Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Rewolucja w armii
2016-10-28
Mychajło Samus, Zbigniew Rokita

Wyposażenie ukraińskich żołnierzy nie jest gorsze niż armii krajów NATO. Myślę, że do 2020 roku nasze wojsko przejdzie w pełni na standardy Sojuszu" – z ekspertem ds. wojskowości Mychajłem Samusem rozmawia Zbigniew Rokita.

Fot. U.S. Department of Defense Current Photos (public domain) flickr.com

 

 

ZBIGNIEW ROKITA: Na ile rozwinięty i konkurencyjny dla zachodnich firm jest ukraiński sektor zbrojeniowy?

MYCHAJŁO SAMUS: Ukraińskiemu sektorowi wojenno-przemysłowemu trudno konkurować ze swoimi odpowiednikami w zachodnich krajach. Nasz przemysł zbrojeniowy tradycyjnie orientował się przede wszystkim na odbiorców w krajach byłego Związku Radzieckiego – 2 procent produkcji trafiało na rynek wewnętrzny, podczas gdy 98 procent eksportowano, a wartość transakcji wynosiła rocznie w przybliżeniu od miliarda do półtorej miliarda dolarów. To uratowało nas, gdy rozpoczęła się wojna na Donbasie: wiele gałęzi zbrojeniówki funkcjonowało dobrze i były przydatne, kiedy trzeba było zaspokoić potrzeby własnej armii i szybko modernizować sprzęt, który leżał w magazynach. A zostało go dużo w spadku po Związku Radzieckim – gdy ten się rozpadał w 1991 roku, na Ukrainie stacjonował milion żołnierzy, można sobie wyobrazić, jak ogromnym uzbrojeniem i sprzetem musieli dysponować. Na tej podstawie po rozpoczęciu konfliktu na Krymie i Donbasie zaczęto tworzyć ukraińskie siły zbrojne, które w czasach prezydentury Wiktora Janukowycza były de facto zniszczone.

Na Ukrainie dobrze rozwinięty jest między innymi przemysł pancerny oraz produkcja helikopterów i śmigłowców; widać postępy w produkcji sprzętu przeciwczołgowego i rakietowego, niebawem nasze wojsko będzie mogło używać rakiet o zasięgu, który umożliwi atakowanie rosyjskiego terytorium, co stanowić będzie element odstraszający.

 

A czego brakuje? Gdy zaczynała się wojna na Donbasie, ukraińscy żołnierze nosili kamizelki kuloodporne, które pamiętały radziecką wojnę w Afganistanie.

Takie „poradzieckie" kamizelki przed 2014 rokiem wykorzystywali tylko niektórzy żołnierze – na przykład ochraniający obiekty wojskowe – a na wyposażeniu zwykłych żołnierzy nie było żadnych kamizelek. Obecnie sytuacja się oczywiście zmieniła, posiadamy już ogromną liczbę kamizelek kuloodpornych.

 

Ukraina sama je produkuje?

Tak, a w niektórych sferach współpracuje z Polską. Jeśli chodzi o wyposażenie żołnierzy, Ukraina wykonała ogromny krok naprzód, zmiana jest porażająca. Dziś moim zdaniem wyposażenie – a więc sprzęt noktowizoryjny, defensywny, mundury czy obuwie – naszych żołnierzy nie jest gorsze niż armii krajów NATO. Ukraińskie wojska mają do 2020 roku w pełni odpowiadać standardom Sojuszu we wszelakich aspektach: zaczynając od wyżywienia żołnierzy, a kończąc na systemie łączności i potencjale rakietowym.

 

Uda się osiągnąć ten cel?

Myślę, że tak. Jednak przejście na standardy NATO to nie tylko zmiana uzbrojenia. Wyzwaniem jest na pewno przygotowanie oficerów, trzeba zmienić też procedury – od procedury podejmowania decyzji do systemu zarządzania. Ale prace trwają, jest u nas bardzo wielu doradców z USA i Wielkiej Brytanii, pomagają nam.

Naszą bolączką jest fakt, że ukraińska zbrojeniówka była częścią przemysłu radzieckiego – zakłady często posiadały swoje stosunkowo wąskie specjalizacje, które do dziś zachowały, to był system naczyń połączonych. Tymczasem obecnie rynek rosyjski jest dla nas zamknięty, Rosja jest agresorem i trudno z nią handlować. Dlatego musimy się przeorientować i zacząć produkcję wspólnych śmigłowców z Polską.

 

Polskie Ministerstwo Obrony niedawno zrezygnowało z zakupu francuskich śmigłowców Caracal, pojawiły się jednak zapowiedzi, że Polska i Ukraina mogą same produkować śmigłowce. To realistyczny plan?

Tak, ale obecnie to tylko plan, choć obie strony poświęcają mu uwagę. To ważny projekt, ponieważ Ukraina nie może samodzielnie w całości produkować śmigłowców, a importowanie tego rodzaju sprzętu jest bardzo drogie. Moglibyśmy wspólnie stworzyć więc śmigłowce nie tylko na własny użytek, ale też jako produkt eksportowy. Trzeba jednak uzgodnić wiele szczegółów. Jeśli ma to być wspólny projekt, będzie dwóch zamawiających – polskie i ukraińskie resorty obrony. Wymagania mogą więc być różne. Jedna strona może chcieć na przykład stworzyć śmigłowiec szturmowy, druga wielozadaniowy. Na terytorium Polski produkowane są wielozadaniowe śmigłowce Black Hawk, a Ukraina nie może ich wyprodukować, stąd można założyć, że Kijów będzie naciskał właśnie na wielozadaniowość takiego śmigłowca, a Warszawa będzie chciała, aby był szturmowy. Ale wojsko potrzebuje też śmigłowców transportowych. Wszystko to sprawia, że należy powołać wspólny zespół, który ustali konkrety. Ukraina ma problemy ze śmigłowcami i nie ma czasu, żeby czekać. Nasze wojsko posiada obecnie radzieckie śmigłowce, ale trzeba będzie je za około pięciu lat wymienić i wówczas będziemy potrzebowali jakieś sto nowych sztuk.

 

Jakiego sprzętu jeszcze potrzebuje ukraińska armia?

Na pewno broni przeciwpancernej, którą co prawda sami produkujemy, ale ukraiński przemysł nie ma mocy przerobowych, które zaspokoiłyby zapotrzebowanie armii. Dlatego gdy mówimy na przykład o tym, że Stany Zjednoczone mogłyby nam pomóc w zakresie broni przeciwpancernej, nie oznacza to, iż sami nie możemy jej stworzyć, ale to, że produkcja idzie zbyt wolno. Potrzebujemy od razu kilka tysięcy rakiet przeciwpancernych. Wówczas Rosja musiałaby się dwa razy zastanowić – czy opłaca się ruszać czołgami na Kijów? Tyle potrzeba (pomijam lotnictwo, piechotę i tak dalej), aby zatrzymać około tysiąc czołgów, które Rosja zgromadziła na kierunku kijowskim.

Ukraina potrzebuje też okrętów. Nasza marynarka po aneksji Krymu i przejęciu części sił na morzu dziś de facto nie ma możliwości patrolowania Morza Czarnego czy przeciwdziałania wydobyciu gazu z akwenów należących do Ukrainy, a znajdujących się pod rosyjską okupacją. Możemy wyprodukować około sześćdziesięciu procent okrętu, wiele elementów musimy sprowadzać, a to bardzo drogie. Najbardziej przydałoby się nam około dwudziestu niewielkich jednostek morskich, które byłyby uzbrojone w kilka rakiet i mogły przeprowadzać szybkie ataki. Możliwym wariantem jest zakup używanych statków ze Stanów Zjednoczonych, które mogłyby posłużyć choćby dziesięć lat, póki sytuacja nie stanie się bardziej przewidywalna.

 

A czego potrzebuje ukraińskie lotnictwo?

Sami nie możemy produkować myśliwców piątej generacji – jak zresztą nikt w Europie. W tejże Europie wiele krajów będzie najpewniej kupować F-35 piątej generacji, a Ukraina powinna skupić się na kupnie sprzętu co najmniej generacji 4.5: F-16 lub Gripen. Ten problem stanie się palący po 2020 roku, ponieważ obecnie mamy jeszcze modernizowane na miejscu radzieckie samoloty, które są w stanie efektywnie wypełniać zadania. Kijów już dziś o tym myśli, a nie może wydać ogromnych sum na myśliwce, ponieważ w innych sferach – na przykład w siłach morskich – również potrzebne są inwestycje.

 

Dwa i pół roku temu ukraińska armia niemal nie istniała, dziś sytuacja jest nieporównywalnie lepsza. Czy byłby Pan skłonny powiedzieć, że modernizacja wojska to najbardziej udana reforma po rewolucji godności?

Można tak powiedzieć, dokonał się ogromny postęp. Oddzielmy jednak modernizację sił zbrojnych od ich reformy – w przypadku tej ostatniej zrobiono stosunkowo niewiele. Mówiliśmy o tym wcześniej: sprzęt można wyprodukować lub kupić, ale przejście na standardy NATO w zakresie chociażby procedur, to duże wyzwanie.

Na początku wojny z Rosją mieliśmy duże problemy między innymi dlatego, że proces podejmowania decyzji był dysfunkcjonalny. Dowodzący wojskami w danej jednostce terytorialnej miał pod sobą wojska różnych sił zbrojnych. I planując operację, musiał uzgadniać wykorzystanie danych sił z ich najwyższym dowództwem w Kijowie, w przypadku sił morskich w Odessie, a w przypadku lotnictwa – w Winnicy. Podjęcie decyzji zajmowało więc kilka dni, za każdym razem proces bardzo się przeciągał. Paraliżowało to działanie wojska. Teraz jest już inaczej. Dziś tworzy się osobne dowództwo, które odpowiada za konkretną operację – gdy operacja trwa, dowodzący nią odpowiada za wszystkie podlegające mu siły. Decyzje podejmuje się więc w czasie rzeczywistym, nie trzeba czekać już kilkudziesięciu godzin, aż ktoś setki kilometrów dalej wyda zgodę na użycie jakiegoś samolotu. Dowodzący operacją musi ocenić, w jakim terenie będzie działał, jakie jest ryzyko i tak dalej. Teraz to na nim ciąży odpowiedzialność. Wcześniej proces decyzyjny był sparaliżowany również dlatego, że funkcje i zadania Ministerstwa Obrony i Sztabu Generalnego się dublowały, nawet generałowie nie wiedzieli, kto za co odpowiada – a ofiarami padali żołnierze. To przykłady udanych zmian, ale wciąż wiele pozostaje do zrobienia.

 

A czy ukraińskim służbom bezpieczeństwa, porządkowym i siłom zbrojnym udało się uporać z problemem rosyjskich agentów, którzy byli w nich silnie obecni?

Najbardziej zinfiltrowane były Służba Bezpieczeństwa Ukrainy i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, a więc w przypadku tego ostatniego głównie policja, wcześniejsza milicja. W tych strukturach FSB działało na ogromną skalę, werbowano Ukraińców, o czym najdobitniej przekonaliśmy się na Krymie i Donbasie, gdzie masowo przechodzono na stronę wroga. FSB pracowało wśród nich od lat, potem okazało się, że wielu ukraińskich funkcjonariuszy otrzymywało dwie pensje – oficjalną i z Rosji. Igor Girkin przeszedł granicę – w czym również ktoś mu pomógł – z pięćdziecięcioma osobami, a w Słowiańsku już czekało na niego trzystu uzbrojonych, dotychczas „śpiących agentów". Zresztą wystarczy przypomnieć sobie, gdzie znajdują się osoby, które za czasów Janukowycza pełniły funkcje ministra obrony czy szefa Sztabu Generalnego – uciekli do Rosji, podejrzewa się, że to oni byli głównymi agentami wpływu, ukraińscy generałowie mogli być masowo werbowani. Przeprowadzono już lustrację i w dużej mierze agentów udało się wykryć, choć nie wszystkich. FSB z pewnością wciąż działa na Ukrainie, jednak dziś jest jej trudniej, nie może pracować tak jawnie jak w czasach Janukowycza, rosyjska ambasada przejawia minimalną aktywność, służby muszą wykorzystywać inne metody. Dziś Rosjanom bardzo zależy na dostępie do list osób, które uczestniczą w ukraińskiej operacjach zbrojnych. Zakładam, że wprowadzają te nazwiska do baz danych i jeśli taka osoba pojawi się na granicy z Rosją, mogą go aresztować i wykorzystać jako zakładnika. Tak jak było z Jewgienijem Panowem, który w niewyjaśnionych okolicznościach trafił na Krym.

 

Mychajło Samus jest ekspertem ds. wojskowości, analityk Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem.


Polecamy inne artykuły autora: Mychajło Samus
Polecamy inne artykuły autora: Zbigniew Rokita
Powrót
Najnowsze

Paradoksy pracy tłumacza

20.09.2017
Aneta Kamińska, Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu