Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
„Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów”
2016-10-20
Albert Jawłowski

XII Pandito Chambo Lama Daszi Dorżo Itigełow w medytację wszedł w 1927 roku. Wkrótce potem został pochowany. Ekshumowane w 2002 roku ciało byłego zwierzchnika wschodniosyberyjskich buddystów zachowało się w znakomitym stanie. Jogini potrafią zachowywać ciało w stanie medytacyjnego czuwania długo po medycznym stwierdzeniu śmierci. Itigełow przyciąga tłumy – prezentujemy fragment książki Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów Alberta Jawłowskiego. Premiera: 16 listopada.

Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarne. „Nowa Europa Wschodnia" objęła ją patronatem.



Rozdział: Buriacki Olimp, czyli tam i z powrotem

Masyw Ałchana to rozległy górski ostęp na pograniczu syberyjskich lasów borealnych i stepu dauryjskiego. Pełen niezwykłych skał, grot, urwisk, stawów w niewielkich wulkanicznych kraterach, wodospadów i źródeł mineralnych. Szczyty znajdujące się w górnych partiach masywu odpowiadały niegdyś trzynastu szamańskim opiekuńczym duchom miejsca. Najwyższy z nich, Ałchanyn oroj, liczy ponad tysiąc sześćset metrów nad poziomem morza. Wielu historyków, zwłaszcza miejscowych, dowodzi z głębokim przekonaniem, że to tam mogło dojść do duchowej inicjacji Czyngis-chana. Właśnie na Ałchanie niezwyciężony wódz Mongołów miał zjednoczyć swoją energię życiową z mocą niebiańskiego Tengri, Wielkiego Błękitnego Nieba. To zresztą niejedyna rzecz, która łączy go z tą górą. Potoki wypływające z jej zboczy w większości wpadają do Ononu, nad którym się urodził. Nic więc dziwnego, że temat autochtonicznego pochodzenia Czyngis-chana i Ałchany jako jego duchowej ojczyzny wciąż podnieca miejscowych mitotwórców. W końcu jego związek z krajobrazem, przyrodą masywu jest dość łatwy do udowodnienia i obudowania całą siecią mitów, legend i mniej lub bardziej ugruntowanych historii.

Buriaccy buddyści uważają też, że Ałchana jest jednym z kilku najważniejszych świętych miejsc na świecie. Niektórzy przekonują nawet, że w hierarchii świętości ustępuje jedynie tybetańskiej Potali i górze Wutai Shan. Jest w tym sporo przesady, ale fakt, że właśnie ten masyw bywa niekiedy nazywany buriackim Olimpem, raczej nie powinien budzić zdziwienia. Tak jak to, że w sezonie zjeżdża tam masa turystów i pielgrzymów.

Nad buddyjskim mitem otaczającym Ałchanę czuwają między innymi lamowie z dacanu agińskiego. To oni rozpowszechnili jeden z jego najpopularniejszych wariantów. Opiera się on na staromongolskim tekście Legenda o górze Ałchanie – pomnażającej cnotę świątyni Śri Czakrasamwary, przechowywanym w archiwach zabytków piśmiennictwa w Instytucie Mongolistyki, Buddologii i Tybetologii Syberyjskiego Oddziału Rosyjskiej Akademii Nauk w Ułan Ude. Mit o Namnanaj-lamie rozkręcono na wielką skalę równolegle z rozwojem masowej turystyki, po otwarciu Parku Narodowego „Ałchanaj" w 2000 roku. Na opowieści o miejscowym joginie, jego niezwykłych dokonaniach, świętych miejscach z nim związanych – a jednocześnie atrakcyjnych punktach krajobrazowych – zyskują wszyscy. Przedsiębiorcy turystyczni liczą niemałe zyski, a lamowie nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości, do kogo symbolicznie należy dziś święty masyw.

Parkiem zarządza firma Ałchana-Tur z siedzibą w Aginskoje, teoretycznie kontrolowana przez władze okręgu. Sezon trwa tutaj od maja do początków października. Ałchana-Tur obsługuje ruch turystyczny oceniany na ponad trzysta tysięcy gości rocznie. Jeżeli ta liczba jest przekłamana, to raczej się ją zaniża, niż winduje. Kilka lat temu powstał raport geologiczny, w którym opisano wszystkie zagrożenia wynikające z nadmiernej eksploatacji tras wycieczkowych. Eksperci ostrzegają, że zbyt intensywny ruch turystyczny i pielgrzymkowy może w końcu doprowadzić do katastrofy. Największe wątpliwości budzi sytuacja w okolicach skały Chram Worota (Świątynna Brama), gdzie przy okazji świąt gromadzą się tłumy wiernych. Zbiorowe modły grożą obsunięciem podłoża. Wnioski zawarte w raporcie nie zostały szeroko rozpowszechnione, by – jak łatwo się domyślić – nie ograniczać dochodów. Wiele osób po cichu przyznaje, że część faktów przemilcza się pod naciskiem miejscowych prominentów.

Lamowie zajmują w tej sprawie niejednoznaczne stanowisko. Z jednej strony zabiegają o zachowanie czystości na szlakach, na miejscu instruują pielgrzymów i turystów, jak należy się zachowywać w świętym terenie. Trzeba przyznać, że do wielu z nich zaczynają docierać argumenty przemawiające za koniecznością ograniczania ruchu. Z drugiej strony rozwój kultu buddyjskiego na terenie parku leży w ich interesie. Zwłaszcza że w ostatnich latach symbole buddyjskie wyraźnie zdominowały krajobraz Ałchany.

Przy bramie wjazdowej do parku stoi świątynia Demczok (Czakrasamwary), naczelnego bóstwa masywu, a tuż obok nowiusieńka figura Namnanaj-lamy. Dalej, w przypominającym sowiecką turbazę ośrodku Ałchana-Tur, odwiedzający znajdą obozowiska złożone z jurt, pola namiotowe, kolonie domków letniskowych, piętrowe domy o wyższym standardzie, budynek kursokonferencyjny, centrum rekreacyjne z kortem tenisowym i stołami bilardowymi. Są tu również sezonowe sklepy i punkty gastronomiczne. Ceny w okolicznych barach nie są wygórowane. Firma Ałchana-Tur oferuje szereg usług i rozrywek. Można poszaleć na quadzie albo spokojnie pokontemplować przyrodę, wolno sunąc na wypożyczonym rowerze. Jeśli ktoś lubi łowić ryby, nad potokami czekają miejsca rekomendowane przez miejscowych znawców wędkowania. Można też wynająć przewodnika lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę.

Im bliżej wejścia do ścisłego rezerwatu i źródeł leczniczych, tym więcej parkingów, knajpek i stoisk. Na stolikach zalegają buddyjskie dewocjonalia, rytualne gadżety, kadzidełka, koszulki i czapeczki z napisem „Ałchanaj", chińskie żołnierzyki, pistolety na wodę, magnesy, kubeczki, akcesoria szamańskie – największą popularnością cieszą się miniaturowe bębenki i coś w rodzaju plastykowych łapaczy snów. Buddyzm buddyzmem, ale biznes szamański też kręci się tu nie najgorzej. Jeśli ktoś lubi poczytać, to na pewno znajdzie coś dla siebie. Wybór na stoiskach jest szeroki, od albumów z krajobrazami górskimi poprzez poradniki zdrowotne, książki o tematyce ezoterycznej aż po publikacje autorstwa XIV Dalajlamy i o XIV Dalajlamie. Są również inne książki o buddyzmie i, rzecz jasna, o Namnanaj-lamie. Stoiska i bary obsługują najczęściej okoliczni ajenci płacący za miejsce firmie Ałchana-Tur.

Wzdłuż drogi ustawiono też namioty, w których lamowie udzielają porad medycznych, sprzedają leki ziołowe i oferują masaż. Chętni mogą poprosić zurchajszów o szybką konsultację astrologiczną. Można również wziąć udział w wycieczce po świętych miejscach z lamą-przewodnikiem. Standardowo kosztuje to tysiąc rubli. Jeśli zbierze się dziesięć osób, a zazwyczaj takie grupy oprowadzają lamowie, cena za osobę spada do stu. To niedrogo. Za podobną wycieczkę zamówioną w ośrodku płaci się dwieście rubli za osobę. Dwa razy drożej, ale wciąż w normie. Jeszcze zanim rubel zaczął lecieć na łeb na szyję, była to równowartość około dwudziestu złotych.

Jeśli ktoś lubi się nurzać w klimatach postsowieckiej turbazy i sakroegzotyki w malowniczych okolicznościach przyrody, to Park Narodowy „Ałchanaj" przypadnie mu do gustu. Jeśli potrzebuje samotnych wycieczek, to wystarczy godzina marszu pod górę, a zapach szaszłyków i najnowsze hity Dimy Biłana czy Poliny Gagariny już go nie dogonią.

Opowiadając o Parku Narodowym „Ałchanaj", łatwo jest wpaść w wygodny i efektowny szyderczy ton. Bo religia na sprzedaż, bo przyroda na sprzedaż, mit na sprzedaż. Bo jak się okazuje, obcowanie z korzeniami kultury i stojącymi za nią tożsamościami również ma tutaj swoją, niezbyt wygórowaną, cenę. Jednym słowem: obrzydliwe utowarowienie ducha i materii. I wszystkie inne okropności. No, ale co mielibyśmy do zaproponowania w zamian? Co należy dzisiaj robić, żeby nie tylko przetrwać, lecz także zaistnieć? Co trzeba mieć do zaoferowania, żeby przyciągnąć uwagę? Autentyczność? Co konkretnie mielibyśmy na myśli, mówiąc o autentyczności? Coś, co jest niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju? Niepowtarzalny towar jest przecież najbardziej chodliwy.

Kultura jest silna, kiedy ma coś do zaoferowania, jest rozpoznawalna, tworzy wzory, oryginalne i niedające się z niczym pomylić treści. Coraz bardziej przypomina markę, która wchodzi na rynek. Wygrywa albo ginie. A przemysł etniczny to dziś branża całkiem poważna. Już w pierwszej dekadzie XXI wieku zaczęła generować ponad dwa miliardy dolarów zysku w skali roku. Park Narodowy „Ałchanaj" to senny, prowincjonalny straganik w porównaniu z czołowymi ośrodkami etnobiznesu, czarującymi klientelę niezwykłą egzotyką, tajemniczymi rytuałami, tańcami plemiennymi, świątyniami i zapierającymi dech w piersiach landszaftami. Do tej pory największy dochód przyniósł handel etnicznymi strojami, muzyką i wyrobami rzemieślniczymi. Ale doznania duchowe też dobrze się bilansują. Sam zysk to tylko początek zabawy.

Możliwe, że tożsamość i kultura, żeby dziś przetrwać i globalnie zaistnieć, muszą się stać atrakcyjnym przedstawieniem, które można dobrze sprzedać. Patrzcie, jesteśmy. Warto zapłacić, żeby nas zobaczyć – zdają się przemawiać krajobrazy i święte miejsca nie tylko do turystów z zewnątrz, ale i do samych miejscowych. Bo to oni są zarówno wykonawcami, jak i pierwszymi odbiorcami tego przedstawienia. Nie wiem, czy komercjalizacja zaszkodzi kulturze buriackiej, czy ją wzmocni. Wiem tylko to, co widziałem. Przez kilka dni patrzyłem na Park Narodowy „Ałchanaj", obrendowany buriackimi i azjatyckimi symbolami, jogą, buddyzmem, szamańskimi duchami, Czyngis-chanem i mongolskim stepem. Słyszałem też rosyjską popsę i rosyjską mowę. Sięgałem po książki w języku rosyjskim, czerpałem wiedzę z rosyjskojęzycznych tablic informacyjnych. Za wszystko płaciłem rosyjską walutą. Czy ów tożsamościowy kapitalizm może stać się polem gry między dominującymi kulturami centrów i peryferiami starającymi się zachować margines odrębności? Na to pytanie również nie umiem odpowiedzieć z pełnym przekonaniem. A może ktoś już starał się wytłumaczyć wam, że podział na centrum i peryferie przestał obowiązywać? Nie wierzcie w to.

Zjadłem szaszłyk, przespacerowałem się malowniczymi szlakami, nawdychałem się świeżego powietrza. Ochlapałem twarz w leczniczym źródle i udałem się z powrotem do Aginskoje. Postanowiłem po drodze zatrzymać się w Taptanaju. To niewielka wioska, jakieś pięćdziesiąt kilometrów stąd. Właśnie tam, w stepach okalających święty masyw Ałchana, urodził się niejaki Piotr Badmajew. Na przełomie XIX i XX wieku zrobił błyskotliwą karierę w stolicy imperium. Do dziś cała okolica jest z niego dumna. Miejscowa szkoła nosi jego imię, otwarto też muzeum poświęcone jego pamięci.

W telefonie miałem zapisany numer do pewnego faceta. Nie wiem właściwie, jak go określić. Działacz kulturalny? Buddyjski aktywista? Archiwista amator i kronikarz lokalnej historii? Miał na imię Daszi. Zadzwoniłem. Był na sianokosach. Wyjaśnił dokładnie, gdzie mieszka.

Moja żona jest w domu, zaraz do niej zadzwonię i powiem, żeby się tobą zajęła. Będę za parę godzin, jak skończymy robotę. – Usłyszałem w słuchawce rześki, lekko sepleniący głos. Ruszyłem w poszukiwaniu drugiej uliczki za sklepem. A dalej obejścia z zieloną blaszaną bramą. Po dziesięciu minutach siedziałem już na kuchennym taborecie.

Żona Dasziego była strasznie spięta. Nie wiedziała, co ze mną zrobić, więc kompulsywnie napychała mnie jedzeniem. Ledwo udało mi się dojeść barszcz, a już na stół wjeżdżała pokrojona mortadela. Dałem radę mortadeli, a przed nosem pojawiła się patelnia ze smażonymi kartoflami z cebulą. Potem ogórki kiszone z pomidorami. Kaszanka, herbatniki, cukierki w czekoladzie, barania kość z kawałkami mięsa do ogryzienia, kolejna herbata z mlekiem, potem dla odmiany bez mleka. Kobieta bez ładu i składu miotała się między lodówką, kuchenką i stołem. W końcu wymiękłem.

Dziękuję, już nie mogę.

Jak to? To może jeszcze sucharki… w takim razie?

Nie mogę – wymamrotałem.

Aha, nie możecie… No to co wam tu jeszcze dać? – I znów ruszyła w kierunku lodówki.

Kurwa, pomocy. – Spojrzałem w kierunku drzwi.

Może macie papierosa? – zapytałem koncyliacyjnie.

Papierosa?

No. Papierosa.

Nie mam – zmartwiła się – ale może jeszcze herbaty… – Przerwała, widząc rozpacz na mojej twarzy. Usiadła bezradnie przy stole i zaczęła zbierać okruszki z ceraty. Kiedy skończyła, zabrakło jej pomysłu na jakiekolwiek dalsze działanie. Z nadzieją spojrzała jeszcze raz na lodówkę, ale szybko uświadomiła sobie, że to już nie zadziała. Nastąpił kłopotliwy bezruch. I cisza.

Daszi na sianokosach? – Chwyciłem się z sytuacją za bary. Co prawda przed chwilą była już o tym mowa, ale może pogadamy jeszcze raz. Lepsze to niż kolejny talerzyk mortadeli.

Tak.

A kiedy wróci?

Niedługo. Mówiłam już przecież.

Znów zapadła cisza.

A siano to dla krów kosicie? – Oho. Chyba trafiłem. Teraz spojrzała na mnie jakoś inaczej. Przez chwilę uważnie mi się przyglądała, aż w końcu na jej twarzy pojawił się życzliwy, pobłażliwy uśmiech.

A wy to miastowi jesteście, co?

No – przytaknąłem głupkowato.

A jak myślicie, po co nam siano? Sami będziemy jedli?

Powietrze w kuchni się rozrzedziło. Obydwoje odetchnęliśmy. Okazało się, że obcokrajowiec nie jest taki znów straszny. Nie ma się czym przejmować. Gówno, za przeproszeniem, wie, choć niby taki mądry. Ale w sumie nawet sympatyczny, zapyta się, jak nie wie. Po chwili dowiedziałem się, że za kilogram wołowiny, tuż po uboju, można dostać jakieś dwieście, trzysta rubli, co przekłada się średnio na dziesięć–dwanaście tysięcy rubli na miesiąc. W mieście byłoby cienko, ale na wsi można przeżyć. Do tego własne mleko, kapusta, kartofle, pomidory i własna cebula. Krótko mówiąc, jak ktoś ma krowy albo barany, a większość ma, i chce mu się robić, to da radę. I tak, tocząc rozmowy o wołowinie, baraninie i życiu w sensie szerszym, dosiedzieliśmy do wieczora. Około ósmej zjawił się syn Dasziego. Młody chłopak, około dwudziestki. Ojciec musiał jeszcze zostać przy maszynach. Matka, nie czekając, zastawiła stół. Syn jeszcze nie skończył jeść, a już zaczął wypytywać, skąd przyjechałem. Gdzie mieszkam, czym się zajmuję. Jak się żyje w Polsce. I w ogóle.

Czy Wolf Messing był Polakiem? – zapytał w końcu. Nie bardzo wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Wiedziałem, że Messing urodził się w zaborze rosyjskim, chyba w Górze Kalwarii, a potem trafił do Rosji i po wielu perypetiach został wpływowym jasnowidzem i osobistym magiem Stalina. Oglądałem kiedyś jednym okiem jakiś program na Rossiji 1. Śmiertelnie poważny redaktor, stojąc w pomieszczeniu przypominającym katakumby, tłumaczył widzom, że Iosif Wissarionowicz zawdzięczał swoją niezwykłą przenikliwość i odporność na intrygi właśnie Messingowi. Ale nie bardzo pamiętam szczegóły.

A może był Żydem? – drążył chłopak.

Może. Chyba rzeczywiście był Żydem – odpowiedziałem.

Pokiwał głową. Po chwili znów zaczął się dopytywać o Polskę. Pytał o ceny skupu mięsa, ziarna i mleka. I wtedy poczułem, że jestem całkowicie oderwany od rzeczywistości. Nie wiedziałem, ile mleka daje średnio polska krowa. Nie miałem też pojęcia, za ile można kupić w Polsce używany ciągnik. Nic. Żadnej konkretnej wiedzy. Serię pytań, na które nie znajdowałem odpowiedzi, przerwał wreszcie powrót Dasziego. Było już dość późno. Chwilę pogadaliśmy. Ustaliliśmy, że następnego dnia pójdziemy do jego siostry, kierowniczki lokalnego muzeum Badmajewa.

O Badmajewach warto wiedzieć to i owo. Zwłaszcza jeśli z jakichś przyczyn komuś leży na sercu warszawski Żoliborz.

Latem 1857 roku gubernator Mikołaj Murawiow-Amurski udał się w służbową podróż po zabajkalskiej prowincji imperium Romanowów. Towarzyszyła mu żona, kilku urzędników i niewielki oddział kozaków do ochrony. Kiedy znalazł się o niespełna mdzień drogi od Ałchany, gubernatorowa Murawiowa nagle podupadła na zdrowiu. Nikt nie wiedział, co się z nią dzieje. Przerażeni Rosjanie znaleźli wreszcie miejscowego emczi-lamę, Buriata imieniem Sultim, który w ostatniej chwili uratował jej życie. Szczęśliwy Murawiow-Amurski zabrał go w dalszą drogę. Obiecywał mu złote góry.

Dzięki niespodziewanym znajomościom i pomocy nowego, wpływowego przyjaciela Sultim wkrótce znalazł się w Sankt Petersburgu. Spodobało mu się w stolicy. Od razu zorientował się, że wielkie miasto daje równie wielkie możliwości. Postanowił osiąść w nim na stałe. Dość szybko przyjął też chrzest w obrządku prawosławnym. Nazywał się teraz Aleksander Badmajew. Kiedy trochę się urządził, ściągnął do siebie młodszego brata. Żamsaran właśnie ukończył państwowe gimnazjum w Irkucku. Propozycja starszego brata była jak wygrany los na loterii. Szybko spakował rzeczy i wyruszył do stolicy. Zaraz potem, podobnie jak brat, przyjął prawosławie i zmienił imię na rosyjskie. Od tamtej pory Żamsaran będzie znany jako Piotr Badmajew.

Jako neofici Sultim i Żamsaran mogli bez przeszkód podjąć praktykę lekarską. Wkrótce otworzyli aptekę, w której na zamówienie przygotowywali tybetańskie leki. Żaden z synów buriackiego pasterza Zasogoła nie zapomniał nigdy, skąd pochodzi i kim jest. Obaj potrafili to znakomicie wykorzystać. W 1871 roku Piotr-Żamsaran rozpoczął studia na wydziale języków wschodnich petersburskiego uniwersytetu. W tym samym czasie został również słuchaczem prestiżowej Cesarskiej Wojskowej Akademii Medycznej, gdzie ukończył specjalizację chirurgiczną. Gruntowne wykształcenie, biegła znajomość języków: tybetańskiego, mongolskiego i chińskiego, naturalne pojmowanie wschodniej mentalności otworzyły przed nim drzwi do kariery w państwowych urzędach. Po ukończeniu dwóch wymagających kierunków studiów Piotr-Żamsaran rozpoczął pracę w Departamencie Azjatyckim MSZ Imperium Rosyjskiego. Z poruczenia ministerstwa podróżował do Tybetu, Mongolii i Chin. Po jakimś czasie ściągnął do stolicy swojego siostrzeńca, młodego chuwaraka z dacanu agińskiego. Niedoszły lama również przyjął chrzest i otrzymał nowe rosyjskie imię – Władimir. Pod okiem wuja kontynuował naukę medycyny tybetańskiej. I tak jak on ukończył petersburską Cesarską Wojskową Akademię Medyczną. Dzięki temu mógł oficjalnie praktykować w stolicy i wspierać starszego krewnego, pochłoniętego służbą państwową.

Kolonia Buriatów w Petersburgu powiększała się już wtedy w szybkim tempie. Po jakimś czasie Piotrowi-Żamsaranowi uda się stworzyć gimnazjum, do którego zaczną przyjeżdżać dobrze rokujący młodzi krajanie. Szkoła Badmajewa stanie się wkrótce kuźnią nowoczesnej buriackiej inteligencji. To w tym środowisku powstaną pomysły reform i wizje modernizacji buriackiej kultury. Jego wychowankowie w niedalekiej przyszłości staną na czele najważniejszych buriackich organizacji społecznych i politycznych. Stołeczne gimnazjum ukończą między innymi Bazar Baradijn i Cyben Żamcarano, przyszli założyciele Buriackiego Komitetu Narodowego.

Założyciel szkoły nie znajdował już czasu na pracę w aptece i gabinecie. W końcu XIX wieku Rosja coraz łakomiej przyglądała się Mongolii, która leżała wówczas w granicach Chin rządzonych przez słabnącą mandżurską dynastię Qing. Państwo rosyjskie rywalizowało o wpływy w Azji Środkowej także z Wielką Brytanią. „Wielka gra", geopolityczny konflikt dwóch zachłannych imperiów, objęła również Tybet.

Piotr-Żamsaran był zdecydowanym stronnikiem rozszerzenia wpływów Rosji na kulturowo bliskie Buriatom tereny Tybetu i Mongolii. Znając doskonale mentalność swoich mongolskich pobratymców, uważał, że samo podsycanie nastrojów antychińskich to zdecydowanie za mało. Wpadł więc na pomysł, żeby mongolskie ludowe legendy o „białym chanie" rozegrać ideologicznie i powiązać je z figurą rosyjskiego cara, przedstawiając go jako bohaterskiego wyzwoliciela spod chińskiego jarzma.

Obraz ówczesnej buriackiej elity zabiegającej o posłuch i wpływy w stolicy byłby dalece niepełny bez Agwana Dorżijewa, ucznia Namnanaj-lamy. Dorżijew również starał się skierować zainteresowanie najwyższych urzędników imperium Romanowów na Tybet i Mongolię. Szczególnie zależało mu na Tybecie, gdzie spędził długie lata życia, kształcąc się w dacanach. Jego pozycja stawała się tam coraz mocniejsza. W końcówce lat osiemdziesiątych XIX wieku znalazł się w wąskim gronie nauczycieli i doradców XIII Dalajlamy. Przez cały czas nakłaniał go do zbliżenia z Rosją. W końcu stał się jego oficjalnym przedstawicielem przy dworze cesarskim w Sankt Petersburgu, gdzie konsekwentnie przebijał się z pomysłem uwolnienia Tybetu spod wpływów brytyjskich. Wreszcie udało mu się zyskać osobistą aprobatę Mikołaja II.

Kiedy w 1903 roku doszło do otwartego konfliktu brytyjsko-tybetańskiego, Dorżijew zorganizował ucieczkę XIII Dalajlamy do Mongolii, skąd przez dwa lata starał się kierować polityką zagraniczną Tybetu Bez większej przesady można powiedzieć, że na początku XX wieku tacy ludzie jak Dorżijew czy Badmajew byli forpocztą rosyjskiej ekspansji na tradycyjnie buddyjskie obszary Azji Środkowej.

Buriaci znajdujący się blisko dworu nie zapominali także o własnym interesie. Dorżijew poświęcił sporo sił, aby zwiększyć państwowy prestiż buddyzmu. To głównie dzięki jego zabiegom udało się przeforsować decyzję o budowie świątyni buddyjskiej w Sankt Petersburgu.

Rewolucja lutowa, przewrót październikowy i rozpoczęta w jego konsekwencji krwawa wojna domowa rozdzieliły Badmajewów. Mimo wojennego chaosu i kilkakrotnych aresztowań Piotr-Żamsaran próbował prowadzić praktykę lekarską w stolicy. Latem 1920 roku zmarł. Wkrótce potem najmłodszy z Badmajewów, Władimir, uciekł do Polski. Były chuwarak z dacanu agińskiego na krótko zatrzymał się w Tomaszowie Mazowieckim, skąd przeprowadził się do Warszawy. Języka nauczył się szybko, a w stolicy już niepodległej Polski zajął się tym, na czym znał się najlepiej. Tak jak jego wujowie, Aleksander i Piotr, otworzył gabinet lekarski. Wkrótce zyskał rozgłos i wpływowego protektora w osobie hrabiego von Korvin-Krasinskiego. Wyleczył jego syna Johanna. Europejscy lekarze bezradnie rozkładali ręce, nie byli zgodni nawet co do przyczyn jego choroby. Mimo beznadziejnego stanu Badmajew postawił go na nogi. Po latach Johann symbolicznie spłacił swój dług. Wstąpił do zakonu benedyktynów, przyjął imię Cyrill i napisał głośną pracę na temat medycyny tybetańskiej: Die tibetische Meditzinphilosophie. Der Mensch als Mikrokosmos.

Władimir czuł się w Polsce coraz lepiej. Wziął ślub i urodził mu się syn. Na cześć sławnego wuja dostał imię Piotr. Spokojne życie rodzinne przerwał wybuch kolejnej wojny. Kiedy w 1944 roku w Warszawie zaczęło się powstanie, Władimir uciekł do Krakowa. Jego kilkunastoletni syn został w stolicy i jak wielu rówieśników poszedł się bić. Jako żołnierz AK trafił na powstańcze barykady Żoliborza. Po wielu latach wydał tom wspomnień Historia żoliborskiego powstańca. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa PAX i zebrała przychylne recenzje. Opowieści autobiograficzne Piotra Badmajewa zostały również zarejestrowane i są dostępne w zbiorach Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.

Pochodzący z zabajkalskich stepów Badmajewowie podzielili los wielu inteligenckich, rdzennie warszawskich rodzin. Ojciec po wojnie został już w Krakowie. W nowej rzeczywistości wciąż pracował jako lekarz. Znów udało mu się pokonać chorobę, wobec której zachodnia medycyna pozostawała bezradna. Kiedy polscy lekarze stracili już nadzieję, Badmajew zatrzymał rozwój raka limfy, wyniszczającego organizm Natalii Gałczyńskiej, żony Konstantego Ildefonsa. Badmajew dał jej kolejnych trzydzieści lat życia.

Stałem przed wejściem do niewielkiego muzeum Piotra Badmajewa w Taptanaju i opowiadałem o tym Dasziemu i jego siostrze. Patrzyli na mnie i przytakiwali z niedowierzaniem.

Daję słowo. Potomek tego waszego Badmajewa został gierojem Polszy. To prawdziwy bohater.

No co wy?

Serio.

Jeszcze chwila, a zacząłbym przekonywać, że ich Piotr Badmajew może i rzeczywiście był wybitny, ale nasz Piotr Badmajew to dopiero był ktoś. Sam jeden wypędziłby Niemców z Warszawy, gdyby mu tylko nie zabrakło amunicji. Budda, Honor, Ojczyzna. I niech nam braterstwo polsko-buriackie nigdy nie zagaśnie. No, ale się powstrzymałem. Bądź co bądź byłem trzeźwy.



Albert Jawłowski, Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Więcej o książce


Polecamy inne artykuły autora: Albert Jawłowski
Powrót
Najnowsze

Międzymorska „geoideologia”

21.06.2017
Kamil Całus
Czytaj dalej

Podwodny świat

20.06.2017
Kazimierz Popławski
Czytaj dalej

Być z Zachodem i przeciwko Zachodowi

15.06.2017
Kaja Puto Lilia Szewcowa
Czytaj dalej

Nieistniejąca Kamczatka

13.06.2017
Michał Milczarek
Czytaj dalej

Aktualność Giedroycia w Krakowie

08.06.2017
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Debata: „Wybory bez wyboru? Czy rok 2018 przyniesie zmiany w Rosji?”

08.06.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu