałe kraje Unii?

Mińsk otwarcie oświadczył, że prowadzi interesy z Baku i nie zamierza mieszać się w konflikt o Górski Karabach. Tak samo Kazachstan i Kirgistan. Na drugi dzień po ataku, chcieliśmy zwołać w Erywaniu naradę premierów państw Unii, ale odmówili przyjazdu, aby nie stawać po którejś ze stron. Wydali jedynie oświadczenie, że potępiają atak Azerbejdżanu i wzywają do rozejmu. Nie otrzymaliśmy od nich zatem nawet politycznego wsparcia. Unia nie tylko niszczy naszą gospodarkę, ale teżnie zabezpiecza naszej niepodległości. Relacje wewnątrz organizacji sprowadzają się wyłącznie do stosunków dwustronnych z Rosją.

 

Dlaczego Karabach jest kluczowy dla Armenii?

Górski Karabach to historyczna kraina przodków, w której formował się ormiański naród i jego kultura. Mimo że od zawsze większość tamtejszej ludności stanowili Ormianie, Moskwa zdecydowała o przyłączeniu go do Azerbejdżańskiej SRR, aby rozdzielić nasz naród. Ważniejsze jest jednak coś innego. W referendum 1991 roku osiemdziesiąt procent ludności regionu opowiedziało się za odłączeniem od Azerbejdżanu. Oczywiście toczy się spór, czy Karabach ma być niepodległym państwem czy przyłączy się do Armenii, ale to już kwestia drugorzędna. Każdy naród ma prawo do samookreślenia. Negocjacje odbywają się w formacie Grupy Mińskiej OBWE, gdzie obowiązują zasady madryckie z 2007 roku, podpisane także przez Azerbejdżan. Składają się one z trzech zasad i sześciu kroków. Te trzy zasady to terytorialna integralność, pokojowe rozwiązanie konfliktu i samookreślenie. A wśród kroków, przeprowadzenie referendum w Karabachu. Powinien tu zadziałać ten sam mechanizm, jaki zastosowano wobec Kosowa.

 

Jak rozwijają się dwustronne relacje na linii Moskwa-Erywań?

Z jednej strony, formalnie Rosja to nasz strategiczny partner: ma tutaj swoją bazę wojskową, podpisujemy wiele umów. Z drugiej strony, Azerowie strzelają do naszych żołnierzy z rosyjskiej broni. Taki to strategiczny partner… Z tego powodu wewnątrz ormiańskiego społeczeństwa narosły bardzo silne nastroje antyrosyjskie. Poza tym, po wstąpieniu do Unii nasz obrót handlowy z Rosją zmalał dwukrotnie. Wcale mnie to nie dziwi, ponieważ już wcześniej między Rosją i Kazachstanem oraz Rosją i Białorusią trwały wojny handlowe, wprowadzano zakazy wwożenia określonych produktów. Nieistotne nawet, czy był to wynik korupcji, słabej logistyki czy trudnych początków Unii: ważne, że nie zwiastowało to sukcesów ekonomicznych.

 

Mimo że jesteście strategicznymi partnerami, w sierpniu, gdy chciał Pan odwiedzić grób ojca w Moskwie, został Pan zatrzymany na lotnisku Szeremietiewo, z którego wrócił Pan z zakazem wjazdu do Rosji do 2030 roku…

Tak, otrzymałem od straży granicznej dokument informujący mnie o przyczynach decyzji. Żaden z wymienionych punktów mnie nie dotyczy, ponieważ nie mieszkam w Rosji więc nie mogłem naruszać tamtejszego prawa. Pasuje do mnie tylko jeden podpunkt. Otóż jestem człowiekiem współpracującym z międzynarodowymi organizacjami, które są w Rosji niemile widziane. To prawda, współpracuję z europejskimi i amerykańskimi organizacjami pozarządowymi, ponieważ zależy mi na demokratycznej Armenii, a tę można zbudować jedynie poprzez współpracę z demokratycznymi krajami. Rosja nie obraziła się na mnie za to, że ją krytykowałem – wielkie rzeczy, sam Putin krytykuje swój kraj od czasu do czasu; im nie podoba się, że ktoś działa na rzecz demokracji w Armenii, wspiera europejskie wartości, współpracuje z NATO czy UE.

 

Czyli Armenia nie jest krajem demokratycznym?

Tego nie powiedziałem. Swobody obywatelskie są w Armenii przestrzegane, nawet jeśli rządzący próbują nimi manipulować czy je kontrolować. Bywają okresy, że sytuacja się pogarsza – jak w lipcu bieżącego roku, gdy na protesty władza odpowiedziała brutalną akcją policji [chodzi o mitingi towarzyszące okupacji jednego z erywańskich posterunków – przyp. K.B.]. Potem jednak wszystko wróciło do normy. Tak zresztą dzieje się u nas często. Choć okresowo pojawiają się tendencje autorytarne, w parlamencie funkcjonuje opozycja i bardzo aktywnie działa społeczeństwo obywatelskie. Zagrożenie dla armeńskiej demokracji nie pochodzi z wewnątrz, a z zewnątrz. Rosja próbuje zainstalować w Armenii swój model rządów.

 

Czy w czasie lipcowych protestów nastroje antyrosyjskie odegrały istotną rolę?

Tak. Wielu ludzi uważa, że nasza władza istnieje wyłącznie dzięki Rosji. To nie do końca prawda, ale taka jest opinia większości.

 

W 2015 roku obchodzono setną rocznicę ludobójstwa Ormian. Turca do dzisiaj nie uznaje swojej odpowiedzialności za tę zbrodnię. Czy Rosja poparła Armenię w tej kwestii?

Rosyjska Duma uznała turecką zbrodnię za ludobójstwo jeszcze w 1995 roku [zrobiło to niespełna trzydzieści państw, między innymi Polska w 2005 roku i Niemcy w 2016 roku. Wśród nich nie ma na przykład Izraela, USA czy Szwajcarii – przyp. K.B.]. Ponadto Putin przyjechał na uroczystości upamiętniające setną rocznicę rzezi Ormian. Znalazł się wśród zaledwie czterech zagranicznych prezydentów. Rosjanie nie mogli zrobić więcej. Natomiast tę rocznicę przegapił Zachód. Do Erywania przyleciał jedynie François Hollande. A gdzie był Barack Obama? Przyjazd zachodnich liderów nie byłby aktem wymierzonym przeciw Turcji, a sygnałem, że Zachód nie zapomniał o niewinnie pomordowanych ludziach, których zginęło półtora miliona – tylko dlatego, że byli chrześcijanami i Ormianami.

 

Ostatni rok był dla Armenii niezwykle trudny: miały miejsce protesty społeczne, wojna w Karabachu, zmiana konstytucji i rządu. Powinniśmy spodziewać się rewolucji?

Rząd wymieniono właśnie po to, aby do niej nie doszło. Ale ekipa nowego premiera, Karena Karapetiana, działa jeszcze według starej konstytucji, która uznaje większe prerogatywy prezydenta. Niemniej jednak nowy szef rady ministrów musi zmierzyć się z dwoma największymi bolączkami Armenii: korupcją i systemem oligarchicznym. Jeśli rząd został pomyślany jako techniczny, nie będzie w stanie walczyć z tymi zjawiskami i wtedy rewolucja przyjdzie bardzo szybko. Gabinet nie doczeka kwietniowych wyborów parlamentarnych, z którymi zresztą też mamy problem: prezydent obiecał zmianę ordynacji wyborczej, ale obietnicy nie dotrzymał.

 

Widziałem kilka niedawnych wywiadów z prezydentem Serżem Sarkisjanem. Wyglądał na zmęczonego, zrezygnowanego człowieka…

To prawda, ale nie krytykowałbym go za to. Doświadczył wojny w Karabachu, potem uzbrojona grupa przejęła komisariat policji, żądając jego ustąpienia, do tego regularnie organizowane są przeciwko niemu protesty. Sarkisjan musi bez przerwy mierzyć się z krytyką, wymierzoną w niego samego – nawet wtedy, gdy nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Dlatego zmęczony prezydent i jego ekipa powinna albo zacząć gruntowne reformy albo ustąpić.

 

Kto wychodzi na ulice? Dzieci oligarchów i polityków buntują się przeciwko rodzicom?

Nie, zwykli ludzie: partie opozycyjne, organizacje społeczne, kombatanci. Ostatnio bardzo uaktywniła się opozycja, zwłaszcza w regionach. Rządząca Armeńska Partia Republikańska kompletnie utraciła zaufanie społeczne. Władza zaczyna rozumieć powagę sytuacji, ale na razie nie podejmuje adekwatnych działań.

 

Armenia należy do najbiedniejszych państw Europy. Jednak będąc w Erywaniu, patrząc na samochody i całą infrastrukturę usług, ma się wrażenie, że jesteśmy w Paryżu. Zresztą ceny tu także paryskie… Tak wygląda system oligarchiczny w praktyce? Powszechne ubóstwo kontra bizantyjski przepych stolicy?

To typowy model współistnienia autokracji z oligarchią. Spójrzmy na Białoruś: tam występuje czysty autorytaryzm, zatem nie ma oligarchów. W Armenii natomiast oligarchiczny kapitał zrósł się z biurokracją. Jeśli władze wezmą się za rozsupływanie tego węzła, na przykład osłabią monopole, społeczeństwo zmieni swój krytyczny stosunek do rządu i prezydenta. Ale czy pójdą tą drogą? Nie jestem pewien.

 

Stepan Grigorjan jest dyrektorem armeńskiego Centrum Analiz Globalizacji i Współpracy Regionalnej. Był doradcą prezydenta i szefa MSZ Armenii, Pełnomocnikiem Ministra Spraw Zagranicznych Armenii w Rosji (1995-1998) oraz deputowanym do Parlamentu Armenii (1990-1995).


Powrót
Najnowsze

Czy Giedroyc jest aktualny?

25.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Kresentymentalizm

25.05.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

V Forum Europejskie

24.05.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Spotkanie: Wojna, która nas zmieniła

22.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Europa Wschodnia – polska specjalność?

18.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Political fiction rodem ze średniowiecza

18.05.2017
Maxim Rust
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu