Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
O kształt Mołdawii
2016-11-02
Kamil Całus, Zbigniew Rokita

Prezydenckie wybory w Mołdawii to spór środowisk oligarchicznych z antyoligarchicznymi. Tamtejsze społeczeństwo ma duży mętlik w głowie. 76 procent Mołdawian w ogóle nie wierzy w uczciwość tych wyborów" – z ekspertem ds. Mołdawii Kamilem Całusem rozmawia Zbigniew Rokita.

Fot. Vlad Plahotniuc (cc by 2.0) commons.wikimedia.org

 

ZBIGNIEW ROKITA: Do drugiej tury prezydenckich wyborów w Mołdawii przeszli Igor Dodon (48,6 procent poparcia) i Maia Sandu (36 procent). Jaka jest istota sporu między nimi?

KAMIL CAŁUS: Te wybory – wbrew temu, co pokazuje znaczna część mediów zachodnich i mołdawskich – nie są wyborami stricte geopolitycznymi. Choć geopolityczne wątki pojawiają się w wypowiedziach kandydatów, to jest to przede wszystkim spór środowiska antyoligarchicznego z oligarchicznym. Mamy do czynienia z dwójką kluczowych kandydatów. Pierwszym jest Maia Sandu. To liderka środowiska proeuropejskiego, polityk antyoligarchiczny, który ma wolę (i poparcie z Zachodu), aby przebudować ten system, doprowadzić do realnej modernizacji. Chce budować społeczeństwo obywatelskie. Drugim kandydatem jest lider Partii Socjalistycznej Igor Dodon, który mieni się politykiem prorosyjskim: mówi o wypowiadaniu umowy stowarzyszeniowej, o ograniczeniu idei „unionistycznej" i wpływów rumuńskich, o obronie tradycyjnych prawosławnych wartości. W rzeczywistości wiele wskazuje jednak na to, że gra on na głównego oligarchę, Vlada Plahotniuka, który niemal zmonopolizował mołdawski system władzy. Oligarcha ów robi wiele, aby Dodon wygrał te wybory. Dzieje się tak, choć sam Dodon pozycjonuje się jako polityk antyoligarchiczny i nieco nieśmiało – antyplahotniukowski. Dodon jest człowiekiem systemu. Wywodzi się z układzików klanowo-biznesowych, to nie jest człowiek ideowy.

 

Kim jest Igor Dodon?

Wiele lat był ekonomistą związanym z rządzącą przez większość lat dwutysięcznych partią komunistyczną, był wicepremierem i ministrem handlu oraz gospodarki. Gdy komuniści stracili władzę w 2009 roku, on również usunął się nieco w cień, choć w tymże 2009 roku otrzymał mandat deputowanego z ramienia partii komunistów. Reprezentował ją w parlamencie aż do końca 2011 roku, gdy wraz z kilkoma osobami z tego ugrupowania odszedł, przeszedł do partii socjalistycznej, której później stał się twarzą. Jego zmiana barw partyjnych umożliwiła wybór głowy państwa, którą wówczas wyłaniał parlament, a rozkład sił sprawiał, że nikomu nie udawało się od 2009 roku uzyskać wymaganej większości. Dodon i „jego" posłowie stali się języczkiem u wagi, prezydentem został polityk koalicji proeuropejskiej Nicolae Timofti – koalicji, w której coraz większe wpływy miał Plahotniuc. Przez pewien czas Dodon nie był później szczególnie istotnym graczem. Sytuacja zaczęła zmieniać się dopiero przed wyborami parlamentarnymi 2014 roku, gdy dość gwałtowanie zaczął zdobywać poparcie.

 

Z czego to wynikało?

Miało to związek z dwoma wydarzeniami. Po pierwsze partia komunistyczna, która w 2014 roku mimo wszystko cieszyła się jeszcze wysokim poparciem, zaczęła je szybko tracić. Wiązało się to z radykalną i zaskakującą retoryczną woltą lidera komunistów, Władimira Woronina, który przed ówczesnymi wyborami do parlamentu zaczął przebąkiwać, że jego ugrupowanie w zasadzie nie jest antyeuropejskie, a wypowiadanie umowy stowarzyszeniowej nie jest dobrym pomysłem. Mocno uderzyło to w wizerunek partii, a jej zwolennicy zaczęli masowo odchodzić do środowisk prorosyjskich Dodona i Renato Usatego. Przed samymi wyborami 2014 roku start tego drugiego polityka został zablokowany, duża część jego głosów przeszła na Dodona, co sprawiło, że lider socjalistów odniósł spektakularny sukces.

 

Jego sukces jest więc w dużej mierze wynikiem kilku zbiegów okoliczności i błędów rywali?

Możemy nazwać to zbiegami okoliczności, możemy określić też mianem celowej taktyki Plahotniuka – co do tego nie mamy pewności. Mówi się, że Dodon odszedł od komunistów, by poprzeć w walce o prezydenturę Timoftiego, za co zapłacić miał mu Plahotniuc: wymienia się kwotę trzech milionów euro. Faktem jest, że od końca 2014 roku Dodon jest niekwestionowanym liderem lewej, prorosyjskiej strony sceny politycznej.

 

Co wiemy o powiązaniach Dodona z Plahotniukiem na pewno?

W przypadku mołdawskich układów klanowo-politycznych mamy najczęściej do czynienia ze spekulacjami, które biorą się z konkretnych działań – jednym z sygnałów było poparcie przez Dodona kandydata proeuropejskiej koalicji, kontrolowanej wówczas już w dużej mierze przez Plahotniuka. Sugeruje się też, że banki powiązane z Plahotniukiem finansują część interesów Dodona. W kluczowych momentach Partia Socjalistyczna popiera projekty korzystne dla najbogatszego Mołdawianina – ugrupowanie Dodona przesądziło na przykład o tym, że w 2015 roku prawo nominowania szefa mołdawskiego biura antykorupcyjnego utracił rząd, a zyskał kontrolowany przez Plahotniuka parlament. Wówczas radę ministrów kontrolował jeszcze Vlad Filat, ale później Plahotniuc sprawił, że trafił on do więzienia, w którym siedzi do dzisiaj. Dodon korzystał też swego czasu z prywatnego samolotu oligarchy. Wiele sygnałów pozbieranych razem, o czymś świadczy. Do tego dochodzą mniej poważne argumenty, na przykład popularny filmik, na którym widać, jak Dodon, zauważając Plahotniuka wchodzącego do parlamentu, staje na baczność, aby ustąpić mu miejsca.

 

Dla oligarchy wygrana Dodona jest więc korzystna i wzmacnia go?

Tak, ale to jeszcze bardziej złożone. Nie chodzi tylko o to, że Dodon jest od niego zależny biznesowo czy – jak twierdzi wiele osób – oligarcha posiada na niego taką liczbę kompromitujących materiałów, że w każdej chwili może go zniszczyć. Chodzi o to, że Dodon jako prezydent, który na Zachodzie jest postrzegany jako człowiek Moskwy, będzie pozwalał oligarsze budować poczucie zagrożenia. Plahotniuk da do zrozumienia Zachodowi, że w tej sytuacji tenże Zachód będzie musiał wesprzeć obóz – nominalnie – proeuropejski, kontrolowany przez niego samego. Zaszantażuje zachodnich polityków, grożąc im, że w przeciwnym razie obóz promoskiewski przejmie pełnię władzy, sprawi, że Zachód będzie musiał przymknąć oczy na popełniane przez oligarchę nadużycia. Dla Plahotniuka to atut na użytek zewnętrzny, ale też wewnętrzny – pokaże wyborcom, że muszą jednoczyć się wokół kontrolowanych przez niego sił proeuropejskich, bo Kreml znowu zagraża Mołdawii. Dochodzi do tego jeszcze jeden element. Dodon mówi też o federalizacji kraju, nawiązując do uzależniającego Mołdawię od Kremla rosyjskiego planu zjednoczeniowego autorstwa Dmitrija Kozaka z 2003 roku. Moim zdaniem może stać się to motywem przewodnim mołdawskiego życia politycznego najbliższych miesięcy: jeśli Dodon wygra te wybory, temat naddniestrzański może przykryć wszelkie inne tematy, w tym oligarchizację życia politycznego w Mołdawii. Plahotniuc i jego środowisko będą blokowały ten pomysł mieniąc się obrońcami mołdawskiej niezależności od Rosji, a uwaga społeczna zostanie odwrócona od wszystkich innych działań władz. Oligarcha w ten sposób będzie się też legitymizował, pamiętajmy, że tylko 2 procent Mołdawian mu dziś ufa, a to za mało, aby na dłuższą metę utrzymać władzę – dziś formalnie jest tylko wiceprzewodniczącym jednego z mołdawskich ugrupowań, Partii Demokratycznej.

 

A jakie realne kompetencje ma w Mołdawii głowa państwa?

Od 2015 roku nie ma istotnych prerogatyw. Nie może nawet samodzielnie decydować, komu powierzy misję formowania rządu. Najważniejsze co może zrobić to zwołać referendum. Dodon mógłby więc na przykład zorganizować głosowanie w sprawie wypowiedzenia umowy stowarzyszeniowej. Nie sądzę jednak, żeby mogło do niego dojść.

 

W jakim stopniu w ostatnich tygodniach wzmocniła się kontrkandydatka Dodona, Maia Sandu – liderka proeuropejskiej Partii Aktywności i Solidarności?

Z wyścigu wyborczego wycofało się dwóch kandydatów szeroko pojętego obozu europejskiego: najpierw Andrei Năstase z Platformy Godność i Prawda, później Marian Lupu z plahotniukowskiej Partii Demokratycznej. Część elektoratu Năstase i Lupu przeszła z pewnością na Sandu, ale w decyzji o wycofaniu się drugiego z polityków chodziło o coś innego – to taktyczna roszada Plahotniuka. Podstawowym celem było osłabienie niezależnej, reprezentującej społeczeństwo obywatelskie Sandu. Najbogatszy Mołdawianin posiada duży elektorat negatywny, stąd jego poparcie jest niekorzystne dla popieranego. Postanowił więc wesprzeć Sandu. Jeszcze przed wycofaniem się Lupu Plahotniuk w jednym z wywiadów wypowiedział się o niej stosunkowo życzliwie, podkreślając, że największym zagrożeniem jest prorosyjski Igor Dodon. Po tej wypowiedzi pojawiły się więc słuchy, że skoro oligarcha tak ciepło o niej mówi, może Sandu jest powiązana z Plahotniukiem? A kilka dni później Lupu odpadł z wyścigu prezydenckiego i przekazał swoje głosy właśnie jej. Symptomatycznym było, że gdy to ogłaszał siedział przy nim sam Vlad Plahotniuc. Sandu musi teraz poświęcić dużo energii, aby wytłumaczyć, że nie jest wielbłądem, że nie jest człowiekiem Plahotniuka. Postawienie jej w tej sytuacji było pierwszym celem rezygnacji Lupu. Drugim było zabezpieczenie się na wypadek – mało prawdopodobnego – zwycięstwa Sandu. Wówczas Plahotniuk będzie miał czyste ręce, powie Zachodowi: „znakomicie, wygrał kandydat popierany przez nas i was". Podważyłoby to też narrację o zawłaszczonym państwie, bo jak państwo może być zawłaszczone, skoro główny rozgrywający na mołdawskiej scenie politycznej popiera kandydatkę społeczeństwa obywatelskiego? Trzecim celem było uchronienie przed szwankiem wizerunku Lupu, który miał poparcie na poziomie około 8 procent i i tak nie wygrałby wyborów. Wreszcie – to wszystko w niewielkim stopniu wpłynie na ostateczny wynik wyborów. Sandu dostanie nieco więcej głosów, ale elektoraty proeuropejski i prorosyjski są zupełnie oddzielne, nie dochodzi do przejść między jednym a drugim. Lewa, prorosyjska strona może liczyć na około czterdzieści procent, a prawa – na trzydzieści-trzydzieści pięć procent. Nie ważne więc do jakich przetasowań dojdzie po którejś ze stron, pula jest taka sama, i tak wygra najpewniej Dodon. Rezygnacja Lupu jest więc czystym zyskiem dla Plahotniuka, oligarcha niczego nie ryzykuje.

 

Zaczęliśmy o konstatacji, że nie są to wybory geopolityczne – osią sporu jest stosunek do systemu oligarchicznego. Czy elektorat rozumie to w ten sposób?

Społeczeństwo ma duży mętlik w głowie. Oni ogólnie nie wierzą politykom. 76 procent Mołdawian w ogóle nie wierzy w uczciwość tych wyborów. Społeczeństwo nie wchodzi w detale, uznaje, że polityka to oligarchiczna gra, w którą wszyscy są umoczeni, a to korzystne dla Plahotniuka, bo rozmywa odpowiedzialność. Popierając więc tego bądź innego polityka Mołdawianie kierują się jego poglądami geopolitycznymi. Najważniejsza jest prorosyjskość Dodona, który dodatkowo nie ma poważnego kontrkandydata po lewej stronie sceny.

 

Jednak wobec braku realnych kompetencji prezydenta w tym kraju wygrana Dodona nie doprowadzi do poważnych zmian w polityce wewnętrznej czy zagranicznej Mołdawii?

Tak, poważnych zmian nie będzie. Zwycięstwo Dodona oznacza porażkę obozu antyoligarchicznego i Sandu, która wówczas nie będzie mogła nagłaśniać na europejskich salonach tego, w jaki sposób zawłaszczane zostaje mołdawskie państwo.

 

Kamil Całus jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich i współpracownikiem „Nowej Europy Wschodniej", ekspert ds. Mołdawii.


Powrót
Najnowsze

Paradoksy pracy tłumacza

20.09.2017
Aneta Kamińska, Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Naftowa sztama

15.09.2017
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Tłoczno w Tbilisi

14.09.2017
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Oblicza rosyjskiego terroru

11.09.2017
Wacław Radziwinowicz Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Patrzeć i widzieć

08.09.2017
Anna Dąbrowska
Czytaj dalej

Niemieccy bezprizorni

06.09.2017
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu