Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Bałagan musimy posprzątać sami
2016-11-04
Maia Sandu, Piotr Oleksy

„Mołdawianie wciąż wierzą, że przyjdzie człowiek, który ich zbawi. Musimy przejść przez ten proces edukacji społecznej, by ludzie zrozumieli, że nikt ich nie uratuje" – z Maią Sandu, byłą minister edukacji Mołdawii i proeuropejską kandydatką w drugiej turze wyborów prezydenckich, rozmawia Piotr Oleksy

Rozmowa ukazała się w numerze 2/2016Nowej Europy Wschodniej". Co jeszcze w numerze?

 

PIOTR OLEKSY: W 2009 roku masowe protesty społeczne i odejście Partii Komunistów od władzy rozpoczęły mołdawską „historię sukcesu" integracji europejskiej. Po siedmiu latach jesteśmy jednak w tym samym miejscu co wtedy. Od prawie roku ludzie domagają się rozwiązania parlamentu...

MAIA SANDU: Sytuacja jest o wiele gorsza niż w 2009 roku, bo wtedy zło było kojarzone z Partią Komunistów. Wydawało się, że wystarczy dać władzę ugrupowaniom proeuropejskim i one poprowadzą nas do Europy. Wtedy była nadzieja. Teraz jest inaczej, pozytywnych przesłanek jest niewiele…

 

Przez ten czas udało się zbliżyć formalnie Mołdawię do Unii Europejskiej. Jednocześnie stale dochodzą głosy o korupcji, podporządkowaniu państwaprzez polityków-oligarchów oraz braku reform. W końcu gruchnęła wiadomość o kradzieży miliarda dolarów z trzech banków. Wielu ludzi czuje się oszukanych, zwłaszcza ci, którzy wierzyli w europejską przyszłość swego kraju. Czy może Pani powiedzieć, że wszystko szło „nie tak" od początku, czy w tej historii był pewien moment przełomowy, w którym Mołdawia wypadła z prawidłowych torów?

Ludzie, którzy przyszli do władzy w 2009 roku, faktycznie mieli wszelkie możliwości, by przebudować ten kraj, lecz zmarnowali tę szansę i ten czas. To jest naprawdę smutne i trudno się dziwić, że społeczeństwo czuje się oszukane. Nie byłam w rządzie od samego początku, zostałam ministrem edukacji w 2012 roku, więc trudno mi odnieść się do całego okresu, ale wielu moich kolegów mówi, że sprawy szły w miarę dobrze, gdy nie było stabilności politycznej. Przez trzy lata Mołdawia nie miała prezydenta [w latach 2009-2012 proeuropejski rząd nie miał w parlamencie większości wystarczającej do wyboru prezydenta – przyp. P.O.], było ryzyko utraty władzy i powrotu komunistów. Ponieważ rządzący nie byli pewni, jak długo będą u władzy, starali się robić rzeczy dobrze, nie angażowali się we własne biznesy. W momencie gdy wybrano prezydenta, rządzący poczuli się bezpieczni. Wtedy zaczęła się cała nielegalna działalność. Okazuje się, że w kraju takim jak Mołdawia brak stabilności politycznej wcale nie musi być czymś złym.

 

Była Pani pierwszym politykiem proeuropejskim, który nazwał Mołdawię „państwem zawłaszczonym". Ale nawet po tym, gdy powiedziała to Pani publicznie, pozostała Pani ministrem. Nie obawiała się Pani, że w ten sposób legitymizuje władzę ludzi, którzy zawłaszczyli mołdawskie państwo?

To nie było tak, że jednego dnia odkryliśmy, że państwo zostało zawłaszczone. Wiedzieliśmy, że pewne rzeczy idą źle. Dochodziły nas głosy o tym, co się dzieje w systemie bankowym. Próbowałam poruszać ten temat na posiedzeniach rządu, jednak mój głos był ignorowany. Wyraźnie mi mówiono, że nie jest to sprawa dla ministra edukacji, że są od tego specjalne instytucje, a sytuacja jest pod kontrolą. Po wyborach parlamentarnych w listopadzie 2014 roku, gdy kradzież miliarda wyszła na jaw, zaczęliśmy głośno pytać siebie i naszych kolegów z rządu, co się dzieje i dokąd zmierza nasz kraj? Długo dyskutowaliśmy z moim zespołem w Ministerstwie Edukacji o tym, co robić.

 

Doszli państwo do wniosku, że pomimo „kradzieży stulecia" warto pozostać w rządzie?

Wierzyliśmy, że edukacja jest niezwykle ważna i dlatego chcieliśmy kontynuować naszą pracę. Długoterminowo edukacja może rozwiązać największe problemy kraju, zmienić mentalność ludzi, nauczyć krytycznego myślenia i praktycznego wykorzystania wiedzy, a to czyni gospodarkę konkurencyjną. Edukacja była u nas zawsze zupełnie ignorowana przez rząd. Nam udało się uczynić z tego ważny element agendy rządowej. Zaszokowaliśmy społeczeństwo, pokazując w całej skali, co tak naprawdę dzieje się w szkolnictwie: całą korupcję i wadliwość systemu. Zmieniliśmy system egzaminów, uniemożliwiliśmy korupcję na najniższym i najwyższym szczeblu, zreformowaliśmy program nauczania. Baliśmy się, że gdy odejdziemy, wszystkie te zmiany zostaną zatrzymane. A dla przyszłych pokoleń i przyszłości tego kraju rozpoczęte przez nas zmiany były naprawdę kluczowe. Oczywiście nie doszliśmy do momentu, w którym nasze reformy są nieodwracalne, ale pokazaliśmy, że rzeczy mogą być robione inaczej i że edukacja jest ważna. Mam nadzieję, że ludzie to właśnie zapamiętają z naszej działalności: że ciężko pracując, można naprawdę zmienić system.

 

Jest Pani popularna w społeczeństwie. Dla wielu ludzi wydaje się Pani wręcz ostatnią nadzieją na zmiany. Czy odczuwa to Pani jako presję czy raczej pozytywny sygnał?

Postrzegam to na dwa sposoby. Jestem pozytywnie zaskoczona, że nasze społeczeństwo tak doceniło reformy, które zrealizowaliśmy w szkolnictwie. To właśnie tam zebrałam kapitał polityczny oraz stworzyłam swój zespół. To były trudne i niepopularne reformy, ale ludzie powoli przekonywali się, że nie ma innej drogi. Ten społeczny oddźwięk był dla mnie ogromną zachętą. Współpracowałam z różnymi rządami od 1994 roku i zawsze słyszałam od najwyższych urzędników, że nasz kraj nie jest gotowy na reformy. Tak było przez dwadzieścia pięć lat. A to był pierwszy przykład, który pokazał, że kraj jest gotowy na trudne reformy. Ale oczywiście jest to też obciążenie. Mołdawianie wciąż wierzą, że przyjdzie człowiek, który ich zbawi. Musimy przejść przez ten proces edukacji społecznej, by ludzie zrozumieli, że nikt ich nie uratuje, że wszyscy muszą brać udział w tych zmianach, wszyscy muszą się domagać reform na szczeblu rządowym i samorządowym, musimy patrzeć na to, jak wykonujemy swoją pracę, jak płacimy podatki… Dla Polaków może to być banał, ale w Mołdawii jest to wciąż ogromna lekcja do odrobienia.

 

Obecnie kluczową sprawą jest geopolityka. Przeciw władzy przedstawiającej się jako proeuropejska protestują zarówno zwolennicy integracji z Unią, jak i zbliżenia z Rosją. Przyśpieszone wybory doprowadziłyby zapewne do zwycięstwa partii prorosyjskich. Między innymi dlatego, że nowe partie proeuropejskie – w tym Pani ugrupowanie – nie są jeszcze w pełni ukształtowane.

Musimy przestać analizować sytuację wewnętrzną przez pryzmat geopolityki. Zwycięstwo sił prorosyjskich byłoby mniej groźne dla naszej demokracji niż umacnianie się obecnego systemu władzy, w którym jednoosobowo rządzi Vlad Plahotniuc. Przede wszystkim dlatego, że nie wierzę, by władza partii prorosyjskich mogła potrwać długo. Ci ludzie nie mają zdolności do rządzenia krajem, nie mają woli reform, a Mołdawia znajduje się w trudnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Skąd wezmą pieniądze? Zachodni partnerzy uzależniają pomoc finansową od reform. Rosja nie zapewni pieniędzy, gdyż sama znajduje się w ogromnych kłopotach budżetowych. Poza tym, gdyby prorosyjskie partie próbowały zbudować swój system oligarchiczny, to będą zaczynać od zera. Mielibyśmy więc szansę, by im na to nie pozwolić. Jeśli pozwolimy zaś obecnemu reżimowi na umacnianie swych struktur, to możemy znaleźć się w sytuacji bez wyjścia.

 

Wszyscy mówią o dwóch możliwościach: umacnianie się Plahotniuka lub przyśpieszone wybory, które doprowadzą do zwycięstwa partii prorosyjskich. Ale być może jest też trzecia droga: rozpoczęcie negocjacji z władzą i próby zmiany systemu kawałek po kawałku? Obecnie protestujący mają jedno główne żądanie: przyśpieszone wybory. Oczywiste jest, że władza dobrowolnie się na to nie zgodzi. A co gdyby żądania były inne, mniejsze?

Tak, to jest opcja, o której cały czas dyskutujemy. Ten scenariusz wymagałby jednak dialogu, którego władza od początku odmawia. Poza tym wydaje mi się, że dotarliśmy do punktu, w którym rząd tak kłamie i oszukuje, że naprawdę trudno z nim rozmawiać. Oczywiście moglibyśmy liczyć na pomoc Zachodu, jakiejś instytucji, która pomogłaby poprowadzić negocjacje. Ale te wybory są naprawdę potrzebne, ponieważ parlament stracił jakąkolwiek legitymizację w oczach społeczeństwa. Jednak zanim dojdziemy do wyborów, musimy się do nich przygotować.

 

Jakie przygotowania ma Pani na myśli?

Do wyborów nie mogą doprowadzić przemoc i zamieszki. Musimy być pewni, że będą to wolne wybory, musimy więc poprawić ordynację. Są też istotne zagadnienia dotyczące finansowania partii politycznych. Problemem jest obecnie kwestia rejestracji nowych ugrupowań. Nie chcemy też oczywiście, by wybory spowodowały załamanie gospodarki. Potrzebna jest pomoc zewnętrzna, ale przede wszystkim trzeba skończyć z okradaniem systemu bankowego, z praniem pieniędzy. Rząd nie wprowadził żadnych zmian w ustawodawstwie. Wiele wskazuje na to, że podczas gdy na ulicy protestowano z powodu ukradzionego miliarda dolarów, to z banków nadal znikały pieniądze. Żeby to wszystko zmienić, potrzebny jest dialog. Jak do tej pory, rząd ignoruje ludzi. Być może, gdyby dialog ten prowadziła któraś z zachodnich instytucji, moglibyśmy przygotować się do wcześniejszych wyborów. Zmniejszyłoby to ryzyko przemocy i większego wybuchu społecznego oraz zagwarantowałoby, że wybory naprawdę będą miały sens.

 

Czy opozycja wymagałaby wtedy od władzy konkretnych ustępstw jeszcze przed wyborami?

Takie ustępstwa byłyby konieczne, by móc w ogóle rozpocząć rozmowę. Ważnym gestem ze strony rządu byłoby „oddanie" stanowiska prezydenta i dopuszczenie do bezpośrednich wyborów głowy państwa. Pamiętajmy, że na początku protestów żądania nie były tak radykalne. Domagano się przede wszystkim dymisji szefa Banku Centralnego, zmian w systemie bankowym oraz dymisji prokuratora generalnego. To były też moje podstawowe warunki, gdy zaproponowano mi stanowisko premiera. Nie miałam wątpliwości, że te dwie osoby są winne temu, co stało się ze słynnym miliardem. A władza próbowała działać tak, jak gdyby nic się nie stało. Przez to zabrnęliśmy już za daleko, zarówno jeśli chodzi o determinację protestujących, jak i ignorancję rządu. Gdybym była na miejscu rządzących, wyszłabym do ludzi i powiedziałabym: „wiem, że nas nie szanujecie, wiem, że nam nie ufacie, ale wiemy też, czego chcecie, i to zrobimy. Chcecie, żebyśmy uniemożliwili dalsze defraudacje finansowe w sektorze bankowym, zreformowali prokuraturę, zmienili system wyborczy… I to właśnie zrobimy". Wielu ludzi poszłoby na taki układ. Zamiast tego mamy totalną ignorancję, bezczelność i powtarzanie: nic się nie stało.

 

Być może to jest zadanie dla „partnerów rozwojowych", czyli Między narodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i Unii Europejskiej, by wyraźnie powiedzieć władzy: damy wam pieniądze, ale musicie naprawdę zmienić system.

Nasi partnerzy cały czas powtarzają, że będą wspierać ten rząd, tylko jeśli spełni określone warunki. Ale te warunki były już stawiane w przeszłości. Czy to coś dało? Trudno jest kontrolować takie zmiany z zewnątrz. Oczywiście niektóre ze stawianych wcześniej warunków zostały spełnione, dlatego udało nam się znieść reżim wizowy, podpisaliśmy umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską. Ale w tym samym czasie kompletnie zniszczono inne sektory państwa. Zawsze powtarzam, że partnerzy mogą pomóc, ale to, czy uda się posprzątać bałagan, zależy tylko od nas. Niemniej jednak oczekuję od partnerów zagranicznych, że nie będą wspierać tego rządu, jeśli będzie on działał na szkodę instytucji demokratycznych. Musimy myśleć o naszym kraju długoterminowo, a nie tylko w perspektywie bieżących kryzysów politycznych.

 

Do mołdawskiej polityki weszła Pani ze świata międzynarodowych instytucji finansowych. Warto było?

Prywatnie o wiele łatwiej byłoby mi wyjechać teraz za granicę i budować międzynarodową karierę. Pracowaliśmy jednak ciężko w Ministerstwie Edukacji. A co najważniejsze, spotkałam dzieci, które rozumiały i doceniały nasze reformy. One dawały mi nadzieję. Gdybym opuściła teraz kraj, pokazałabym tym ludziom, że sama nie wierzę w to, co zrobiłam. Pracując w Ministerstwie Edukacji, nie starałam się zdobyć politycznego kapitału, ale faktem jest, że go zdobyłam. Czuję więc odpowiedzialność, by użyć go w dobry sposób. Wiem, że mogę go wykorzystać do promocji nowych twarzy w naszej polityce. To jest mój cel, gdyż ten kraj potrzebuje nowych liderów. Chcę stworzyć platformę, na której będą się oni mogli pokazać i porozmawiać ze społeczeństwem.

 

Kim mieliby być ci liderzy?

Mamy całą rzeszę młodych, wykształconych ludzi, którzy świadomie zdecydowali się pozostać w kraju. W naszej sytuacji to już wiele. Oni działają, robiąc wiele na poziomie wsi czy rejonu. Pomagają ubogim, edukują młodzież, trzymają się jednak z dala od polityki. To powinna być przyszła elita naszego kraju.

 

Jak obecnie widzi Pani przyszłość swojej partii?

Jest kilka scenariuszy. Jeden z nich może dać nam władzę w kraju, drugi, równie dla nas ważny, spowoduje, że nasza działalność pokaże istnienie alternatywy dla starej klasy politycznej. Wciąż chodzi nam o edukację, ale tym razem o edukację polityczną całego społeczeństwa. Mam zespół młodych zdeterminowanych ludzi, którzy naprawdę chcą to zrobić. To, co robimy, nie jest projektem na dwa lata. To jest projekt na co najmniej dziesięć lat.

 

Maia Sandu jest liderką Partii Działania i Solidarności (PASEM). Urodzona w 1972 roku w Risipeni w Mołdawii. Z wykształcenia ekonomistka, absolwentka Szkoły Rządowej im. J.F. Kennedy'ego na Uniwersytecie Harvarda. W latach 2010-2012 pracowała jako doradca dyrektora wykonawczego Banku Światowego, w latach 2012-2015 kierowała resortem edukacji Mołdawii. Według sondaży jest obecnie najpopularniejszym i cieszącym się najwyższym zaufaniem z proeuropejskich polityków w Mołdawii.

 

 

 

Rozmowa ukazała się w numerze 2/2016Nowej Europy Wschodniej". Co jeszcze w numerze?

 

Wykorzystane zdjęcie: archiwum portalu NewsMaker.md


Polecamy inne artykuły autora: Piotr Oleksy
Powrót
Najnowsze

Międzymorska „geoideologia”

21.06.2017
Kamil Całus
Czytaj dalej

Podwodny świat

20.06.2017
Kazimierz Popławski
Czytaj dalej

Być z Zachodem i przeciwko Zachodowi

15.06.2017
Kaja Puto Lilia Szewcowa
Czytaj dalej

Nieistniejąca Kamczatka

13.06.2017
Michał Milczarek
Czytaj dalej

Aktualność Giedroycia w Krakowie

08.06.2017
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Debata: „Wybory bez wyboru? Czy rok 2018 przyniesie zmiany w Rosji?”

08.06.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu