Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Polityk z instynktem na obcym terenie
2016-11-14
Frank Burgdorfer

Helmut Kohl odegrał kluczową rolę w zjednoczeniu Niemiec i nawiązaniu dobrosąsiedzkich relacji z demokratyzującą się Polską. Powiedział Gorbaczowowi: „Może pan stawiać tamy na rzece. Ale tak jak pewne jest, że Ren płynie do morza, tak pewne jest, że przyjdzie niemiecka jedność – i europejska również".

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

 

Helmuta Kohla, Europejczyka z Zachodu, przemiany z jesieni 1989 roku zastały w Warszawie. Wybrał się tam z liczną delegacją gospodarczą, jako pierwszy zachodni szef rządu, po tym jak Tadeusz Mazowiecki utworzył swoją Radę Ministrów. Warszawa nadawała tej wizycie ogromne znaczenie, kontakty gospodarcze wydawały się kluczowe dla modernizacji Polski. Pełen wigoru kanclerz Republiki Federalnej Niemiec i ciągnąca za nim siedemdziesięcioosobowa delegacja oznaczali inwestycje zagraniczne i transfer technologii. Na gościa spoglądano jednak również krytycznie: ciągle powtarzał, że co do polskiej zachodniej granicy decyzje jeszcze zapadną. Po zjednoczeniu Niemiec.

 

Sposobny moment historyczny

Kohl jak nikt inny przez całą swoją karierę mówił bezustannie, że do zjednoczenia dojdzie, kiedy nastanie odpowiedni moment historyczny. Podczas gdy w latach osiemdziesiątych XX wieku coraz więcej osób uważało to za figurę retoryczną, on zawsze myślał o tym poważnie. Politykę rozluźnienia (która wyrażała się w zawieraniu umów z rządami w Moskwie, Pradze, Warszawie, Berlinie Wschodnim i która zaowocowała Konferencją Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz jej aktem końcowym) Kohl forsował początkowo wbrew gorzkiemu oporowi we własnej partii, Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU). W 1976 roku niewiele zabrakło, aby wygrał wybory i objął urząd kanclerza. Wtedy właśnie wszedł do polityki federalnej, został szefem partii i przywódcą opozycji. Coraz bardziej unikał konfrontacji na temat zjednoczenia. Po przejęciu kontroli nad rządem w 1982 roku kontynuował starania o dobre stosunki z NRD. W 1987 roku doszło do przełomowej wizyty Ericha Honeckera w RFN: transmitowano ją na żywo we wschodnioniemieckiej telewizji, miała służyć Kohlowi jako dowód na jedność Niemiec.

Gdy moment historyczny będzie po temu sposobny" – to zdanie jest typowe dla Kohla pod wieloma względami. Dobór słów, którego nie dokonałoby wielu, dziwnie anachroniczny, pochodzący raczej z XIX niż XX wieku. Długa perspektywa historyczna i towarzyszące jej przekonanie o wyjątkowej i odpowiedzialnej roli mężów stanu. Albo słowa Kohla, które ten pod koniec kanclerskiej kadencji wypowiedział do członków swojej partii: „Możecie wierzyć albo nie, ale zdanie Bismarcka, mówiące, że o przyszłości narodu decyduje się w polityce zagranicznej, bezpieczeństwa czy europejskiej, a nie w skądinąd ważnej kwestii emerytur, ma zastosowanie również w XXI wieku".

Jego wielkim wzorem nie był jednak Otto von Bismarck, który próbował zabezpieczyć przyszłość narodu, dążąc do zapewniającej pokój równowagi sił między europejskimi imperiami i który lansował ideę zjednoczenia Niemiec dla umocnienia własnej pozycji. Był nim Konrad Adenauer, który już jako sędziwy przywódca zupełnie zmienił bieg rzeczy w Niemczech Zachodnich. Adenauer dał pierwszeństwo wolności i prawu przed jednością NRD i RFN. Nie był gotów na kompromisy ze wschodnią częścią Niemiec, ale zrobił bardzo wiele, aby wykorzystać szansę stworzenia zakorzenionego na Zachodzie państwa prawa, konkurencyjnego w gospodarce międzynarodowej, trwającego w sojuszu z Ameryką i Europą Zachodnią. W długiej perspektywie chciał osiągnąć „jedność w wolności".

Często wskazuje się na to, że takie podejście można tłumaczyć też miejscem pochodzenia. Adenauer i Kohl żyli na zachód od Renu, w regionie, który na przestrzeni wieków wielokrotnie był okupowany i przyłączany do Francji, którego dialekty naszpikowane są francuskimi słowami i w którym po I wojnie światowej pojawiły się dążenia separatystyczne. Jest to też region, który bardzo wcześnie „zaraził się" ideą kodeksu cywilnego, prawem i obrazem człowieka pochodzącymi z republikańskiej Francji. W Kolonii, mieście Adenauera, po aneksji przez Prusy w 1815 roku zaczęto wykpiwać wojsko przez fantazyjne przebrania karnawałowe. W 1832 roku w bawarskim wówczas Palatynacie miał miejsce Hambacher Fest, demonstracja, podczas której domagano się wolności prasy i państwa prawa jako koniecznych dla jedności państwowej. W latach 1948-1949 przybyło tu też wielu zwolenników nieudanej rewolucji po lewej stronie Renu.

Kohla nazywa się często człowiekiem z Palatynatu i kojarzy z cechami przypisywanymi tamtejszym ludziom: są to towarzyskość, umiejętność cieszenia się życiem, opanowanie, ale też pewna nieczułość. Jego język niemiecki w czasach, gdy sprawował urząd kanclerza, był mocno zabarwiony dialektem, zwłaszcza stosowanie niektórych wyrażeń wydawało się dziwnie groteskowe. Pochodził z prowincji i zawsze używał faktu, że był niedoceniany, jako argumentu w walce o władzę. Przede wszystkim był jednak ukształtowany przez swoje działania polityczne na prowincji. Pomógł zbudować struktury CDU na wsi. Dla niego polityka oznaczała głównie osobiste kontakty. Długo przed erą zawierania wirtualnych przyjaźni Kohl inwestował w swoją sieć znajomości. Anegdotę o tym, ile czasu dziennie na wypisywaniu kartek urodzinowych spędzała kierowniczka jego biura, opowiada się chętnie do dzisiaj. Mówi się też, że jako kanclerz wykonywał osobiście telefony do niektórych nisko postawionych funkcjonariuszy partii, aby wpłynąć na ich decyzje, i oznajmiał na przykład: „Dobry wieczór, mówi Helmut Kohl, potrzebuję pana w piątek".

 

Walcząc o Europę

Kohl 1 września 1989 roku powiedział w Bundestagu: „Przez wiele pokoleń Polska, niegdyś podzielona, nieustraszenie trzymała się idei jedności narodowej. Samo wspomnienie o losie tego narodu może pomóc nam, Niemcom, dźwigać brzemię podziału naszego kraju". Kilka tygodni później składał wspomnianą wizytę w Warszawie. Podczas kolacji dotarły do niego wiadomości z Berlina. Był 9 listopada 1989 roku, mur upadł. To, co ciągle niezachwianie powtarzał, często mimo drwin, właśnie się ziściło. Jego wielki wzór, Adenauer, miał rację.

Z pełną świadomością, że gospodarzom wyda się to jednoznacznie niemiłym sygnałem, szybko wyjechał. Polityka w kraju wydawała mu się w tej sytuacji ważniejsza niż zbliżenie z największym krajem Europy Środkowo-Wschodniej. Tej krótkiej wizyty w Berlinie nie można jednak określić mianem sukcesu, Kohl wrócił następnego dnia do Polski. Jego patetyczna przemowa na manifestacji wydawała się dziwna i nie na miejscu, a nagranie jego i innych czołowych polityków, którzy intonują hymn narodowy, fatalnie przy tym fałszując, budzi do dziś zażenowanie.

Kontynuował to, co dwa dni wcześniej zapowiedział przy kolacji w warszawskim Pałacu Rady Ministrów: „Chcemy was zachęcić do podążania obraną drogą. Europa potrzebuje wolnej, stabilnej Polski. Cechy te są ze sobą sprzężone: bez wolności nie może być długotrwałej stabilności, a bez tego niemożliwy jest stabilny postęp". Konsekwentnie był wierny swoim podstawowym przekonaniom, kierując się prawdopodobnie raczej instynktem niż przemyślanym planem. Wierzył w „jedność w wolności", nie wymuszoną polityką mocarstwową, lecz możliwą, gdy pozwoli na to moment historyczny. W Kohlu było głęboko zakorzenione przeświadczenie, że „jedność Niemiec i jedność Europy to dwie strony tego samego medalu", że zjednoczenie Niemiec jest możliwe tylko przy zgodzie wszystkich krajów sąsiadujących i że wymaga ono solidnego i trwałego włączenia niemieckiego państwa w struktury europejskie. Wobec ówczesnego stanu rzeczy nie można było myśleć tylko o Europie Zachodniej. Trzeba było brać pod uwagę całą Europę, także Czechosłowację, Węgry i oczywiście Polskę.

Kwestię granicy na Odrze i Nysie Kohl pozostawił ostatecznie otwartą (pewnie z obawy przed prawicowym populizmem „republikanów" nadciągających do niektórych landtagów). Negocjując warunki zjednoczenia Niemiec, dał jednak jasno do zrozumienia, że w jego mniemaniu rezygnacja z terytoriów wschodnich, przeciwko której zacięcie walczyła jego własna partia piętnaście lat wcześniej, jest nieodwołalna. Przesiąknięty zachodnim sposobem myślenia, działając na nieznanym sobie terenie, gdzie nie miał tak ważnych z jego punktu widzenia kontaktów, Kohl przeniósł na Wschód wszystko, czego nauczył się na Zachodzie. Tak jak w przypadku relacji z Francją, zawarł z Polską traktat o dobrym sąsiedztwie i zapoczątkował zinstytucjonalizowaną współpracę młodzieży. Później stał się jednym z największych orędowników przyłączenia Polski do Unii Europejskiej i NATO. Na koniec swojej kadencji był nad Wisłą jednym z ulubionych polityków z Zachodu.

Silne powiązania między niemieckim zjednoczeniem i zjednoczeniem Europy wymagały poparcia dla obu procesów w Moskwie i Waszyngtonie. Większym wyzwaniem był ZSRR. Nawet jeśli Kohlowi obce były słowa Ronalda Reagana o „imperium zła", sam postrzegał ZSRR jako siłę, która stanowi wyzwanie dla Zachodu i wolności.

Kiedy w 1985 roku do władzy niespodziewanie doszedł Michaił Gorbaczow, Kohl nazwał go w wywiadzie dla amerykańskiego „Newsweeka" nowoczesnym komunistycznym przywódcą, który wie trochę o PR – i wskazał na rzekome podobieństwa do Josepha Goebbelsa. Podobnie trudny początek miał Helmut Kohl ze względu na swój osobisty styl uprawiania polityki.

 

Tamy na rzece

Głasnost i pierestrojka były bardzo popularne w obu państwach niemieckich. Kohlowi udało się wtedy w odpowiednim czasie zbudować bliskie, oparte na zaufaniu stosunki z Gorbaczowem. W czerwcu 1989 roku Gorbaczow i jego żona zostali przyjęci w RFN z takim entuzjazmem, że prasa pisała o gorbimanii. Kohl w swoich wspomnieniach odnotował, jak w trakcie spaceru w pobliżu urzędu kanclerskiego usiedli na chwilę nad Renem. Powiedział wtedy do Genseka: „Może pan stawiać tamy na rzece. Ale tak jak pewne jest, że Ren płynie do morza, tak pewne jest, że przyjdzie niemiecka jedność – i europejska również".

Kohl i Gorbaczow rozumieli swoją wzajemną zależność. Kohlowskie zjednoczenie Europy, które było zależne od zjednoczenia Niemiec, nie było możliwe bez zgody Moskwy. Na Kremlu z kolei nie widziano szans na zmianę kursu na bardziej otwarty i nowoczesny bez dużego poparcia na Zachodzie. Bazujące na wręcz ślepym zaufaniu stosunki z amerykańskim prezydentem George'em Bushem pozwoliły Kohlowi występować wobec Kremla w imieniu całego Zachodu.

Kohl był przydatny tam, gdzie Kreml najbardziej potrzebował pomocy – w odpowiedzi na ustępstwa Sowietów w procesie jednoczenia. We wdrażaniu tej polityki pomógł fakt, że trio Bush – Kohl – Gorbaczow miało odzwierciedlenie na poziomie ministrów spraw zagranicznych. Dobrze współpracowali ze sobą szefowie resortów dyplomacji James Baker, Hans-Dietrich Genscher i Eduard Szewardnadze. Przełom w sprawie zjednoczenia nastąpił „w stylu" Kohla: 16 lipca 1990 roku w poufnej rozmowie między przyjaciółmi, Kohlem i Gorbaczowem tym razem na Kaukazie. Kurtka, sweter i drewniane stołki, które były częścią tego spotkania, znajdują się obecnie w muzeum w Bonn.

Ani po stronie radzieckiej, ani niemieckiej nie chodziło o idealizm, lecz o twardą Realpolitik. Kohl chciał wykorzystać moment dziejowy, doskonale wiedząc, że tak korzystna sytuacja nie musi trwać długo. Gorbaczow miał świadomość, że jego władza jest krucha (nawet jeśli nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo), i dlatego był gotów zapłacić wysoką cenę polityczną za jej ustabilizowanie, oddając trofea wyniesione z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej: Europę Środkowo-Wschodnią i Niemcy Wschodnie.

Niemieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Hansowi-Dietrichowi Genscherowi przypisuje się przejściową gotowość do odmowy krajom Układu Warszawskiego członkostwa w NATO (Genscher miał kierować się interesem Moskwy). Nic nie wskazuje jednak na to, że Kohl kiedykolwiek był gotów realizować niemieckie interesy kosztem krajów sąsiednich, nawet tych na wschód od Niemiec. Dla niego te grupy interesów były nierozerwalnie związane, a stabilność miała być możliwa tylko przy ich wspólnej realizacji. Rozpadu ZSRR mógł się jednak obawiać: nie wspierał go, a wręcz próbował mu zapobiec, na co wskazuje na przykład ignorowanie sankcji nałożonych przez Gorbaczowa na Litwę w latach 1990-1991.

Kohl był w takim samym stopniu Europejczykiem, jak i Niemcem. Ale jego Europa miała swoje granice.

 

Przełożyła Hanna Pieńczykowska

 

Frank Burgdorfer jest politologiem i ekonomistą. Zajmuje się polityką Unii Europejskiej; członek sieci eksperckiej Komisji Europejskiej „Team Europe".

Wykorzystane zdjęcie: Bundesarchiv, B 145 Bild-F074398-0021 / Engelbert Reineke (CC-BY-SA 3.0 de) commons.wikimedia.org

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej" (6/2016) w ramach dodatku „Polska i Niemcy. 25 lat po upadku Związku Radzieckiego".

Dodatek wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutschpolnische Zusammenarbeit.

Partnerem dodatku jest magazyn polsko-niemiecki „Dialog".


Powrót
Najnowsze

Donbas: kruchy pokój?

18.11.2019
Aleksander Kowalewski
Czytaj dalej

Na Białorusi ludzie boją się zmian

17.11.2019
Małgorzata Nocuń Bartosz Panek
Czytaj dalej

Gruzini znów wyszli na ulice

15.11.2019
Wojciech Wojtasiewicz Jakub Janiszewski
Czytaj dalej

Gruzińskie Marzenie w obliczu kryzysu

15.11.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gra o tron w Gruzińskim Kościele Prawosławnym

14.11.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Zatrzymanie Ihora Mazura. Rosyjska prowokacja

13.11.2019
Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu