Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Dobry film w złym czasie
2016-09-23
Tadeusz Iwański

Wołyń Smarzowskiego jest historycznie uczciwy, precyzyjnie dzieli winy między Polaków, Ukraińców, Niemców i sowietów. Szkoda tylko, że nie powstał wcześniej – dziś czas jest wyjątkowo niesprzyjający.

Fot. Krzysztof Wiktor-Film it

 

 

Dziś na festiwalu w Gdyni po raz pierwszy film Wołyń Wojciecha Smarzowskiego został zaprezentowany szerszej publiczności, do kin trafi zaś 7 października. Jest to obraz niezwykle mocny, sugestywny i świetnie zrealizowany, także dzięki plastycznym zdjęciom Piotra Sobocińskiego, podkreślającej grozę muzyce Mikołaja Trzaski oraz szybkiemu montażowi, który ułatwia skonsumowanie" tego dwu i pół godzinnego dzieła.

Osią filmu są losy Zosi Głowackiej. To siedemnastoletnia Polka zakochana w Ukraińcu Petrze, jednak wbrew jej woli wydana za mąż za zamożnego i znacznie starszego wdowca Macieja Skibę; następnie związała się z żołnierzem AK. Historia miłosna jest pretekstem do pokazania tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w południowej części województwa wołyńskiego w latach 1939-1943. Przede wszystkim chodzi o pokazanie rzezi Polaków, dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów i podburzanych przez nich chłopów, której kulminacja miała miejsce latem 1943 roku. I właśnie przez pryzmat ukazanej na ekranie historii film ten będzie oceniany.

Obraz otwierają bukoliczno-etnograficzne sceny wesela Ukraińca i Polki, siostry Zosi. Prowadzone podczas uroczystości rozmowy – po polsku i ukraińsku, wprowadzają widza w kontekst historyczny: „przywracania do polskości" prawosławnych mieszkańców Wołynia, rewindykacji cerkwi, nadawania polskim kolonistom najbardziej urodzajnych kawałków ziemi. Mowa o krzywdach, jakie II RP wyrządziła ukraińskim współobywatelom. Następnie wybucha wojna, a na Wołyniu rozpoczyna się najpierw okupacja sowiecka, a potem niemiecka – z okupantami ochoczo współpracują niektórzy Ukraińcy. Jednocześnie nakręca się spirala przemocy: od zabójstw i wywózek dokonywanych przez NKWD i eksterminacji ludności żydowskiej przeprowadzanej przez Niemców po kulminację w postaci rzezi Polaków.

Sceny tych mordów – wydłubywania oczu, ściągania skóry, odrąbywania głów – w przerażający sposób zanurzają widzów w matni, w której znaleźli się Polacy na Wołyniu latem 1943 roku. Niemniej Smarzowskiemu należy się uznanie za oddanie realiów. Film jest historycznie uczciwy, widać w nim wyczucie proporcji w rozdziale win między wszystkimi stronami konfliktu: Polakami, Ukraińcami, sowietami i Niemcami. Reżyser inteligentnie opowiada także o uwarunkowaniach, jakie doprowadziły do rzezi, której z kolei nie usprawiedliwia. W dzieleodpowiedzialnymi za zbrodnię są ukraińscy nacjonaliści, którzy w sposób zorganizowany zaplanowali i częściowo przeprowadzili czystkę ludności polskiej. Jednocześnie w filmie nie ma ludzi (może prócz Zosi), a tym bardziej narodów jednoznacznie dobrych i jednoznacznie złych. Są banderowcy, którzy zabijają, i niektórzy chłopi ukraińscy, którzy ratują. Są Polacy – ofiary UPA i NKWD, a także Polacy w odwecie mordujący i Ukraińców, i Polaków. Smarzowski nie unarodowia zła, nie oskarża Ukraińców jako grupy o dokonanie tej zbrodni. Nadaje to obrazowi charakter uniwersalnej opowieści o naturze ludzkiej w okresie wielkich kryzysów geopolitycznych, sugerującej potrzebę rozszerzenia przyszłej refleksji badawczej nad tą zbrodnią o inne konteksty.

W filmie Smarzowskiego od takich bezpieczników aż gęsto. To nie tylko wspomniana polityka władz polskich, ale również pokazanie – choć dość łopatologiczne – polskiej akcji odwetowej, polskiego antysemityzmu. Sugestywny jest też fragment, w którym równolegle duchowni prawosławni głoszą kazania – jeden z nich naucza o konieczności poszanowania bliźniego, drugi nawołuje do „oczyszczenia" Wołynia, święcąc kosy i siekiery. Scen zawierających wstrząsający ładunek emocjonalny jest zresztą w filmie dużo: śmierć Polski (złożenie do grobu polskich herbu i munduru), toast za zdrowie Hitlera, czy schronienie się Zosi przed banderowcami w kolumnie żołnierzy Wehrmachtu. Szczególnie przerażające jest pewne zestawienie: gry, w które bawili się goście weselni na początku filmu (na przykład odrzucanie płonących snopków), są użyte pod koniec jako jedna z „technologii" mordów na Polakach.

Naturalnie, można zadać pytanie, czy potrzebne jest takie epatowanie brutalnością? I można argumentować, że nie. Ale znając wcześniejsze obrazy Smarzowskiego wiemy, że wyjątkowego okrucieństwa nie przypisał on wyłącznie Ukraińcom w „Wołyniu". Ponadto pokazane okrucieństwo mordów – choć brakuje wyjaśnienia jego przyczyny – ma solidne uzasadnienie źródłowe. Można także twierdzić, że niektóre symboliczne sceny są krzywdzące dla faktów. Trudno jednak wymagać od artysty, by z nich rezygnował w imię historycznej skrupulatności lub politycznej poprawności. Choć reżyser zdecydował się pominąć daty, co utrudnia umiejscowienie wydarzeń na osi czasu, trzeba pamiętać, że film fabularny nie jest podręcznikiem historii i być nim nie może.

Istotne jest też to, jak film może być odebrany. Już na etapie przygotowawczym był on uznany za kontrowersyjny i jątrzący w stosunkach polsko-ukraińskich. Z tego między innymi powodu dotychczas nikt z polskich filmowców nie podjął tego tematu, a ekipa Smarzowskiego realizowała Wołyń aż cztery lata: po wycofaniu się części sponsorów musiała szukać brakujących środków, a zaproszenie skierowane do ukraińskiego współreżysera do współpracy pozostało bez odzewu (w filmie grają natomiast ukraińscy aktorzy). I choć to dobrze, że film w końcu powstał, czas premiery nie wydaje się najbardziej fortunny.

Jednym z osiągnięć rewolucji godności na Ukrainie jest przyspieszenie procesu dekomunizacji przestrzeni publicznej oraz szerzej – oficjalnej narracji historycznej. Rewersem tej polityki jest popularyzacja lidera OUN Stepana Bandery i niektórych dowódców UPA. I choć jest to z ukraińskiego punktu widzenia zrozumiałe (państwo opiera się rosyjskiej agresji i poszukuje symboli z przeszłości, odwołujących się do podobnej walki) – w Polsce budzi to oczywisty sprzeciw. Dzieje się tak, gdyż wątek rzezi Polaków dokonanej przez UPA jest nad Dnieprem pomijany lub przeinaczany. Ukraińska dekomunizacja odbiła się głośnym echem w Polsce. Wywołała reakcję (w tym: społeczną), która wzmocniona obserwowanymi w całej Europie nastrojami antyimigranckimi, gdzieniegdzie przybrała budzące niepokój formy – jak w tym roku w Przemyślu. Wołyń daje więc paliwo środowiskom ksenofobicznym i antyukraińskim w Polsce.

Film ten, o ile znajdzie dystrybutora, zostanie źle odebrany na Ukrainie. Trudno wyobrazić sobie jednak film o zbrodni wołyńskiej, który byłby przyjęty nad Dnieprem z entuzjazmem. Pewne środowiska podejmą merytoryczną dyskusję, inne skupią się na krytyce zbyt naturalistycznie ukazanego okrucieństwa i oskarżeniach o „nożu, który Polacy wbijają w plecy" w czasie wojny z Rosją. Dominująca na Ukrainie percepcja nowych władz w Polsce nieuchronnie wywoła także głosy, że jest to kolejny dowód na antyukraiński zwrot nad Wisłą – świadczyć mają o nim także polskie „wołyńskie" uchwały senatu i sejmu. Osoby wypowiadające takie sądy pozostaną głuche na argumentację, że prace nad filmem rozpoczęły się jeszcze w 2012 roku, a reżyser ma prawo do wolnej wypowiedzi artystycznej, niezależnie od bieżącej polityki. W roli suflera wystąpi także rosyjska propaganda, której na rękę jest pogłębianie podziałów między Warszawą i Kijowem.

Szkoda więc, że film o Wołyniu nie powstał wcześniej – czas jest wyjątkowo niesprzyjający; nie jest to jednak zarzut pod adresem jego autorów. Reżyser powtarzał w wywiadach, że potępia nie Ukraińców, a nacjonalizm; mówił, iż robi ten film, by dać świadectwo prawdzie o tragicznym losie Polaków z Wołynia. Na niej – co powtarzają także politycy i historycy z Polski i z Ukrainy – ma być zbudowane pojednanie. Motywacjom tym nie sposób nie przyklasnąć. Wołyń będzie interpretowany w kluczu politycznym i, niestety, chwalony oraz krytykowany głównie w tym duchu. A przecież jest to także świetny, zrobiony z rozmachem, dramat historyczny; obraz obowiązkowy do zobaczenia nie tylko dla zaangażowanych w dialog polsko-ukraiński.

 

Tadeusz Iwański

 

Polecamy także:

Andrzej Szeptycki, Trudny film o trudnej sprawie: Smarzowski wykonał dużą pracę tworząc Wołyń. Mimo tych wysiłków, film budzi pewne zastrzeżenia, a w efekcie i obawy".


Polecamy inne artykuły autora: Tadeusz Iwański
Powrót
Najnowsze

Paradoksy pracy tłumacza

20.09.2017
Aneta Kamińska, Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu