Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Strzelba na sarajewskiej ścianie
2016-09-28
Wojciech Stanisławski

Niedzielne referendum w Republice Serbskiej w Bośni w sprawie święta państwowego przyniosło rezultaty zgodne z przewidywaniami. Warto przyglądać się temu regionowi, Rosja prowadzi tu jedną ze swoich wojen zastępczych.

Fot. Pudelek (Marcin Szala) (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org

 

Referendum potwierdziło całkowitą rytualizację bośniackiej polityki. Potwierdziło także patową sytuację kraju, w którym brak suwerena oraz całkowite „zabetonowanie" podziałów wzdłuż linii etnopolitycznych.

 

Ekscytacja polskich mediów, wieszczących przy tej okazji „początek niepokojów na Bałkanach" (Polskie Radio) czy „początek końca kraju" (TVP), wydaje się być raczej dowodem na to, że media te zwracają uwagę na Bośnię jedynie wówczas, gdy pojawi się ona na „paskach" światowych telewizji. Oczywiście nie oznacza to, że nie ma powodu do zmartwień.

 

Referendum czy demonstracja?

Już samo użycie terminu „referendum" pokazuje, jak często w Bośni i Hercegowinie (BiH) klasyczne instytucje polityczne, służące zwykle wypracowywaniu kompromisu, wykorzystywane są niezgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem – mają raczej demonstrować determinację jednej ze stron gry. Zwykle referenda rozpisywane są w sprawach spornych, walka o głosy trwa do ostatniej chwili. W niedzielnym głosowaniu (zbojkotowanym przez Bośniaków i Chorwatów, którzy mieszkają na terytorium RS) 99,8 procent głosujących masowo Serbów opowiedziało się za zachowaniem spornego święta.

 

Nad czym głosowano? Nad tym, czy – wbrew decyzji Trybunału Konstytucyjnego BiH z listopada ubiegłego roku – zachować jako termin święta państwowego RS 9 stycznia. To data podwójnie kontrowersyjna dla nie-serbskich mieszkańców i obywateli tego „entitetu", czyli jednego z dwóch podmiotów tworzących powojenną Bośnię. Czemu kontrowersyjna? Bo 9 stycznia to rocznica proklamowania niepodległości przez bośniackich Serbów w roku 1992. Zarazem – w serbskiej i prawosławnej tradycji religijnej – jest to tak zwana slava Serbii, czyli uroczystość, która dla nie-Serbów stanowi szczególne wyzwanie. Nie tylko odwołuje się do obcej im tradycji i obrzędowości, ale w podskórny sposób sugeruje, że stanowiąca część BiH Republika Serbska tworzy de facto jeden „duchowy" obszar z Serbią, skoro dzieli z nią święta, emocje religijne i protekcję świętego Szczepana.

 

9 stycznia funkcjonował na terenach kontrolowanych przez Serbów jako „święto państwowe" od roku 1993, układ pokojowy w Dayton nic tu nie zmienił. Przez dwadzieścia trzy lata nie obchodzono go ze szczególną pompą, nie towarzyszyły jej antybośniackie demonstracje. Przedmiotem kontrowersji politycznej jest dopiero od kwietnia 2015 roku, kiedy to reprezentujący Bośniaków „współprezydent" Bakir Izetbegović zaskarżył święto przed Trybunałem Konstytucyjnym BiH, zaś parlament RS czym prędzej przyjął „Deklarację o Święcie Państwowym".

 

Odtąd wszystko potoczyło się już zgodnie z krokami bałkańskiego tańca politycznego: protesty i kontrprotesty, wyrok Trybunału zakazujący obchodów i nakazujący „zmianę terminu święta państwowego", oburzenie Serbów bośniackich na Trybunał i kwestionowanie jego jurysdykcji, pozorna mediacja Belgradu, bezradna mediacja Zachodu, oburzenie ambasadora amerykańskiego w Sarajewie i błogosławieństwo ambasadora rosyjskiego („Każdy naród ma prawo do swojego referendum") oraz podróż prezydenta RS Milorada Dodika do Moskwy po dodatkowe namaszczenie na dwa dni przed referendum. Do przewidzenia był również wynik głosowania.

 

Znacznie trudniej odpowiedzieć na dwa kolejne pytania: po co Izetbegović podnosił kwestię terminu święta i co bośniacka klasa polityczna może zrobić z obecnym ambarasem?

 

Jak rozdrażnić małpę

W pierwszej kwestii da się jeszcze znaleźć odpowiedź. W sytuacji, w której od kilku lat zablokowane są w BiH praktycznie wszystkie instytucje ustrojowe (oktrojowane w Dayton i mające w zamyśle amerykańskich negocjatorów służyć osiąganiu kompromisu między zwaśnionymi narodami), miejscowym politykom pozostało tak zwane kopanie w klatkę, czyli prowokowanie oponentów do posunięć, które ostatecznie skompromitują ich w oczach międzynarodowej opinii publicznej. Czynność ta, praktykowana zresztą nie tylko w Bośni, sprawdza się tam wyjątkowo dobrze. Bośniacka klasa polityczna, której Bakir Izetbegović jest jednym z liderów, ma swój długofalowy projekt: jest nim unifikacja BiH. Klasa ta nie jest w stanie zaakceptować quasi-suwerennej Republiki Serbskiej i im skuteczniej pokaże światu, że ten „entitet" stanowi niepotrzebny relikt czasów wojny, na którym ciąży odium ludobójstwa, tym lepiej.

 

Znamienne jest jednak, że to „kopanie w klatkę" służy (do czasu) również serbskiej klasie politycznej, w której Dodik gra pierwsze skrzypce. Straszak, jakim jest „ogłoszenie w dalszej przyszłości pełnej suwerenności RS", pozwala na zmobilizowanie elektoratu i studzi unifikacyjne zapędy Sarajewa. Nikt przecież nie chce tak naprawdę wybuchu konfliktu zbrojnego. Sam prezydent RS zresztą już dwukrotnie w ostatnich latach zapowiadał zorganizowanie na ziemiach republiki wymierzonego w Sarajewo, „mobilizacyjnego" referendum w drugorzędnych tak naprawdę sprawach: wydarzenia, które prowadziły do obecnego, spadły mu jak z nieba.

 

Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, co zrobić w sytuacji, gdy jedna z dwóch składowych Bośni otwarcie zakwestionowała w referendum wyrok ogólnokrajowego Trybunału Konstytucyjnego? Próby siłowego wprowadzenia w życie decyzji o „uchyleniu" święta (ale jak to zrobić? Poprzez interwencję policji w setkach miasteczek RS?) z pewnością spowodowałyby rozlew krwi. Na szczęście można zadać ironiczne pytanie „ile Sarajewo ma dywizji"? Nie ma żadnej: ani centralne władze Bośni i Hercegowiny, ani rezydujący w Sarajewie Wysoki Komisarz ONZ/UE, Valentin Inzko. Ostatnim komisarzem, który z gestem i determinacją wicekróla Indii zwalniał niepokornych polityków był Paddy Ashdown, ale działo się to ponad dziesięć lat temu, w innym świecie. Wówczas zarówno RS, jak i cała Bośnia były zależne od unijnych funduszy, a Rosja nie toczyła w Bośni kolejnej ze swoich „zimnych wojen podjazdowych" z Zachodem. Dziś Wysoki Komisarz może najwyżej pogrozić, a jedyną konsekwencją referendum (prócz huczniejszych niż zwykle obchodów 9 stycznia 2017 roku) będzie ukazanie wszystkim, że Trybunał i Sarajewo nie mają żadnej władzy egzekwowania swoich decyzji. I na tym, a nie na potiomkinowskim wyniku głosowania rzędu 99,8 procent, polega prawdziwe zwycięstwo Dodika.

 

Dźwignia Archimedesa

O „ładzie daytońskim", jaki zapanował w Bośni i Hercegowinie po roku 1995, można by mówić kasandryczną frazą T.S. Eliota: „W moim początku jest mój kres". Układ pokojowy, zawarty pod egidą USA w optymistycznych latach dziewięćdziesiątych, mógł – przy całej straszliwej niefunkcjonalności oktrojowanego w Bośni ładu ustrojowego – funkcjonować przy pełnej zgodzie mocarstw, solidarnie karcących niepokornych polityków miejscowych. Od chwili, w której Rosja postanowiła rozgrywać swoje wojny zastępcze, Bośnia stała się dla niej miejscem, gdzie wyjątkowo sprawdza się geopolityczna dźwignia Archimedesa: przykładając minimum wysiłku (to jest oferując minimum poparcia miejscowym politykom), można uzyskać szalenie dużo. Niemal tak samo udaje się prowadzić Moskwie tę politykę w przypadku Kosowa, chociaż nie należy zapominać, że także Czarnogóra i Macedonia stanowią obiecujący pole dla tego rodzaju intryg.

 

Kłopot w tym, że te rytualne afronty, w których lubuje się polityka bośniacka ostatnich dziesięciu lat, nabierają wyrazistości i zaangażowania. Emocje przybierają na sile, osobne narracje historyczne (w latach dziewięćdziesiątych funkcjonujące w postaci zalążkowej) dziś dopracowane są w najmniejszych szczegółach. Nawołujący do pokoju protektorzy (czy to Rosja, czy UE, czy USA, czy pojedynczy gracze) mają coraz wątlejszy kij i coraz chudszą marchewkę. Należy się więc obawiać że to, co dziś jest spektaklem, za jakiś czas stanie się dramatem, a przysłowiowa, czechowowska strzelba wypali w ostatnim akcie.

 

 

Wojciech Stanisławski


Polecamy inne artykuły autora: Wojciech Stanisławski
Powrót
Najnowsze

Okiem Kremla: jak Polska fałszuje historię

03.01.2020
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Kraków: Polacy w Petersburgu na przełomie XIX i XX wieku

29.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Wojtyła, czyli prometeizm w Watykanie

27.12.2019
Cornelius Ochmann
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

22.12.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Rusza nabór do Akademii Ziem Zachodnich i Północnych

19.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Gacharia sucharia i kurczaki, czyli o kolejnym miesiącu antyrządowych protestów w Gruzji

19.12.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu