Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Dwie drogi
2016-10-21
Eugeniusz Smolar, Małgorzata Nocuń, Zbigniew Rokita

Mówiąc o potencjalnej agresji rosyjskiej, mamy na myśli zarówno atak konwencjonalny, jak i jądrowy. Gdyby wojska rosyjskie wkroczyły do Polski, to w ramach obrony Europy nie można wykluczyć też punktowego ataku jądrowego ze strony USA” – z Eugeniuszem Smolarem rozmawiają Małgorzata Nocuń i Zbigniew Rokita.

 

Rozmowa ukazała się w numerze 5/2016 (wrzesień-październik) „Nowej Europy Wschodniej”.

 

NOWA EUROPA WSCHODNIA: Czy Polsce zagraża atak ze strony Federacji Rosyjskiej?

EUGENIUSZ SMOLAR: W siedzibie głównej NATO, ale także w Waszyngtonie, Berlinie, Paryżu, Londynie od analityków związanych z elitami rządzącymi usłyszałem, że nie liczą się z takim bezpośrednim zagrożeniem. Polska jest objęta gwarancjami bezpieczeństwa NATO.

Polska – w swojej doktrynie obronnej – koncentruje się na zagrożeniu ze Wschodu. Istnieje jednak liczna grupa państw należących do NATO oraz Unii Europejskiej, która uważa, że zagrożenie z Południa jest większe, i to ono, a nie potencjalne niebezpieczeństwo płynące ze Wschodu, może podważyć podstawy polityczno-gospodarcze Europy. Są to Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecja i Turcja. Sprawia to, że Warszawa musi myśleć o własnej obronie w sposób szerszy, niż wynikałoby to z „doktryny Komorowskiego” (niewprowadzonej zresztą w życie), zgodnie z którą nie angażujemy się w konflikty poza terytorium członków NATO.

Te czynniki rzucają światło na decyzje podjęte w Warszawie. Postanowienia szczytu mają charakter wojskowy, ale przede wszystkim polityczny: ich celem jest podkreślenie wewnętrznej spoistości NATO. To kwestia kluczowa nie tylko dlatego, że rozbijanie jedności Sojuszu jest strategicznym celem Moskwy od czasów Związku Sowieckiego. Ważne jest także przygotowywanie zachodnich elit oraz tamtejszej opinii publicznej do nowej sytuacji: konieczności zwiększania nakładów na bezpieczeństwo i modernizację sił zbrojnych. Owe elity to często przedstawiciele pokolenia, które nie pamięta już zagrożenia towarzyszącego zimnej wojnie. Wówczas spoiwem zachodnich sojuszy było zagrożenie sowieckie, a kiedy zagrożenie to zniknęło, doszło do stopniowego zmniejszania nakładów na obronność – ci młodzi wówczas ludzie często nie widzą potrzeby inwestowania w nią. Obronność to nie tylko zagrożenia twarde, ale też hybrydowe, a więc takie, które nie wymagają zastosowania artykułu piątego traktatu waszyngtońskiego.

 

Jakie jest więc dziś największe zagrożenie, z którym musi mierzyć się Sojusz Północnoatlantycki?

Podstawowym problemem, który bezpośrednio dotyczy wszystkich krajów Sojuszu, jest zagrożenie cybernetyczne i – szerzej – zagrożenie dla infrastruktury krytycznej. Może ono doprowadzić do przejęcia przez przeciwnika kontroli nad sieciami energetycznymi, siłowniami nuklearnymi, transportem, komunikacją, bankowością – ludność straci wówczas dostęp do pieniędzy, co wywoła chaos. Wiemy, że atak cybernetyczny to wielkie zagrożenie, ale nie podejmujemy należytych kroków, aby się do niego przygotować. W ostatnich latach działania w tym zakresie podjęło i NATO, i Unia Europejska.

 

Mówił Pan o części krajów członkowskich Sojuszu, które uważają, że największe zagrożenie płynie z kierunku południowego, a niebezpieczeństwo ataku ze strony Rosji jest niewielkie. Dlaczego więc tyle uwagi na szczycie NATO w Warszawie poświęcono przeciwdziałaniu zagrożeniom ze Wschodu?

Symboliczne znaczenie miało miejsce organizacji szczytu (decyzję, że będzie to Warszawa, podjęto w walijskim Newport w 2014 roku). Miało to zwrócić uwagę na zagrożenia płynące właśnie ze Wschodu, zupełnie nową sytuację po 1989 roku. I choć w komunikacie końcowym o sytuacji na Południu napisano mniej niż o sytuacji na Wschodzie, to Afryce Północnej i Bliskiemu Wschodowi wcale nie poświęcono mniej uwagi. Różnica między tymi dwoma kierunkami polega między innymi na tym, że o ile w przypadku Wschodu mamy jasno zdefiniowanego przeciwnika, o tyle na Południu mierzymy się z aktorami niepaństwowymi, w tym z Daesh, tak zwanym Państwem Islamskim, ruchem o charakterze zbrojno-religijno-politycznym. W tym regionie konfrontujemy się z problemami, których nie da się rozwiązać wyłącznie przy użyciu środków wojskowych. Ważne były decyzje o zacieśnieniu współpracy i podjęciu wspólnych działań z Unią Europejską o charakterze przede wszystkim politycznym i gospodarczym. Taka współpraca pozwoliłaby w pewnej – dość odległej – perspektywie czasowej ustabilizować sytuację na Bliskim Wschodzie. Bez Unii Europejskiej będzie to niemożliwe: Bruksela ma narzędzia polityczne i finansowe, którymi nie dysponuje Sojusz.

 

Czy możemy powiedzieć, że „złote czasy” dla Europy Środkowej dobiegły końca? W krajach regionu obserwujemy populizm polityczny, regres demokracji, ważne są także czynniki zewnętrzne: Stany Zjednoczone mniej interesują się tym regionem, Unia Europejska znajduje się w kryzysie.

Tak, dobre czasy dla Europy Środkowej skończyły się w 2008 roku. Ten korzystny okres dobiegł końca nie tylko ze względu na politykę Moskwy, wojnę z Gruzją, ale też w następstwie kryzysu Unii Europejskiej. Rosną w siłę radykalne ruchy nacjonalistyczno-populistyczne, często antyeuropejskie i antynatowskie, a tak się składa, że nierzadko są one też prorosyjskie. Elity zachodnioeuropejskie i amerykańskie muszą przemyśleć swoją politykę. Wielu komentatorów zwraca uwagę na to, że w ciągu ostatnich piętnastu-dwudziestu „tłustych” lat zbyt duży nacisk kładziono na reformy Unii Europejskiej przy użyciu zabiegów technokratycznych, a za mało było prawdziwej polityki, z którą społeczeństwa by się utożsamiały i w ramach której gotowe byłyby wspierać lewicowe czy prawicowe partie środka. Widzieliśmy to też w Polsce, której przykładem menadżerskiego i technokratycznego modelu sprawowania władzy były rządy Platformy Obywatelskiej. Wywołały one sprzeciw u przeszło połowy głosujących w ostatnich wyborach parlamentarnych.

W dziedzinie bezpieczeństwa spójność polityczna jest równie ważna, jeśli nie ważniejsza od decyzji o charakterze wojskowym. Nawet gdyby Polska łożyła na obronność 5 procent PKB zamiast 2 procent, to nie byłaby w stanie przeciwstawić się zmasowanemu atakowi rosyjskiemu. Mimo że zakupimy broń antyrakietową, nasza ochrona przestrzeni powietrznej oraz obrona przeciwrakietowa pozostanie niewystarczająca. Biorąc pod uwagę doktrynę wojskową Moskwy, istnieje także zagrożenie atakiem atomowym. Pamiętajmy, że mówiąc o potencjalnej agresji rosyjskiej, mamy na myśli zarówno atak konwencjonalny, jak i jądrowy, ponieważ zgodnie ze strategią Kremla „wysunięta obrona przez atak jądrowy” może zostać przeprowadzona we wczesnej fazie wojny. Atak nuklearny grozi zresztą Polsce nie tylko ze strony Rosji. Gdyby wojska rosyjskie wkroczyły do naszego kraju, to w ramach obrony kontynentu europejskiego nie można wykluczyć punktowego ataku jądrowego ze strony USA. To niezwykle poważny problem, niestety w wypowiedziach publicystów oraz niektórych polityków sprawy te traktowane są nieodpowiedzialnie.

Należy zadać pytanie: co w tej sytuacji Polska i kraje naszego regionu powinny czynić, aby nasza ziemia nie stała się areną wojny z Zachodem? Odpowiedź znajduje się w dokumentach NATO i w oświadczeniach czołowych polityków zachodnich: należy prowadzić dwutorową politykę. Na szczycie w Warszawie podjęto bowiem decyzje o charakterze wojskowym i wojskowo-politycznym, ale podtrzymano także deklarację o gotowości nawiązania z Rosją stosunków politycznych, opartych na współpracy i transparentności, ale oczywiście przy założeniu, że Moskwa zrezygnuje z agresywnej polityki wobec swoich sąsiadów i wrogiej retoryki wymierzonej w państwa NATO. Należy więc wzmacniać obronność Sojuszu, ale trzeba też kontynuować zabiegi prowadzące do osłabiania napięcia na linii Zachód-Rosja.

W polskiej polityce brakuje zrozumienia dla owej dwutorowości, zwłaszcza w relacjach z Niemcami, które odegrały szczególnie pozytywną rolę – obok USA, Kanady i Wielkiej Brytanii – podczas szczytu w Warszawie. Niemcy w świetle ustaleń szczytu są państwem odpowiedzialnym za tworzenie batalionu NATO na Litwie. Berlin według Stanów Zjednoczonych jest jedynym krajem, który może zachować spójność Europy nie tylko w aspekcie unijnym, ale też natowskim.

Polska i kraje regionu powinny więc uczestniczyć we wszystkich działaniach sojuszniczych, których celem jest ograniczenie zagrożeń – zarówno w wymiarze wschodnim, jak i południowym. Obecnie nasze działania na kierunku wschodnim i południowym mają charakter w dużej mierze deklaratywny i symboliczny. Zapomina się, że zobowiązania natowskie są nade wszystko polityczne z konsekwencjami wojskowymi. Nie ma bowiem mechanizmu określającego, w jaki sposób kraje członkowskie będą reagowały na zagrożenia stojące przed innymi państwami. Jeśli więc Polsce zależy na wzmocnieniu bezpieczeństwa, powinna prowadzić politykę zakładającą realizację wspólnych celów politycznych oraz intensywniejsze przeciwstawianie się wspólnym dla państw NATO zagrożeniom – obecnie takiej polityki nie prowadzimy. Do tego dochodzą tendencje, które skutkowały napięciami z państwami członkowskimi Unii, a państwa te są także najważniejszymi członkami NATO: chodzi między innymi o spór dotyczący Trybunału Konstytucyjnego i eliminowanie podstaw trójpodziału władzy. Jestem wobec działań polskiego rządu krytyczny nie tylko z powodów pryncypialnych, ale też ze względu na ich wpływ na politykę bezpieczeństwa.

 

Jeśli do władzy dojdą politycy populistyczni – na przykład w USA Donald Trump, a we Francji Marine Le Pen – zachodnia presja wywierana na kraje środkowoeuropejskie w zakresie przestrzegania praw człowieka i standardów demokratycznych może osłabnąć.

W razie realizacji takiego scenariusza może tak się stać. Mam jednak zaufanie do zachodnich establishmentów, nie są one jednorodne: w tych krajach istnieją establishmenty wojskowe, polityczne, administracyjne, kulturalne. Każdy ma nieco inne cele, a ze starcia celów i wartości wykuwa się pewien typ liberalnej polityki. Najgroźniejsza nie jest sytuacja we Francji, gdzie Le Pen najprawdopodobniej nie dojdzie do władzy, ponieważ w przypadku drugiej tury wyborów prezydenckich miałoby miejsce zjednoczenie wszystkich sił politycznych wokół jej przeciwnika, najpewniej centroprawicowego. Największe niebezpieczeństwo stanowi zwycięstwo Trumpa, który jest nieprzewidywalny i przejawia zrozumienie dla polityki autorytarnej. Co prawda, nie powinien zagrozić on podstawom amerykańskiej demokracji – Kongres dysponuje narzędziami ograniczającymi politykę prezydenta, choć doświadczenie prezydentury George’a W. Busha i interwencji w Iraku pokazuje, że nie można wykluczyć żadnego scenariusza. Jeśli w czołowych krajach zachodnich do władzy dojdą siły populistyczne i osłabnie nacisk kładziony na przestrzeganie standardów demokratycznych, z pewnością nie wpłynie to na zwiększenie bezpieczeństwa Polski. Trump i Le Pen będący u władzy stanowią zagrożenie – w przypadku Francji mówi się, że mogłoby dojść do rozpisania referendum w sprawie Fraxitu. To doprowadziłoby do końca Unii Europejskiej. Warszawa nie byłaby w stanie odpowiednio zareagować na taką sytuację, stałaby się ofiarą procesów, które toczą się w innych krajach. A łamiąc zasady demokracji, w jeszcze większym stopniu niż obecnie przesunęlibyśmy się w świadomości zachodnioeuropejskiej z Europy Środkowej do Wschodniej.

 

A czy decyzje, które zapadły na szczycie NATO, między innymi dyslokacja batalionu sojuszniczego w Polsce, realnie zwiększają nasze bezpieczeństwo? Eksperci zwracają uwagę, że w razie zagrożenia proces decyzyjny i ewentualne wysłanie wojsk NATO zajmie około dwóch dni. Tymczasem Rosja może podejmować decyzje i działania błyskawicznie.

Przede wszystkim Rosja nie byłaby w stanie dokonać mobilizacji sił, które mogłyby przeprowadzić lądowo-lotniczy atak na Polskę bez wiedzy zachodnich wywiadów. Obecność kilku tysięcy natowskich żołnierzy w Polsce i w państwach bałtyckich wywoła automatyczną reakcję obronną, o co polska dyplomacja starała się w NATO od pierwszych dni naszego członkostwa. Fakt, że w potencjalnym starciu mogliby zginąć obywatele amerykańscy, brytyjscy, francuscy, kanadyjscy czy niemieccy, ma odstraszać Rosję. To jest dla Polski bezcenne. Bataliony nie mają być proporcjonalną odpowiedzią na rosyjskie zbrojenia, manewry czy nową doktrynę wojenną Rosji. I choć obecnie mało prawdopodobny jest rosyjski atak konwencjonalny lub jądrowy, nie można wykluczyć działań hybrydowych, które destabilizując sytuację w którymś z państw bałtyckich, miałyby wykazać, że NATO nie jest sojuszem obronnym, na który jego członkowie mogą liczyć. Taki cel przyświeca Rosji. Moskwa nie ma zamiaru okupować czyjegoś terytorium, skoro byłoby to tylko źródłem problemów, lecz chce doprowadzić do zwiększenia swojej roli w systemie bezpieczeństwa Europy. W przekonaniu Władimira Putina nie udało się dokonać tego w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i dwutysięcznych w wyniku współpracy, dlatego przystąpił on do realizacji celów przy użyciu środków nacisku wojskowego.

 

Czy powinniśmy poważnie traktować głosy publicystów mówiące o możliwym rozpadzie NATO bądź jego marginalizacji i nacjonalizacji polityki bezpieczeństwa?

To niepoważne głosy. Na spotkaniach premierów czy ministrów Unii Europejskiej dochodzi do przepychanek, niekiedy ekscentrycznie postępują Węgry, Polska czy Cypr. Jednak gdy ci sami politycy znajdą się w siedzibie głównej NATO, głosują jednomyślnie. To pokazuje, że w ramach Unii można pozwolić sobie na lekkomyślność, ale wszyscy zdają sobie sprawę, iż kiedy mówimy o NATO, rozmawiamy o sprawach fundamentalnych.

 

A czy ma Pan poczucie, że Francuzi czy Brytyjczycy naprawdę umieraliby za Gdańsk?

To najtrudniejsze pytanie, nikt nie ma na nie odpowiedzi. Żeby zwiększyć szanse na zaangażowanie innych państw w potencjalny konflikt na terytorium naszego kraju, ważne jest utrzymywanie sojuszniczej jedności. Dlatego dobrze, że wspieraliśmy Francję w Czadzie, Mali czy Republice Środkowoafrykańskiej. Kwestia uchodźców i emigrantów ekonomicznych rozbija jedność krajów członkowskich – w tym zakresie także popełniliśmy poważne błędy. Niektóre kraje, na przykład Niemcy, prowadzące politykę „otwartych drzwi” także popełniły błędy, ale Warszawa musi wypracować politykę, której realizacja zademonstruje, że gramy z innymi europejskimi partnerami w jednej drużynie. Wiele krajów – i nie mówimy tylko o tych, które leżą nad Morzem Śródziemnym, ale też o Austrii czy Niemcach – czuje się zagrożonych. Musimy pomóc rozładować to napięcie. Nie tylko z oczywistych powodów humanitarnych, ale właśnie ze względów strategicznych.

 

W Turcji miał miejsce pucz wojskowy. Czy powinniśmy obawiać się, że tak istotny członek Sojuszu okaże się nieprzewidywalny i wewnętrznie słaby?

To poważne zagrożenie, Turcja ma drugą co do wielkości armię NATO oraz jest krajem kluczowym dla wypracowania rozwiązań prowadzących do stabilizacji na Bliskim Wschodzie. Sytuacja w tym kraju przypomina nam, że NATO nie posiada narzędzi pozwalających wybrać między polityką opartą na realizmie a polityką opartą na wartościach. Nawet w trakcie rządów pułkowników w Grecji Zachód nie był w stanie odpowiednio zareagować – Waszyngton wspierał puczystów ze względu na zagrożenie sowieckie, gdy wiele krajów Europy Zachodniej ochłodziło stosunki z Atenami i naciskało na przywrócenie rządów demokratycznych; nie podjęto działań, bo nie posiadano wspólnych celów i odpowiednich narzędzi. Musimy odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie, co bardziej sprzyja spoistości NATO: osłabianie czy przestrzeganie zasad demokratycznych.

 

Wspomniał Pan, że poza polityką obronności NATO powinno prowadzić dialog z Rosją. Czy w sytuacji, gdy zgromadzono 200 tysięcy żołnierzy rosyjskich na wschodniej granicy Ukrainy, widzi Pan szansę na podjęcie takiego dialogu?

Gotowość do podejmowania dialogu ma charakter deklaratywny i polityczny i nie ma nic wspólnego ze wspieraniem zdolności obronnych armii ukraińskiej, a takie decyzje też zostały podjęte na szczycie w Warszawie. Wracamy do podstawowego pytania: czy zagrożona jest integralność terytorialna państw członkowskich NATO? Odpowiedź brzmi: nie, gdy Ukraina nie jest objęta gwarancjami natowskimi. Walka o Ukrainę i jej przyszłość to także walka Zachodu o przyszłe relacje z Moskwą, już po Putinie. Kreml zdaje sobie sprawę, że otwarte zaatakowanie Ukrainy oznaczałoby zerwanie relacji z Zachodem. Mamy więc do czynienia prawdopodobnie z rosyjskim naciskiem politycznym, w sytuacji gdy rozstrzygnięcia mińskie nie przynoszą Moskwie korzyści: Ukraina przetrwała, przeprowadza powolne reformy gospodarcze.

 

Jakie warunki musiałyby zostać spełnione, aby Ukraina ponownie, jak podczas szczytu bukareszteńskiego w 2008 roku, miała pewne szanse na otrzymanie natowskiego Planu Działań na Rzecz Członkostwa – MAP?

W przewidywalnej przyszłości jest to nierealne. Wojna z Gruzją, aneksja Krymu i rozpętanie wojny na wschodzie Ukrainy pokazują granice możliwości wpływu Zachodu w krajach wschodniego sąsiedztwa. NATO zaakceptowało te granice – nawet jeśli nadal deklaruje prowadzenie polityki „otwartych drzwi”. Dla naszych przyjaciół w Kijowie, Tbilisi czy Kiszyniowie to smutna konstatacja. Ciekawe jednak, że podczas szczytu poczyniono interesujące rozróżnienie między Ukrainą a Gruzją. Deklarowano wolę pomocy tej pierwszej, ale wśród bliskich sojuszników NATO wymieniono takie kraje, jak: Korea Południowa, Japonia, Jordania i właśnie Gruzja. To również sygnał wysłany Moskwie.

 

Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej chce wzmocnić bezpieczeństwo państwa, tworząc Obronę Terytorialną Kraju, która ma składać się z kilkudziesięciu tysięcy osób. Czy będzie to skuteczne oraz jakie niesie ze sobą ryzyko: czy nie istnieje konieczność weryfikacji chętnych, którzy będą mieli dostęp do broni, podczas gdy na murach przybywa napisów o „wyrywaniu chwastów” i „mordowaniu wrogów ojczyzny”?

Przykładam dużą wagę do obrony terytorialnej: jeśli gdzieś pojawiłyby się zielone ludziki, musimy być w stanie natychmiast zareagować w miejscu zagrożenia, zanim dojdzie do mobilizacji w skali całego kraju. Zamiast mówić o Międzymorzu, które uznaję za mrzonkę, powinniśmy ściśle współpracować w zakresie obrony terytorialnej z partnerami w regionie, na przykład z krajami wyszehradzkimi, bałtyckimi, ale też z Finlandią i Szwecją. W samej Polsce należy rozwijać tego typu działania przy lokalnych jednostkach wojskowych współpracujących z miejscową administracją.

Obawiam się natomiast – mając namyśli nie tyle specyficzny sposób działania Antoniego Macierewicza i jego cele polityczne, ale kulturę polityczną obecnego obozu rządzącego – że sięganie po obronę terytorialną może służyć militaryzacji polskiej polityki; tworzeniu poczucia zagrożenia ze strony wrogów zewnętrznych, na przykład Rosji czy Komisji Europejskiej, ale też wewnętrznych, takich jak partie opozycyjne czy sektor pozarządowy. Tę retorykę słyszymy nieustannie, a taka militaryzacja polityki byłaby, mówiąc delikatnie, szkodliwa i dla demokracji w Polsce, i dla gotowości jej obrony przez naszych sojuszników w NATO.

 

Podkreśla Pan, że decyzja o ewentualnym udzieleniu Polsce pomocy przez członków Sojuszu w dużej mierze będzie zależeć od odbioru naszego kraju za granicą. W jakim stopniu przypadki takie jak nocna eskapada ministra Macierewicza z dorabianym kluczem w centrum kontrwywiadu NATO wpływają na wizerunek Polski w krajach sojuszniczych?

Takie incydenty mają duży wpływ na tamtejszych polityków, dziennikarzy, wojskowych. W ostatnich latach ministrowie Tomasz Siemoniak i Robert Kupiecki zrobili dużo na rzecz wzmocnienia współpracy ze Szwecją oraz (w mniejszym stopniu) z Finlandią. W wyniku ostatnich wydarzeń w Polsce – przede wszystkim naruszenia zasad demokratycznych – gotowość do wspólnych działań uległa w tych krajach wyraźnemu osłabieniu. Jeśli Szwedzi angażują się we współpracę w tak ważnej sferze jak wojskowość, muszą mieć do czynienia z partnerem przewidywalnym, który nie sprawi, że znajdą się w niekomfortowej sytuacji. Także Francja i Niemcy postrzegają dziś Polskę jako kraj nieprzewidywalny. Minister Macierewicz, składając przed szczytem NATO wizytę w Niemczech, był bardzo powściągliwy i wywołał pozytywną reakcję, ale nasi sojusznicy mają służby, ambasady, dziennikarzy i wiedzą, że istnieje rozdźwięk między retoryką i prowadzoną w Polsce polityką a uspokajającymi słowami, które słyszą za granicą od naszych obecnych polityków.

 

Rozmowa ukazała się w numerze 5/2016 (wrzesień-październik) „Nowej Europy Wschodniej”.

 

Eugeniusz Smolar jest specjalistą w zakresie stosunków międzynarodowych. Były działacz opozycji w PRL i dyrektor Sekcji Polskiej BBC w Londynie. Były prezes, a obecnie analityk oraz członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych.

 

Wykorzystana fotografia: archiwum prywatne Eugeniusza Smolara


Polecamy inne artykuły autora: Eugeniusz Smolar
Polecamy inne artykuły autora: Małgorzata Nocuń
Polecamy inne artykuły autora: Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Bariera nieufności

23.03.2017
Zbigniew Rokita Michał Potocki
Czytaj dalej

Niezrozumiany nacjonalizm

21.03.2017
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Jedyna słuszna wykładnia ukraińskiego nacjonalizmu

21.03.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

Spotkanie wokół książki „Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni”

21.03.2017
NEW
Czytaj dalej

Akcja #adwokacinagranicy

20.03.2017
Kaja Puto
Czytaj dalej

Dziadowie, ojcowie i synowie

20.03.2017
Kaja Puto
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu