Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
„Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki” – fragment
2016-10-12
Michał Potocki, Zbigniew Parafianowicz

„Wiele miało się zmienić po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Polska miała być bardziej asertywna. Mimo że w kwestii Ukrainy jest zakładnikiem swojej polityki bezpieczeństwa" – piszą Zbigniew Parafianowicz i Michał Potocki w swojej nowej książce o Petro Poroszence: Kryształowy fortepian. Książka ukaże się 28 października nakładem Wydawnictwa Czarne, pod patronatem NEW. Prezentujemy fragment poświęcony relacjom Kijowa i Warszawy za rządów PiS.

***

Wiele miało się zmienić po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Jeszcze zanim Andrzej Duda formalnie objął urząd prezydenta, w nieoficjalnej rozmowie z jednym z jego współpracowników usłyszeliśmy, że nadchodzi kres reguły popierania Kijowa za wszelką cenę. Od tej pory Polska miała być bardziej asertywna. Mimo że w kwestii Ukrainy jest zakładnikiem swojej polityki bezpieczeństwa.

To Ukraińcom powinno zależeć na tym, jak będą postrzegani przez Polaków. W tym kontekście należy rozpatrywać nasze nadzieje wobec polityki historycznej Kijowa – mówił.

Ambitne plany szybko zweryfikowało życie. Pierwszą rafą było powołanie nowego ambasadora w Kijowie. Miał nim zostać były korespondent „Gazety Wyborczej" na Ukrainie z czasów pomarańczowej rewolucji, rzecznik MSZ Marcin Wojciechowski. Choć wywodził się ze środowiska odległego od PiS, prezydent Duda jesienią 2015 roku podpisał jego nominację. Pałac trochę kręcił nosem. Pojawiały się argumenty, że na Ukrainę powinien jechać ktoś wagi ciężkiej. W otoczeniu Dudy usłyszeliśmy, że prezydent nie miałby nic przeciwko, gdyby ambasadorem został Aleksander Kwaśniewski. Decyzje jednak zapadły. Ukraińcy powiedzieli „tak". Ambasador miał rozpocząć pracę 2 stycznia 2016 roku.

Zanim to jednak nastąpiło, w połowie listopada 2015 roku w gmachu przy alei Szucha pojawił się nowy minister. Witold Waszczykowski od dawna dawał do zrozumienia, że Wojciechowski jest dla niego nieakceptowalny. Byliśmy świadkami żenującego spektaklu, w którym kandydat na ambasadora z papierami od Dudy jest upokarzany przez – niższego rangą od głowy państwa – szefa MSZ, w dodatku wywodzącego się z tej samej opcji politycznej co prezydent. Ukraińcy zadawali sobie pytanie, jaka jest właściwie moc sprawcza Dudy, skoro jego decyzję kwestionuje minister. I jakie są prawdziwe zamiary nowych władz wobec Kijowa.

Waszczykowski nic sobie z tego nie robił. Wojciechowski był dla niego zwykłym pismakiem bez doświadczenia w dyplomacji, do tego przedstawicielem „gazety Michnika". Padały mocne słowa, mimo że kandydat w samym Prawie i Sprawiedliwości miał swoich obrońców. Wojciechowski brał udział w rozmowach, które doprowadziły do ustąpienia Wiktora Janukowycza, i to nie jako rzecznik prasowy, ale pełnoprawny, choć nieoficjalny doradca ministra Radosława Sikorskiego. Zna ukraiński i chyba każdego, kto nad Dnieprem ma coś do powiedzenia. A jednak minister przedłużył okres urzędowania poprzedniemu ambasadorowi Henrykowi Litwinowi. Formalnie dlatego, że na Ukrainie wciąż było gorąco. Gdyby taki był prawdziwy powód, funkcja ambasadora w Kijowie byłaby dożywotnia.

Kolejną rafą w relacjach z Ukrainą było – nazwijmy to umownie – parcie Warszawy na konkret. Przed przypadającą na połowę grudnia 2015 roku wizytą prezydenta Dudy w Kijowie spotkaliśmy się z przedstawicielami jego kancelarii, aby w formule off­‑the­‑record dowiedzieć się, jakie są polskie oczekiwania wobec Ukrainy.

Musimy przejść do konkretów. Kończymy etap bezwarunkowego poparcia Kijowa. Najważniejsze jest nasze bezpieczeństwo. Zmienia się koniunktura geopolityczna, a Ukraina musi zdawać sobie sprawę, że prowadzenie Realpolitikjedynie w oparciu o Niemcy czy Francję może się zakończyć porażką. Oni muszą wiedzieć, że w imię tej samej Realpolitik Berlin i Paryż bez mrugnięcia okiem poświęcą Ukrainę. Wówczas Polska znów będzie jej potrzebna. Chcielibyśmy przy okazji mieć realny wpływ na reformy. Zaproponujemy Ukraińcom wprowadzenie do ich rządu Polaka – przekonywał nasz rozmówca.

Polak w rządzie miał mieć wpływ na bezpieczeństwo wewnętrzne lub na politykę rozwojową. Ukraińcy z kolei byli zainteresowani przede wszystkim pomocą w przeprowadzanej decentralizacji i walce z korupcją. Postulat polskiego ministra w rządzie ukraińskim nie był od czapy. Tym bardziej że ukraińskie media pisały o kandydaturach Aleksandra Kwaśniewskiego czy Leszka Balcerowicza, a w skład gabinetu wchodzili już obywatele Gruzji, Litwy czy Stanów Zjednoczonych.

Pojechaliśmy do Kijowa, aby obserwować z bliska ukraiński debiut Andrzeja Dudy. Spotkanie z Petrem Poroszenką wypadło dobrze. Było wiele miłych słów, poklepywania się po plecach i zapewnień o strategicznym sojuszu. Na konferencji prasowej nie mówiono już jednak o polskim ministrze, ale o udziale polskich ekspertów w reformach. I to też bez konkretów. Mimo to Ukraińcy odetchnęli z ulgą. Prezydenci zdołali zatrzeć złe wrażenie, które powstało tuż po wyborze Dudy na urząd prezydenta.

27 maja 2015 roku w Warszawie miał się odbyć finał piłkarskiej Ligi Europejskiej. Duża impreza firmowana przez UEFA, w której z hiszpańską Sevillą miało się zmierzyć Dnipro Dniepropetrowsk. Do polskiej stolicy zjechała cała dniepropetrowska śmietanka z właścicielem klubu Ihorem Kołomojskim i jego najbliższymi współpracownikami na czele. Miał też przyjechać prezydent Poroszenko. W pewnym momencie Ukraińcy wypuścili do mediów informację, że przy okazji wizyty może dojść do spotkania ze świeżo upieczonym zwycięzcą wyborów prezydenckich. Do spotkania nie doszło. Duda wymówił się wyjazdem do Brukseli.

To niedoszłe spotkanie było z naszej strony celowym pokazaniem, że nie jesteśmy na każde zawołanie strony ukraińskiej. Że nie mogą nam za pośrednictwem mediów ustalać kalendarza spotkań. Zadziałało. Gdy potem do Kijowa, w ramach konsultacji przed wizytą prezydenta, pojechał minister Szczerski, został przyjęty w sposób demonstracyjnie ciepły. Zamiast planowanego kwadransa rozmawiał z Poroszenką przez godzinę – zapewniał nas nasz rozmówca z kancelarii polskiego szefa państwa.

Wizyta w Kijowie urealniła polskie pomysły. Największym konkretem była deklaracja o dokończeniu umowy kredytowej na 100 milionów euro, którą zapoczątkował rząd Ewy Kopacz. I zapewnienia o uruchomieniu przez Narodowy Bank Polski wartej miliard euro linii kredytowej typu swap, która zwiększała możliwości finansowe Ukrainy. Swap polega na wymianie złotych wartych miliard euro na hrywny o tej samej wartości. Jak tłumaczył nam przedstawiciel NBP, korzysta na tym głównie Ukraina, bo złoty jest walutą łatwiej wymienialną i o stabilniejszym kursie. Poza tym o biznesie raczej nie mówiono.

Wizyta pozwoliła na odnowienie dialogu na najwyższym poziomie politycznym po pewnej pauzie, związanej z podwójnymi wyborami w Polsce – mówił nam potem Kostiantyn Jelisiejew, wiceszef administracji Poroszenki.

Przedstawiciele kancelarii Dudy uznali to za sukces. Po powrocie z Kijowa spotkaliśmy się z prezydenckim ministrem do spraw zagranicznych Krzysztofem Szczerskim.

Jeśli sprowadzimy Ukrainę do tematu rzezi i ofiar, stracimy całe połacie wspólnej historii. Przy tym prezydent mówił w Kijowie, że mamy prawo oczekiwać od strony ukraińskiej uszanowania polskiej wrażliwości. To odnosi się też do tego, jak traktowane są na Ukrainie kwestie UPA. Paradoksalnie, po doświadczeniach Donbasu Ukraińcy mogą budować swoją tożsamość na współczesnych bohaterach. Silna tożsamość polityczna Ukrainy wykluła się na wojnie. Donbasu nie broniono w imię UPA – przekonywał Szczerski.

A jednak to właśnie historia doprowadziła do najpoważniejszego tąpnięcia wzajemnych relacji. Kulminacja nastąpiła w przededniu 11 lipca 2016 roku, rocznicy krwawej niedzieli na Wołyniu. Od wielu dni dochodziło do zdarzeń, które druga strona traktowała jako prowokacje. Do Polski na organizowany przez mniejszość ukraińską koncert nie wpuszczono – oficjalnie ze względu na zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego – zespołu Ot Vinta! z Równego. Narodowcy zaatakowali ukraińską procesję w Przemyślu. Polski parlament rozpoczął prace nad uchwałą, która miała ogłosić 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian. Dzień przed przyjazdem Poroszenki na szczyt NATO do Warszawy kijowska rada miejska nadała Moskowśkiemu prospektowi imię Stepana Bandery.

Administracja Poroszenki próbowała przekonać radnych, by przynajmniej odroczyli swoją decyzję na okres po 10 lipca, gdy kończył się szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nie udało się, a Wołodymyr Wjatrowycz potraktował decyzję rady jako rozpoznanie bojem.

Niezależnie od strachu / oczekiwania części ukraińskiego Face­booka, Banderze nie udało się zerwać szczytu NATO w Warszawie" – napisał z wyraźną satysfakcją na swoich profilu i zapowiedział, że następny w kolejce po własną ulicę w stolicy stoi Roman Szuchewycz.

Wkrótce potem Rada Najwyższa, w proteście przeciwko rozpatrywanym w Sejmie i Senacie projektom uchwał wołyńskich, odwołała posiedzenie polsko­‑ukraińskiego zgromadzenia parlamentarnego. Polacy zaś potraktowali decyzję kijowskich radnych jako policzek. Poroszenko po raz pierwszy uznał, że musi spróbować zgasić wołyński pożar.

Prosto ze Stadionu Narodowego, na którym trwały obrady szczytu NATO, pojechał złożyć wieniec pod Pomnikiem Ofiar Rzezi Wołyńskiej na warszawskim Żoliborzu. Najpierw planowano, że zrobi to w jego imieniu ambasador Deszczycia. W drodze z lotniska Chopina do hotelu ukraińscy dyplomaci przekonali prezydenta, że powinien zrobić to osobiście. Byliśmy przy tym. Poroszenko klęknął na jedno kolano, pochylił głowę, przeżegnał się, postawił znicz.

Trzeba docenić gest prezydenta Poroszenki. Do niedawna wydawało się, że prezydent, który wykona taki gest, tylko na tym straci politycznie na Ukrainie. Prezydent Poroszenko wyszedł poza to polityczne ograniczenie. To jest ważne, bo o ile decyzje lokalnych władz odzwierciedlają emocje wobec dziedzictwa Bandery, to prezydent pokazuje stosunek państwa. Chcielibyśmy, żeby to faktycznie był pierwszy krok, by prawda historyczna zaczęła zbliżać Polskę i Ukrainę. Z historii wiemy, że jeśli za tego typu gestami szła praca polityczna, przynosiły one historyczne rezultaty – mówił nam minister Szczerski.

Jak opowiadali nam ukraińscy dyplomaci, wizyta na Żoliborzu miała jeszcze jeden cel. Gest wpisywał się w dyplomatyczną ofensywę Ukraińców o kształt polskich uchwał wołyńskich. Kijów proponował, by rocznicowy dokument opracować wspólnie i przyjąć jednocześnie.

Byliśmy się nawet w stanie zgodzić, by w uchwale zapisać nawet coś w rodzaju „Sejm RP uznaje wydarzenia wołyńskie za ludobójstwo; Rada Najwyższa Ukrainy ocenia je jako czystki etniczne" – mówił nam jeden z zaangażowanych w sprawę ­polityków.

Polacy odrzucili wszystkie postulaty. Ukraińcom nie udało się też zorganizować spotkania Poroszenki z liderem PiS Jarosławem Kaczyńskim, na którym miano by przedyskutować sporne kwestie. Kijów proponował takie spotkanie podczas szczytu NATO, następnie oferował, że prezydent może przyjąć Kaczyńskiego na przykład przy okazji swojej wizyty we Lwowie 29 lipca. Bezskutecznie. 22 lipca Sejm przyjął uchwałę w sprawie oddania hołdu ofiarom ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1943–1945.

[…] W lipcu 2016 roku przypada 73. rocznica apogeum zbrodni, której dokonały na ludności cywilnej Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej działające na tamtych terenach oddziały Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii, a także dywizji SS Galizien oraz inne ukraińskie formacje współpracujące z Niemcami. W wyniku popełnionego w latach 1943–1945 ludobójstwa zamordowanych zostało ponad sto tysięcy obywateli II Rzeczypospolitej Polskiej, głównie chłopów […]. Wśród zamordowanych obok Polaków byli także Żydzi, Ormianie, Czesi, przedstawiciele innych mniejszości narodowych, a także Ukraińcy, którzy stanęli po stronie ofiar. Przypominając tę zbrodnię ukraińskich nacjonalistów, nie można ani przemilczeć, ani relatywizować polskich akcji odwetowych na ukraińskie wioski, w wyniku których także ginęła ludność cywilna. Te wszystkie tragiczne wydarzenia powinny być przywrócone pamięci współczesnych pokoleń.

Ofiary zbrodni popełnionych w latach 40. przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w sposób należyty upamiętnione, a masowe mordy nie zostały nazwane zgodnie z prawdą historyczną mianem ludobójstwa […].

Dlatego Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ustanawia 11 lipca – rocznicę apogeum zbrodni – Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej […].

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża solidarność z Ukrainą walczącą z zewnętrzną agresją o zachowanie integralności terytorialnej. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża przekonanie, że jedynie pełna prawda o historii jest najlepszą drogą do pojednania oraz wzajemnego wybaczenia. Jak mówił w 2001 roku we Lwowie św. Jan Paweł II, „niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy gotowi będą stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności".

Uchwała wywołała na Ukrainie burzę. Część polityków oskarżała nas o wbijanie noża w plecy walczącej z Rosją Ukrainy. Ołeh Musij złożył w Radzie Najwyższej projekt uchwały odwetowej, która miałaby określić mianem ludobójstwa polską politykę wobec mniejszości ukraińskiej:

Historia ziem ukraińskich pod władzą Drugiej Rzeczypospolitej Polskiej i Polski Ludowej to historia niesprawiedliwości, ucisku, represji – historia ludobójstwa narodu ukraińskiego, systemowo i konsekwentnie przeprowadzonego przez Państwo Polskie. Polonizacja, kolonizacja, pacyfikacja, deportacje i fizyczne likwidacje – okrutne masowe zabójstwa ukraińskich cywilów, Galicji Wschodniej, Wołynia, Zakerzonia [ziemie po naszej stronie Bugu i Sanu, które przed akcją Wisła były zamieszkane przez Ukraińców] – były istotą prawdziwie antyukraińskiej, szowinistycznej polityki państwowej Polski w latach 1919–1951.

Ukraińscy dyplomaci przekonywali Polaków, że taki tekst nie ma szans na przyjęcie. I rzeczywiście – ostatecznie Rada znacznie łagodniej odpowiedziała na polską uchwałę. Niemniej w Kijowie i Warszawie pojawiło się przekonanie, że wypadałoby zrobić coś, co nieco uśmierzy złe emocje. Wiele obiecywano sobie po wizycie Dudy na Dniu Niepodległości Ukrainy 24 sierpnia 2016 roku. Dwa tygodnie wcześniej minister Klimkin zapowiadał w rozmowie z agencją Interfax­‑Ukrajina, że deklaracja, którą przygotowują prezydenci, „będzie miała wyjątkowe znaczenie", bo „nie powinniśmy bać się uznać historycznej prawdy taką, jaka ona jest", zastrzegając zarazem, że „z drugiej strony musimy być odpowiedzialni i nie igrać polityczną oceną tam, gdzie potrzeba refleksji moralnej". Sam pomysł deklaracji pojawił się w rozmowie prezydentów niedługo przed polską uchwałą.

Prezydent Duda powiedział podczas tamtej rozmowy, że dobrze by było, gdyby do toczącej się dyskusji historycznej dołożyć kontrapunkt w postaci podkreślenia dzisiejszego wymiaru relacji polsko­‑ukraińskich. Dobrym momentem pokazania tego były obchody dwudziestej piątej rocznicy niepodległości Ukrainy. Wspólną deklarację na dwudziestopięciolecie zaproponował prezydent Duda. Deklaracja nie odnosi się szeroko do treści historycznych, bo miała być pokazaniem innego wymiaru stosunków, a nie polemiką z sejmową uchwałą wołyńską – przekonywał nas potem minister Szczerski.

Dzień przed defiladą, którą wspólnie przyjmowali Poroszenko i Duda, polski prezydent odwiedził swojego ukraińskiego odpowiednika w jego rezydencji w Kozynie. Integracja przebieg­ła ­pomyślnie. Panowie wyraźnie przypadli sobie do gustu. Córki Poroszenki przygrywały im na kryształowym fortepianie. Tyle że poza wyrazistym symbolem, jakim był udział Dudy w rocznicowej defiladzie, zabrakło konkretów. W deklaracji nie było nic, czego nie słyszelibyśmy wcześniej. Charakterystyczne było stwierdzenie prezydenta RP, że „ma nadzieję, że już w grudniu będziemy mówić o konkretach" co do kwestii historycznych.

Mimo to uderzenie pięścią w stół sejmową uchwałą długo­falowo mogło przynieść pozytywne skutki. Skoro według większości polskich historyków Wołyń był ludobójstwem, należało to w końcu powiedzieć, traktując Ukraińców jako dojrzały naród, a nie w protekcjonalny sposób jak kogoś, w rozmowie z kim nie można poruszać trudnych spraw. Jeden z polskich dyplomatów, który kilka lat spędził na Ukrainie, wiele miesięcy wcześniej przekonywał nas, że w dyplomacji Ukraińcy stosują rosyjską (sowiecką) szkołę negocjacyjną. Że traktują ustępstwa partnera jako dowód jego słabości, który należy wykorzystać do przeforsowania własnych żądań.

Jeśli uznać tę tezę za prawdziwą, uchwała Sejmu byłaby demonstracją siły. I wyglądało na to, że ta demonstracja siły zadziałała. Dowodzi tego wiele przesłanek. Wieniec od Poroszenki w Warszawie. Usunięcie z defilady 24 sierpnia wszelkich symboli związanych z narodowym podziemiem lat czterdziestych. Fala wizyt ukraińskich polityków w Warszawie i na forum w Krynicy, z których obsługą ledwo nadążali dyplomaci z placówki przy alei Szucha. Ton złagodził nawet Wołodymyr Wjatrowycz, który na portalu Radia Swoboda wezwał do odrzucenia projektu kontr­uchwały Musija, pisząc:

Symetria musi się przejawić tym, kto odpowie – to powinien być ukraiński parlament. Ale nie zgadzam się z treścią odpowiedzi. Pełną symetrią na głupotę jest tylko nowa głupota. Polski parlament popełnił błąd polityczny, prawny i historyczny, nazywając antypolskie akcje UPA ludobójstwem. Taką samą pomyłką będzie próba nazwania mianem ludobójstwa antyukraiń­skich akcji AK.

Na tle historycznych sporów temat polskiego ministra nie był aż tak gorący. W otoczeniu prezydenta Dudy pytaliśmy, jakie konkretnie nazwiska zaproponujemy Ukraińcom. I tu pojawiał się problem. Z Kijowa płynęły sygnały, że pożądana byłaby kandydatura Leszka Balcerowicza, autora polskich reform rynkowych. Były wicepremier był sondowany, czy nie miałby ochoty zostać szefem ukraińskiego rządu albo przynajmniej wicepremierem do spraw reform. Rozmowy od listopada 2015 roku prowadził zaufany wysłannik Poroszenki Ihor Hryniw, uznawany w partii za eksperta od spraw polskich. W Kijowie słyszeliśmy wersję, że Balcerowicz odmówił.

Według mnie premierem tak wielkiego kraju powinien być Ukrainiec. W zamian zaproponowałem utworzenie grupy doradców strategicznych. Miałem pełną swobodę w doborze tych doradców. Gdyby tak nie było, nie widziałbym sensu pracy. Ustaliliśmy konkrety naszej pracy ze słowackim reformatorem Ivanem Miklošem, któremu zaproponowałem współprzewodniczenie grupie. Bardzo go cenię za to, co zrobił na Słowacji pod rządami premiera Mikuláša Dzurindy. Mikloš pracuje na Ukrainie od dwóch lat, był dla mnie jednym z najważniejszych źródeł informacji o sytuacji w tym kraju – mówił nam Leszek Balcerowicz w kwietniu 2016 roku, kilka dni po ogłoszeniu decyzji o powołaniu grupy.

Były wicepremier zabrał ze sobą do Kijowa byłego szefa MSW, specjalistę w dziedzinie reformy samorządowej Jerzego Millera i byłego posła, a potem publicystę „Gazety Wyborczej" Mirosława Czecha, przedstawiciela mniejszości ukraińskiej w Polsce. Swoich specjalistów przyciągnął Ivan Mikloš. Członkowie grupy dali sobie dwa, trzy tygodnie na przygotowanie dokumentu analizującego punkt wyjścia z 2014 roku, sukcesy rządu Jaceniuka i zadania do wykonania w najbliższej przyszłości. Wnioski z dokumentu miały być podstawą do wypracowania uszczegółowionego programu rządu nowo powołanego premiera Wołodymyra Hrojsmana.

Warszawa pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nie pomagała Balcerowiczowi w rozmowach z władzami w Kijowie, bo – jak usłyszeliśmy – „nie byłby to najlepszy pomysł dla Ukrainy". PiS od dawna kwestionowało logikę terapii szokowej byłego wice­premiera. Zresztą, gdy pogrzebaliśmy głębiej, okazało się, że strona polska sporo mówi o desancie na Kijów, niewiele jednak robi, aby wykonać taki ruch.

Wysokiej rangi dyplomata unijny powiedział nam, że z Polski nie spływają aplikacje na stanowiska doradcze. A gdyby spływały, może to Polak, a nie szef wileńskiej policji Kęstutis Lančinskas, wygrałby konkurs na kierownika unijnej misji do spraw reformowania ukraińskich organów ścigania. Krzysztof Szczerski przekonywał tymczasem, że od nazwisk i poziomu formalnego Polaków w ukraińskim rządzie ważniejsze jest to, czy będą oni mieli realny wpływ na decyzje:

Tam, gdzie dostrzegamy słabości państwa ukraińskiego, nasza pomoc ma charakter realny. Polska musi być aktywna. Musi być jednym ze stabilizatorów regionu. Oddziaływać na sąsiedztwo poprzez reformy. Nie możemy sobie pozwolić na komfort dystansowania się od Ukrainy i czekania na rozwój wypadków.

Te wszystkie argumenty były oczywiście słuszne. Były też uzasadnione i spójne merytorycznie. Problem w tym, że przez dwadzieścia pięć lat historii stosunków polsko­‑ukraińskich nikomu nie udało się wyjść poza tę słuszność i merytoryczność.

Zawsze byliśmy strategicznymi partnerami. Nawet w czasie prezydentury Wiktora Janukowycza, który w rozmowie z nami dla podkreślenia rangi tej wspólnoty przekonywał, że „razem to i ojca łatwiej bić". Gorzej było z konkretami. Na końcu okazywało się, że stosunki polsko­‑ukraińskie to wieczne, mniej lub bardziej intensywne zarządzanie kryzysem.

 

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki, Kryształowy fortepian,Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

Więcej o książce.

 

 

Zbigniew Parafianowicz jest redaktorem Dziennika Gazety Prawnej", współautor (wraz z Michałem Potockim) książek Wilki żyją poza prawem (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015) oraz Kryształowy fortepian (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016).

Michał Potocki jest redaktorem „Dziennika Gazety Prawnej", współautor (wraz ze Zbigniewem Parafianowiczem) książek Wilki żyją poza prawem (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015) oraz Kryształowy fortepian (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016).


Polecamy inne artykuły autora: Michał Potocki
Powrót
Najnowsze

Front północny

22.11.2017
Paweł Kost Wołodymyr Kopczak
Czytaj dalej

Polskie kino w Azji Centralnej

22.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Zawrót głowy od sukcesów?

21.11.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu